02.04.2025, 19:54 ✶
Zwiódł ją na pokuszenie, tak? On i tylko on. Okropny, paskudny człowiek. No, naprawdę. Sama Geraldine była zupełnie niewinna. Nieskalana zdrożnymi myślami oraz nieczystymi intencjami. Wcale nie usiłowała wpływać na jego decyzje poprzez zachowywanie się niestosownie. Była dobrą panną. A dobra panna nie była świadoma tego, co czyniła z nim poprzez to roznegliżowanie. Ciepłem nagiego ciała obejmującego go od tyłu, pocałunkami na szyi.
Zresztą. To, że do niego podeszła to też z pewnością była jego sprawka. Jego i jego odbicia w lustrze. Zaczarował ją, zahipnotyzował. No, z pewnością coś zrobił. Wszystko, żeby podpisać z nią ten cyrograf. Wmanipulować ją w układ, z którego nie mogła się już wycofać.
To wcale nie wyglądało zupełnie inaczej. Wyjątkowo zgodnie to stwierdzili. Ostatnio zgadzali się ze sobą niemal przez cały czas. Przy czym w żadnym wypadku nie dało się powiedzieć o wspólnym sukcesie w uwikłaniu się nawzajem w to napięcie, jakie ponownie zawisło w powietrzu. To też była jego wina?
Wszystko, do czego byli tak skorzy powrócić. Tym razem już na stałe. Zawsze, na zawsze, bez usranej śmierci. Mimo upływu czasu i pomimo tego, co stało się między nimi przez ostatnie półtora roku. Pomimo wszelkich trudności. Wbrew próbom odnalezienia się w rzeczywistości bez siebie nawzajem.
Oczywiście, zgodnie z nowymi niepisanymi zasadami, w tym momencie bez chwili zastanowienia brał na siebie całą odpowiedzialność za to, że powtórnie znaleźli się w tej sytuacji. W końcu to on ostatecznie pociągnął Geraldine na materac, padając z nią w wymiętą pościel i próbując rozproszyć dziewczynę dotykiem warg. Czysto teoretycznie dało się stwierdzić, że Yaxleyówna nie zrobiła nic, co przyczyniło się do ich obecnego położenia.
Po prostu do niego podeszła, chcąc wręczyć mu... ...coś. Nie wiedział, co dokładnie. Prawdę mówiąc nijak go to teraz nie obchodziło. Tym bardziej, że nie widział obok nich nic poza lusterkiem. Tym, na które bardzo przelotnie zwrócił uwagę, bowiem raczej nie było wspomnianym przedmiotem. Gdziekolwiek miała to, co chciała mu dać, aktualnie to już było bez znaczenia.
Nigdy nie miało. Prócz niej nie potrzebował nic więcej, aby czuć się szczęśliwy. Cała reszta nie była istotna. Nie, gdy wracali do tego, co było dla nich najwłaściwsze.
- Aranż - powtórzył cicho dokładnie tym samym tonem, co wcześniej.
Nie czuł potrzeby dodawania tego, co nawet bez słów wybrzmiało dostatecznie dobrze: pakt z diabłem nie brzmiał wobec tego już tak nieatrakcyjnie, prawda? Gdy ujmowało się to właśnie w ten sposób, jakakolwiek decyzja będąca własnym wyborem była znacznie, znacznie atrakcyjniejsza. Tym bardziej, że teoretycznie była to świadoma i nieprzymuszona decyzja. Własna wola. Mhm.
Znał tę potrzebę, ten nieustanny magnetyzm, który przyciągał ich do siebie. Nie zawsze był skłonny nazwać to brakiem przymusu. Niekiedy to było przekleństwo, klątwa. Innym razem ciężar, zamotanie, zagubienie, współuzależnienie. Ostatnio ta niewidzialna nić, którą dusili się nawzajem. Ale w tym momencie było inaczej. Teraz naprawdę chciał patrzeć na to jak na coś dobrego. Na to, co przyczyniło się do wspólnej decyzji o daniu sobie nadziei na lepszą przyszłość.
Sami o tym decydowali. Nikt ich nie przymuszał. Nawet jeśli w ich świecie takie rzeczy działy się praktycznie na porządku dziennym, ich przypadek należał raczej do tych niestandardowych. Byli wyjątkiem zapewne mogącym potwierdzić regułę. Na tym mogli zakończyć temat, nie tracąc więcej czasu. Tyle tylko, że reakcja dziewczyny nasuwała jedno naprawdę istotne pytanie.
- Sugerujesz - a jednak musiał to powiedzieć; ton głosu Geraldine poniekąd sprowokował go do pociągnięcia tematu - że gdyby to był aranż - tego tylko czysto hipotetycznego scenariusza, bo nie mającego już szansy się wydarzyć - nie cyrograf - chyba całkiem polubił to słowo; bez wątpienia pasowało do jego aktualnej pokręconej persony - to cokolwiek by to - tu także urwał na chwilę, przygryzając wnętrza policzków zanim wypowiedział ostatnie słowo - zmieniało? - Zakończył, unosząc brew i zawieszając spojrzenie na oczach dziewczyny.
Dużych, niebieskich oczach o figlarnym wyrazie. Nie chciał wierzyć w to, że tak bezczelnie dawała mu do zrozumienia, że gdyby ktoś jednak postanowił zeswatać ich ze sobą to pogardziłaby tym mariażem. Jasne, oczywiście, sam byłby na to wkurwiony. Zapewne w pierwszej chwili pochopnie zacząłby się temu sprzeciwiać, ale później?
Nie sądził, by nie spostrzegłby, że nie doszło do tego w wyniku całkowitego przypadku. Tak jak teraz czuł żar pożądania, który narastał w nim z każdą chwilą, z każdą sekundą, gdy była tak blisko. Tak nie wierzył, że kiedykolwiek potrafiliby powstrzymać się przed oddawaniem się tym chwilom. Aranż czy nie aranż.
- Dobre sobie. Wciąż byłabyś moja. Zaprzeczysz? - wymamrotał, jednocześnie zupełnie celowo przyciskając usta do jej skóry w taki sposób, by te słowa wybrzmiały jeszcze ciszej.
Niemalże na granicy słyszalności, przypominając raczej głęboki pomruk aniżeli faktyczne pytanie. Nie potrzebował odpowiedzi. Wręcz przeciwnie. Pragnął rozproszyć Geraldine na tyle, żeby mu jej nie dała. Ogarnąć ciało dziewczyny ciepłem oddechu, wywołać dreszcze tym bardzo powolnym przesuwaniem warg po skórze, drażniąc ją zarostem. Odzywając się tylko po to, żeby te wypowiedziane słowa wywołały dreszcz na jej skórze.
- A jeśli to byłoby z kimkolwiek innym - tym razem odezwał się wyraźniej, posuwając się do tego, żeby przesunąć palce po plecach Yaxleyówny na jej pośladek i ścisnąć go zaczepnie, po czym znów cofnąć dłoń - to bym cię ukradł - stwierdził gładko, wzruszając ramionami, jakby nie było innego rozwiązania.
Zawsze mieli być swoi, tak? Nie mogło być inaczej. Nawet jeśli w pewnej chwili usiłował odpuścić myślenie o czymkolwiek, co mogłoby ponownie między nimi zaistnieć, bo w jego oczach miała już kogoś innego. Narzeczonego. Przyszłego męża. Czy na dłuższą metę cokolwiek by to zmieniło? Mógł mówić, że tak, ale czy wtedy zaciągnąłby ją do łóżka?
Trafili tam razem po kilku godzinach spędzonych na ich plaży przy Piaskownicy. Wylądowali pod prysznicem, uwalniając się od ubrań. Wymieniając pocałunki. Dając sobie znacznie więcej niż powinni to robić zdystansowani sojusznicy. A potem kochali się jak szaleńcy. Mimo, że nie wyciągał dłoni po zajęte panny. Mimo, że wtedy sądził, że jest zajęta. Nie umiał trzymać przy niej rąk przy sobie. Po prostu nie umiał.
Czuł jak jego ciało reaguje na każdy jej ruch. Był bliski utraty panowania nad sobą. Naprawdę bliski. Myśli o tym, co zrobi, gdy jego dziewczyna w końcu zdejmie z niego tą koszulę krążyły mu po głowie. Tyle tylko, że każda upływająca chwila przeciągała się w nieskończoność a on nadal był ubrany. Czuł, że powoli traci zdolność do logicznego myślenia. Pragnienie, które w nim narastało było tak cholernie intensywne. A ona tak uparcie metodyczna.
- Jaką taką? Łajzę, szelmę, niecnotę, która nie zna się na interesach? - Mógł wymieniać w nieskończoność, ale po co?
W końcu oboje znali odpowiedź na to pytanie. Nieważne, jaką, bo po prostu ją kochał. Całą. Nawet, jeśli chodziło o ten cały upór, niereformowalność czy dziesiątki innych określeń, jakich mógłby użyć w tym momencie, żeby nazwać jej aktualne prowokacyjne zachowanie. Ale nie za to, że się nie starała, bo w tym zarzucie nie mógłby być dalszy od prawdy.
Teoretycznie w dalszym ciągu rozmawiali, ale jego myśli były coraz bardziej chaotyczne, skupione niemal wyłącznie na niej. Na tym, w jaki sposób mogli spożytkować ten wspólny czas. Pierwszy właściwy dzień od naprawdę dawna. Ich wspólny nowy początek. Coś, co powinni uhonorować, zapamiętać już na zawsze. Stworzyć nowe wspomnienia, lepsze chwile. Coś wartego wspominania.
To dlatego chciał, żeby wyszli z mieszkania. Stąd zamierzali udać się na drugą randkę w tym tygodniu. Lepszą od tej poprzedniej, bo od samego początku do końca układającą się tak jak tego chcieli. Nikt nie miał przeszkodzić im w powrocie do domu ani w zwieńczeniu wieczoru w taki sposób, w jaki by to sobie życzyli. Tyle tylko, że najpierw musieli opuścić sypialnię a to...
...z minuty na minutę stawało się zupełnie nieatrakcyjne. Niepotrzebne, wręcz zbędne. Niewskazane, bezcelowe, wybijające ich z rytmu, w który zaczęli wpadać. Ponownie zachowywali się tak jak kiedyś. Wtedy, gdy było dobrze, gdy byli zwyczajnie szczęśliwi, nie przejmując się niczym więcej.
Nie, nie sądził, że kiedykolwiek nauczą się trzymać ręce z dala od tej drugiej osoby. Że uda im się powstrzymywać przed rzucaniem sobie przeciągłych spojrzeń i wodzeniem palcami po ciele. Że będą w stanie powstrzymać się przed tym nieustannym lgnieniem ku sobie, jakby mieli po kilkanaście lat i po raz pierwszy poznawali smak zatracenia w drugiej osobie.
Przez wszystkie te lata, które spędzili razem, nigdy nie stali się spokojniejsi. Ta chwila w pościeli była jeszcze jednym dowodem. Pożądanie, które odczuwał za pierwszym razem, gdy się tu znaleźli wciąż tliło się w nim z tą samą intensywnością, co wtedy. Geraldine wywoływała w nim tę samą żądzę. To samo pragnienie, aby znów znaleźć się w jej objęciach, pomiędzy wilgotnymi udami, łącząc ich wargi w pocałunkach i ciała ze sobą nawzajem.
Czas, który mieli, zdawał się mieć niewielkie, coraz bardziej nieistotne znaczenie. Półtorej godziny, które zostały im do dyspozycji było niczym więcej jak blaknącym przypomnieniem o czymś, co mogli, ale czego już chyba nie zamierzali zrobić. Podjęli decyzję, aby zostać w domu. Tu, gdzie było im najlepiej. Obok siebie nawzajem. Nie potrzebowali nic więcej.
A już szczególnie nie skupiania się na tym, czego oboje nie lubili.
- Ty mi powiedz. To ty nadal gadasz - to nie mogło być łatwe, prawda?
Tym bardziej, gdy dalej dyskutowała, nagle robiąc się tą upartą kontrahentką. Jakieś pięć, może dziesięć minut za późno.
- Mhm. Mam dać ci ten cyrograf do podpisania? - Tak, to była groźba.
Raczej nie do spełnienia, bo ciężko byłoby im teraz przerwać to, co robili, ale to jej czy aż tak bardzo wręcz prosiło się o podobną reakcję. Tyle tylko, że dosyć mocno pospieszną, poniekąd niezbyt groźnie brzmiącą, raczej lichą.
Zawahał się, gdy jej wargi przesunęły się z jego ust, zostawiając za sobą ślad gorąca. Półtorej godziny, które mieli do dyspozycji, wydawało się niczym w obliczu tego, co ich łączyło. A jednak zdecydowanie mogli wykorzystać je w znacznie lepszy sposób niż na rozmowę, którą teraz prowadzili.
Coraz wyraźniej nie potrafił skupić się na słowach, które wypowiadała, ponieważ cała jego uwaga była pochłonięta jej obecnością. Żar pożądania rozlewał się w nim. Czuł go w każdym zakamarku swojego ciała. W każdej komórce, domagając się ujścia. Podsycania, rozpalenia do granic możliwości, po którym nie pozostałoby już nic, tylko ta gwałtowna, wszechobecna potrzeba ugaszenia pragnienia.
Tak jak to było między nimi od zawsze. Wiedział, że to uczucie nie zniknie, że będą lgnąć do siebie w ten sposób jeszcze przez długi czas. Mając to niegdyś na wyciągnięcie ręki, czasami kwestionował, czy kiedykolwiek będą w stanie być spokojni i opanowani. Mijały kolejne wspólne tygodnie, miesiące. Wreszcie mogli zacząć liczyć upływ czasu w latach. Powoli, ale zdawałoby się, że nieuchronnie zmierzając do pierwszej dekady razem.
Z początku zastanawiał się, czy kiedykolwiek nauczą się trzymać ręce przy sobie. Teraz wiedział, że nie. Nie, skoro minęło już tyle czasu od momentu, w którym przekroczyli granice przyjaźni i nadal przez cały czas stawiali na ten sam dotyk. Nie zawsze gwałtowny. Niekoniecznie bezustannie pożądliwy. Czasami chodziło o dużo spokojniejsze gesty. Splecenie palców, przeczesanie włosów, drobny pocałunek złożony na czubku głowy. Strzepnięcie paproszków z ramienia, wyjęcie listka wplątanego w rozwianą fryzurę...
...przelotne klepnięcie w pośladek w drodze pomiędzy kuchnią a salonem. Zęby na szyi, paznokcie wbite w plecy, pociągnięcie za kucyk, palce zaciśnięte na wygiętej talii, przygryziona warga, gardłowy pomruk, ręce zablokowane nad głową, rozsunięte kolana.
Zamknął oczy, próbując przywrócić sobie resztki kontroli. Biorąc głęboki, ale nie nazbyt słyszalny oddech. Powoli wypuszczając powietrze nosem.
Tak cholernie ciężko było to zrobić. Zachować opanowanie, gdy sunęła palcami po jego skórze. Całkowicie perfidnie raz za razem zsuwając opuszki z materiału koszuli, której pozbywaniu się przeznaczała tyle uwagi. Każdy guzik, który rozpinała sprawiał, że jego serce biło szybciej a oddech stawał się bardziej spłycony.
Kiedy znów otworzył oczy, jej twarz była tak blisko, że mógł dostrzec każdy szczegół: delikatne rzęsy, które opadały na policzki i kontrastujący z nimi błysk w jej oczach, który mógłby go spalić. Poddawał się tej chwili, ale jednocześnie walczył z sobą. Wiedział, że celowo go prowokowała, czekała na jego reakcję, na to aż złamie się i straci kontrolę. A on był tego tak bliski.
Nie mógł oderwać wzroku od jej warg, które sunęły po jego skórze, zostawiając za sobą niewidoczną aczkolwiek niezwykle wyraźną ścieżkę gorąca. To, co trwało między nimi było tak intensywne, że niemal ciężko mu było uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że nie jest to jeden z tych snów, które torturowały go od miesięcy. Tyle tylko, że nawet we wnętrzu własnej głowy chyba nie byłby tak perfidnie niespieszny jak niespieszna była jego dziewczyna. Raczej nie byłby w stanie wyśnić sobie czegoś takiego. Męczyła go na jawie. Zdecydowanie.
- Liczysz na proszę? - Nie, nie sądził, by była aż tak wyrachowana i zarazem nierozsądna, żeby liczyć na coś, co nie miało paść.
Jego głos był chrapliwy. Zdradzał jak blisko granicy był w tym momencie. A jednak wiedział, że to, co robiła nie było niczym innym jak tylko wysnuwaniem żądania dopełnienia tej części ich umowy. Wiedział, że Geraldine liczy na to, iż on w końcu się złamie. Że zrobi coś gwałtownego, co przerwie ten błogi, aczkolwiek męczący stan oczekiwania. Jego spojrzenie stało się intensywne, wargi jeszcze bardziej zaciśnięte a oddech przyspieszony. Nie, nie zamierzał tego mówić.
Kiedy dziewczyna doszła do jego paska, zębami ciągnąc go w dół, musiał zacisnąć dłonie w pięści, aby nie stracić panowania nad sobą. Geraldine nieodmiennie sprawiała, że wszystkie jego postanowienia znikały w mgnieniu oka. Miała w sobie coś takiego, co nie pozwalało mu jej nie ulec. Nie nazwałby tego słabym punktem, bo nie uważał tego za swoją słabość.
To było coś innego. Być może wynik tej samej siły, która ich ku sobie rzuciła. Może tego, że spędzili ze sobą wiele lat. Byli blisko na różne sposoby. Znali się na wylot, nawet jeśli musieli trochę naprostować tę wiedzę. Uaktualnić informacje, porozmawiać o szczegółach. Na nowo nakreślić swoje oczekiwania. W gruncie rzeczy te jego były bardzo proste.
Nawet jeśli cholernie mocno starał się być równie uparty, co ona, wiedział, że był blisko granicy. Blisko momentu, w którym wszystkie postanowienia przestaną mieć znaczenie. A jednak nie uległ. Był uparty. Jeszcze przez chwilę. W końcu nie zademonstrowała mu, co więcej ma do zaoferowania.
Zresztą. To, że do niego podeszła to też z pewnością była jego sprawka. Jego i jego odbicia w lustrze. Zaczarował ją, zahipnotyzował. No, z pewnością coś zrobił. Wszystko, żeby podpisać z nią ten cyrograf. Wmanipulować ją w układ, z którego nie mogła się już wycofać.
To wcale nie wyglądało zupełnie inaczej. Wyjątkowo zgodnie to stwierdzili. Ostatnio zgadzali się ze sobą niemal przez cały czas. Przy czym w żadnym wypadku nie dało się powiedzieć o wspólnym sukcesie w uwikłaniu się nawzajem w to napięcie, jakie ponownie zawisło w powietrzu. To też była jego wina?
Wszystko, do czego byli tak skorzy powrócić. Tym razem już na stałe. Zawsze, na zawsze, bez usranej śmierci. Mimo upływu czasu i pomimo tego, co stało się między nimi przez ostatnie półtora roku. Pomimo wszelkich trudności. Wbrew próbom odnalezienia się w rzeczywistości bez siebie nawzajem.
Oczywiście, zgodnie z nowymi niepisanymi zasadami, w tym momencie bez chwili zastanowienia brał na siebie całą odpowiedzialność za to, że powtórnie znaleźli się w tej sytuacji. W końcu to on ostatecznie pociągnął Geraldine na materac, padając z nią w wymiętą pościel i próbując rozproszyć dziewczynę dotykiem warg. Czysto teoretycznie dało się stwierdzić, że Yaxleyówna nie zrobiła nic, co przyczyniło się do ich obecnego położenia.
Po prostu do niego podeszła, chcąc wręczyć mu... ...coś. Nie wiedział, co dokładnie. Prawdę mówiąc nijak go to teraz nie obchodziło. Tym bardziej, że nie widział obok nich nic poza lusterkiem. Tym, na które bardzo przelotnie zwrócił uwagę, bowiem raczej nie było wspomnianym przedmiotem. Gdziekolwiek miała to, co chciała mu dać, aktualnie to już było bez znaczenia.
Nigdy nie miało. Prócz niej nie potrzebował nic więcej, aby czuć się szczęśliwy. Cała reszta nie była istotna. Nie, gdy wracali do tego, co było dla nich najwłaściwsze.
- Aranż - powtórzył cicho dokładnie tym samym tonem, co wcześniej.
Nie czuł potrzeby dodawania tego, co nawet bez słów wybrzmiało dostatecznie dobrze: pakt z diabłem nie brzmiał wobec tego już tak nieatrakcyjnie, prawda? Gdy ujmowało się to właśnie w ten sposób, jakakolwiek decyzja będąca własnym wyborem była znacznie, znacznie atrakcyjniejsza. Tym bardziej, że teoretycznie była to świadoma i nieprzymuszona decyzja. Własna wola. Mhm.
Znał tę potrzebę, ten nieustanny magnetyzm, który przyciągał ich do siebie. Nie zawsze był skłonny nazwać to brakiem przymusu. Niekiedy to było przekleństwo, klątwa. Innym razem ciężar, zamotanie, zagubienie, współuzależnienie. Ostatnio ta niewidzialna nić, którą dusili się nawzajem. Ale w tym momencie było inaczej. Teraz naprawdę chciał patrzeć na to jak na coś dobrego. Na to, co przyczyniło się do wspólnej decyzji o daniu sobie nadziei na lepszą przyszłość.
Sami o tym decydowali. Nikt ich nie przymuszał. Nawet jeśli w ich świecie takie rzeczy działy się praktycznie na porządku dziennym, ich przypadek należał raczej do tych niestandardowych. Byli wyjątkiem zapewne mogącym potwierdzić regułę. Na tym mogli zakończyć temat, nie tracąc więcej czasu. Tyle tylko, że reakcja dziewczyny nasuwała jedno naprawdę istotne pytanie.
- Sugerujesz - a jednak musiał to powiedzieć; ton głosu Geraldine poniekąd sprowokował go do pociągnięcia tematu - że gdyby to był aranż - tego tylko czysto hipotetycznego scenariusza, bo nie mającego już szansy się wydarzyć - nie cyrograf - chyba całkiem polubił to słowo; bez wątpienia pasowało do jego aktualnej pokręconej persony - to cokolwiek by to - tu także urwał na chwilę, przygryzając wnętrza policzków zanim wypowiedział ostatnie słowo - zmieniało? - Zakończył, unosząc brew i zawieszając spojrzenie na oczach dziewczyny.
Dużych, niebieskich oczach o figlarnym wyrazie. Nie chciał wierzyć w to, że tak bezczelnie dawała mu do zrozumienia, że gdyby ktoś jednak postanowił zeswatać ich ze sobą to pogardziłaby tym mariażem. Jasne, oczywiście, sam byłby na to wkurwiony. Zapewne w pierwszej chwili pochopnie zacząłby się temu sprzeciwiać, ale później?
Nie sądził, by nie spostrzegłby, że nie doszło do tego w wyniku całkowitego przypadku. Tak jak teraz czuł żar pożądania, który narastał w nim z każdą chwilą, z każdą sekundą, gdy była tak blisko. Tak nie wierzył, że kiedykolwiek potrafiliby powstrzymać się przed oddawaniem się tym chwilom. Aranż czy nie aranż.
- Dobre sobie. Wciąż byłabyś moja. Zaprzeczysz? - wymamrotał, jednocześnie zupełnie celowo przyciskając usta do jej skóry w taki sposób, by te słowa wybrzmiały jeszcze ciszej.
Niemalże na granicy słyszalności, przypominając raczej głęboki pomruk aniżeli faktyczne pytanie. Nie potrzebował odpowiedzi. Wręcz przeciwnie. Pragnął rozproszyć Geraldine na tyle, żeby mu jej nie dała. Ogarnąć ciało dziewczyny ciepłem oddechu, wywołać dreszcze tym bardzo powolnym przesuwaniem warg po skórze, drażniąc ją zarostem. Odzywając się tylko po to, żeby te wypowiedziane słowa wywołały dreszcz na jej skórze.
- A jeśli to byłoby z kimkolwiek innym - tym razem odezwał się wyraźniej, posuwając się do tego, żeby przesunąć palce po plecach Yaxleyówny na jej pośladek i ścisnąć go zaczepnie, po czym znów cofnąć dłoń - to bym cię ukradł - stwierdził gładko, wzruszając ramionami, jakby nie było innego rozwiązania.
Zawsze mieli być swoi, tak? Nie mogło być inaczej. Nawet jeśli w pewnej chwili usiłował odpuścić myślenie o czymkolwiek, co mogłoby ponownie między nimi zaistnieć, bo w jego oczach miała już kogoś innego. Narzeczonego. Przyszłego męża. Czy na dłuższą metę cokolwiek by to zmieniło? Mógł mówić, że tak, ale czy wtedy zaciągnąłby ją do łóżka?
Trafili tam razem po kilku godzinach spędzonych na ich plaży przy Piaskownicy. Wylądowali pod prysznicem, uwalniając się od ubrań. Wymieniając pocałunki. Dając sobie znacznie więcej niż powinni to robić zdystansowani sojusznicy. A potem kochali się jak szaleńcy. Mimo, że nie wyciągał dłoni po zajęte panny. Mimo, że wtedy sądził, że jest zajęta. Nie umiał trzymać przy niej rąk przy sobie. Po prostu nie umiał.
Czuł jak jego ciało reaguje na każdy jej ruch. Był bliski utraty panowania nad sobą. Naprawdę bliski. Myśli o tym, co zrobi, gdy jego dziewczyna w końcu zdejmie z niego tą koszulę krążyły mu po głowie. Tyle tylko, że każda upływająca chwila przeciągała się w nieskończoność a on nadal był ubrany. Czuł, że powoli traci zdolność do logicznego myślenia. Pragnienie, które w nim narastało było tak cholernie intensywne. A ona tak uparcie metodyczna.
- Jaką taką? Łajzę, szelmę, niecnotę, która nie zna się na interesach? - Mógł wymieniać w nieskończoność, ale po co?
W końcu oboje znali odpowiedź na to pytanie. Nieważne, jaką, bo po prostu ją kochał. Całą. Nawet, jeśli chodziło o ten cały upór, niereformowalność czy dziesiątki innych określeń, jakich mógłby użyć w tym momencie, żeby nazwać jej aktualne prowokacyjne zachowanie. Ale nie za to, że się nie starała, bo w tym zarzucie nie mógłby być dalszy od prawdy.
Teoretycznie w dalszym ciągu rozmawiali, ale jego myśli były coraz bardziej chaotyczne, skupione niemal wyłącznie na niej. Na tym, w jaki sposób mogli spożytkować ten wspólny czas. Pierwszy właściwy dzień od naprawdę dawna. Ich wspólny nowy początek. Coś, co powinni uhonorować, zapamiętać już na zawsze. Stworzyć nowe wspomnienia, lepsze chwile. Coś wartego wspominania.
To dlatego chciał, żeby wyszli z mieszkania. Stąd zamierzali udać się na drugą randkę w tym tygodniu. Lepszą od tej poprzedniej, bo od samego początku do końca układającą się tak jak tego chcieli. Nikt nie miał przeszkodzić im w powrocie do domu ani w zwieńczeniu wieczoru w taki sposób, w jaki by to sobie życzyli. Tyle tylko, że najpierw musieli opuścić sypialnię a to...
...z minuty na minutę stawało się zupełnie nieatrakcyjne. Niepotrzebne, wręcz zbędne. Niewskazane, bezcelowe, wybijające ich z rytmu, w który zaczęli wpadać. Ponownie zachowywali się tak jak kiedyś. Wtedy, gdy było dobrze, gdy byli zwyczajnie szczęśliwi, nie przejmując się niczym więcej.
Nie, nie sądził, że kiedykolwiek nauczą się trzymać ręce z dala od tej drugiej osoby. Że uda im się powstrzymywać przed rzucaniem sobie przeciągłych spojrzeń i wodzeniem palcami po ciele. Że będą w stanie powstrzymać się przed tym nieustannym lgnieniem ku sobie, jakby mieli po kilkanaście lat i po raz pierwszy poznawali smak zatracenia w drugiej osobie.
Przez wszystkie te lata, które spędzili razem, nigdy nie stali się spokojniejsi. Ta chwila w pościeli była jeszcze jednym dowodem. Pożądanie, które odczuwał za pierwszym razem, gdy się tu znaleźli wciąż tliło się w nim z tą samą intensywnością, co wtedy. Geraldine wywoływała w nim tę samą żądzę. To samo pragnienie, aby znów znaleźć się w jej objęciach, pomiędzy wilgotnymi udami, łącząc ich wargi w pocałunkach i ciała ze sobą nawzajem.
Czas, który mieli, zdawał się mieć niewielkie, coraz bardziej nieistotne znaczenie. Półtorej godziny, które zostały im do dyspozycji było niczym więcej jak blaknącym przypomnieniem o czymś, co mogli, ale czego już chyba nie zamierzali zrobić. Podjęli decyzję, aby zostać w domu. Tu, gdzie było im najlepiej. Obok siebie nawzajem. Nie potrzebowali nic więcej.
A już szczególnie nie skupiania się na tym, czego oboje nie lubili.
- Ty mi powiedz. To ty nadal gadasz - to nie mogło być łatwe, prawda?
Tym bardziej, gdy dalej dyskutowała, nagle robiąc się tą upartą kontrahentką. Jakieś pięć, może dziesięć minut za późno.
- Mhm. Mam dać ci ten cyrograf do podpisania? - Tak, to była groźba.
Raczej nie do spełnienia, bo ciężko byłoby im teraz przerwać to, co robili, ale to jej czy aż tak bardzo wręcz prosiło się o podobną reakcję. Tyle tylko, że dosyć mocno pospieszną, poniekąd niezbyt groźnie brzmiącą, raczej lichą.
Zawahał się, gdy jej wargi przesunęły się z jego ust, zostawiając za sobą ślad gorąca. Półtorej godziny, które mieli do dyspozycji, wydawało się niczym w obliczu tego, co ich łączyło. A jednak zdecydowanie mogli wykorzystać je w znacznie lepszy sposób niż na rozmowę, którą teraz prowadzili.
Coraz wyraźniej nie potrafił skupić się na słowach, które wypowiadała, ponieważ cała jego uwaga była pochłonięta jej obecnością. Żar pożądania rozlewał się w nim. Czuł go w każdym zakamarku swojego ciała. W każdej komórce, domagając się ujścia. Podsycania, rozpalenia do granic możliwości, po którym nie pozostałoby już nic, tylko ta gwałtowna, wszechobecna potrzeba ugaszenia pragnienia.
Tak jak to było między nimi od zawsze. Wiedział, że to uczucie nie zniknie, że będą lgnąć do siebie w ten sposób jeszcze przez długi czas. Mając to niegdyś na wyciągnięcie ręki, czasami kwestionował, czy kiedykolwiek będą w stanie być spokojni i opanowani. Mijały kolejne wspólne tygodnie, miesiące. Wreszcie mogli zacząć liczyć upływ czasu w latach. Powoli, ale zdawałoby się, że nieuchronnie zmierzając do pierwszej dekady razem.
Z początku zastanawiał się, czy kiedykolwiek nauczą się trzymać ręce przy sobie. Teraz wiedział, że nie. Nie, skoro minęło już tyle czasu od momentu, w którym przekroczyli granice przyjaźni i nadal przez cały czas stawiali na ten sam dotyk. Nie zawsze gwałtowny. Niekoniecznie bezustannie pożądliwy. Czasami chodziło o dużo spokojniejsze gesty. Splecenie palców, przeczesanie włosów, drobny pocałunek złożony na czubku głowy. Strzepnięcie paproszków z ramienia, wyjęcie listka wplątanego w rozwianą fryzurę...
...przelotne klepnięcie w pośladek w drodze pomiędzy kuchnią a salonem. Zęby na szyi, paznokcie wbite w plecy, pociągnięcie za kucyk, palce zaciśnięte na wygiętej talii, przygryziona warga, gardłowy pomruk, ręce zablokowane nad głową, rozsunięte kolana.
Zamknął oczy, próbując przywrócić sobie resztki kontroli. Biorąc głęboki, ale nie nazbyt słyszalny oddech. Powoli wypuszczając powietrze nosem.
Tak cholernie ciężko było to zrobić. Zachować opanowanie, gdy sunęła palcami po jego skórze. Całkowicie perfidnie raz za razem zsuwając opuszki z materiału koszuli, której pozbywaniu się przeznaczała tyle uwagi. Każdy guzik, który rozpinała sprawiał, że jego serce biło szybciej a oddech stawał się bardziej spłycony.
Kiedy znów otworzył oczy, jej twarz była tak blisko, że mógł dostrzec każdy szczegół: delikatne rzęsy, które opadały na policzki i kontrastujący z nimi błysk w jej oczach, który mógłby go spalić. Poddawał się tej chwili, ale jednocześnie walczył z sobą. Wiedział, że celowo go prowokowała, czekała na jego reakcję, na to aż złamie się i straci kontrolę. A on był tego tak bliski.
Nie mógł oderwać wzroku od jej warg, które sunęły po jego skórze, zostawiając za sobą niewidoczną aczkolwiek niezwykle wyraźną ścieżkę gorąca. To, co trwało między nimi było tak intensywne, że niemal ciężko mu było uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Że nie jest to jeden z tych snów, które torturowały go od miesięcy. Tyle tylko, że nawet we wnętrzu własnej głowy chyba nie byłby tak perfidnie niespieszny jak niespieszna była jego dziewczyna. Raczej nie byłby w stanie wyśnić sobie czegoś takiego. Męczyła go na jawie. Zdecydowanie.
- Liczysz na proszę? - Nie, nie sądził, by była aż tak wyrachowana i zarazem nierozsądna, żeby liczyć na coś, co nie miało paść.
Jego głos był chrapliwy. Zdradzał jak blisko granicy był w tym momencie. A jednak wiedział, że to, co robiła nie było niczym innym jak tylko wysnuwaniem żądania dopełnienia tej części ich umowy. Wiedział, że Geraldine liczy na to, iż on w końcu się złamie. Że zrobi coś gwałtownego, co przerwie ten błogi, aczkolwiek męczący stan oczekiwania. Jego spojrzenie stało się intensywne, wargi jeszcze bardziej zaciśnięte a oddech przyspieszony. Nie, nie zamierzał tego mówić.
Kiedy dziewczyna doszła do jego paska, zębami ciągnąc go w dół, musiał zacisnąć dłonie w pięści, aby nie stracić panowania nad sobą. Geraldine nieodmiennie sprawiała, że wszystkie jego postanowienia znikały w mgnieniu oka. Miała w sobie coś takiego, co nie pozwalało mu jej nie ulec. Nie nazwałby tego słabym punktem, bo nie uważał tego za swoją słabość.
To było coś innego. Być może wynik tej samej siły, która ich ku sobie rzuciła. Może tego, że spędzili ze sobą wiele lat. Byli blisko na różne sposoby. Znali się na wylot, nawet jeśli musieli trochę naprostować tę wiedzę. Uaktualnić informacje, porozmawiać o szczegółach. Na nowo nakreślić swoje oczekiwania. W gruncie rzeczy te jego były bardzo proste.
Nawet jeśli cholernie mocno starał się być równie uparty, co ona, wiedział, że był blisko granicy. Blisko momentu, w którym wszystkie postanowienia przestaną mieć znaczenie. A jednak nie uległ. Był uparty. Jeszcze przez chwilę. W końcu nie zademonstrowała mu, co więcej ma do zaoferowania.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down