Najważniejsze, że miały podobne podejście. Musiały to przetrwać, bez względu na wszystko. Może Londyn płonął, jednak one nie miały zamiaru dołączyć do tych, którzy odeszli. W przypadku kobiet było to dość skomplikowane, bo miały tendencje do pakowania się w sytuacje zagrożenia życia po to, aby ratować niewinnych. Musiały jednak wierzyć w swoje powodzenie, dzięki temu faktycznie mogło im się udać. W przypadku Rudej można było to uznać za zadzieranie nosa, ale ta pewność siebie pomagała jej działać. Musiala wierzyć w to, że sobie poradzi.
- Nie miał maski. Nie wiem, co to był za rytuał, próbowałam to rozgryźć, ale chyba jestem na to za głupia. - Nie dało się ukryć tego, że Heather nie była wspaniałym teoretykiem magii, zdecydowanie lepiej radziła sobie z praktyką, powinna nieco nadrobić swoją wiedzę, bo jak widać i teoria czasem bywała przydatna. - Nie miał maski, ale jest już zamknięty, nie zrobi nikomu krzywdy. - To było najważniejsze. Jasne, szkoda, że nie złapały go wcześniej, tylko w momencie w którym znalazły go na zgliszczach, ale i tak sukcesem było to, że nie chodził dalej po świecie. Nikogo już nie skrzywdzi i tylko to się liczyło.
- Nie wiem, co z Cameronem... - Mruknęła cicho do siebie słysząc o rodzinnej aptece jej narzeczonego. Powinna chyba zacząć go szukać. Nie miała pewności, że chłopakowi nic się nie stało. Był sam, bezbronny... to nie napawało jej optymizmem, bo być może powinna zacząć od swoich najbliższych, żeby mieć czystą głowę i móc na spokojnie ratować wszystkich innych.
- Tak, nikt nie powinien być sam, nie wiadomo, gdzie i kiedy jeszcze uderzą. - Nie da się ukryć, że Ruda nigdy nie kryła się jakoś ze swoimi poglądami, Longbottomowie też byli na celowniku, zresztą podczas Beltane walczyli dzielnie z poplecznikami Voldemorta, mogli stać się celem ich działań, bo na pewno należeli do osob, które mogły nieco pokrzyżować mu plany.
- Dobrze, pójdę do antykwariatu, będziemy w stałym kontakcie. Na pewno przyda mi się ktoś z naszych. - Zawsze lepiej działać we dwójkę, to nie tak, że sama by tam nie poszła, Ruda miała więcej szczęścia niż rozumu, jej typowo gryfońska odwaga nie pozwalała jej odpuścić. Jeśli nikt się nie znajdzie, to na pewno ruszy tam zupełnie sama, w końcu nie wydawało jej się, żeby miała zginąć tej nocy.
- Tak, przyzwę miotłę, ale dopiero później, póki co jeszcze nie ma sensu latać. - Nadal można było dostrzec płonące budynki, to jeszcze nie był moment w którym mogłaby korzystać ze swojego ulubionego sposobu przemieszczania się.
Ruda szła tuż obok Brenny i przyglądała się okolicznym budynkom, próbowała ocenić straty, sprawdzić, które budynki stały, a które nie miały szansy na to, by przetrwać noc.
//odwaga