03.04.2025, 18:30 ✶
Dobrali się bardzo ładnie, biorąc pod uwagę że oboje walczyli o to, by zachować na twarzy ten grzeczny, wyuczony przez lata wyraz. Grzecznościowy odruch, który pozwalał zachować pozory, że tak naprawdę nie marzyli o niczym innym, niż odwrócić się i czym prędzej wrócić do swoich dotychczasowych zajęć. Pobieżnie przeglądane przez Atreusa papiery nie mówiły mu nic wiele, albo raczej - nie posiadały w sobie niczego, co z miejsca rzuciłyby mu się w oczy. To był nudny raport, jeden z wielu jakie piętrzyły i piętrzyć będą się na jego biurku, albo przy odrobinie szczęścia zostaną zsunięte na stanowisko Oriona. Jakimiś dziwnym przypadkiem śmierć przez zadawanie się z nieodpowiednim artefaktem była jedną z najpopularniejszych przyczyn zgonu w kraju, tak jakby ludzie nie posiadali odrobiny odruchów samozachowawczych i nie byli w stanie nie łapać w ręce wszystkiego, co wyglądało ładnie albo obiecało chociaż odrobinę więcej mocy.
Westchnął, słysząc jej wyliczenia. Szkoda, że skoro już tacy chętni byli do zabierania im dowodów rzeczowych, to każdy z pracujących w Departamencie Tajemnic niewymowny nie był jednocześnie chodzącym człowiekiem orkiestrą. Sam sposób, w jaki przedmiot dokonał zabójstwa był przydatny, ale w aktualnej sytuacji nie dorysowywał aż tak wiele brakujących elementów śledztwa.
- Konsultacja z widmowidzem? - dopytał grzecznie, kończąc szeleszczenie kartkami i zamykając trzymaną teczkę. Potrzebna im była historia. Opowieść tego, skąd denat mógł w ogóle wejść w posiadanie rzeczonego artefaktu, bo to z kolei mogło ich doprowadzić gdzieś dalej - do poprzedniego właściciela, albo nawet twórcy. Nie raz, nie dwa, zdarzało się że ktoś był zwyczajnie niestaranny i nie zabezpieczył odpowiednio rozprowadzanych przez siebie przedmiotów, a potem czekała go wycieczka krajoznawcza do Azkabanu.
Dziejący się dookoła harmider w pierwszej chwili w ogóle go przesadnie nie zainteresował. Po prawdzie to spodziewał się czegoś, co sama Charlotte zasugerowała, kiedy otworzył drzwi i wrzasnęła własne pytanie. Departament Tajemnic miał to do siebie, że działo się w nim bardzo dużo dziwnych rzeczy i podpalenia to pewnie były u nich na porządku dziennym. Nic nie śmierdziało spalenizną, więc może był gdzieś mały huragan, schody prowadzące donikąd, a może drzwi połykające na trzy dni każdego, kto tylko złapał je za klamkę. Aha, no i dziury czasoprzestrzenne. Może ktoś właśnie wyszedł z archiwum myśląc że minęło dwadzieścia minut, a to było dwadzieścia lat.
Atreus zmarszczył nieco brwi, kiedy nadeszła odpowiedź, przesuwając zaraz spojrzenie na towarzyszącą mu niewymowną, jakby oczekiwał od niej wskazówki na ile można było ufać w rzetelność właśnie otrzymanej informacji. To były bardzo duże słowa jak na piątkowe popołudnie, które do tej pory wydawało się dokładnie takie samo jak każde inne. Miało być spokojnie, kawa miała smakować tak samo okropnie, a leniwe wypełniane raportów miało zmienić się w rozwiązywanie krzyżówek albo składanie papierowych ptaszków - co do tego Bulstrode się jeszcze nie zdecydował.
Ale Londyn się pali?
Brzmiało to tak surrealistycznie, że nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w to od razu. Auror więc sam podszedł do drzwi i otworzył je szerzej, wyglądając na to co działo się za nimi.
- Co masz na myśli, że Londyn się pali? - zapytał głośno, wciąż skonsternowany, wstrzymując się przed komentarze że palił, to chyba ktoś w tym departamencie. Za drzwiami jednak panowało poruszenie i ruch o wiele większy jak zazwyczaj. Ktoś coś nerwowo obwieszczał, ktoś biegł z miejsca na miejsce.
- Atak - padło szybko i stanowczo. - Wszystkie magiczne dzielnice płoną. Niemagiczny Londyn także. Całe miasto jest w niebezpieczeństwie - może faktycznie te słowa dotarły do Bulstrode'a, a może było coś w twarzy mężczyzny, który to powiedział, bo auror z miejsca przeklął szpetnie, ale jednocześnie nie był w stanie powstrzymać się od jakiegoś dziwnego uśmiechu. Był w nim trochę niedowierzania, ale też... zadowolenie? W końcu płonący Londyn oznaczał akcje.
Westchnął, słysząc jej wyliczenia. Szkoda, że skoro już tacy chętni byli do zabierania im dowodów rzeczowych, to każdy z pracujących w Departamencie Tajemnic niewymowny nie był jednocześnie chodzącym człowiekiem orkiestrą. Sam sposób, w jaki przedmiot dokonał zabójstwa był przydatny, ale w aktualnej sytuacji nie dorysowywał aż tak wiele brakujących elementów śledztwa.
- Konsultacja z widmowidzem? - dopytał grzecznie, kończąc szeleszczenie kartkami i zamykając trzymaną teczkę. Potrzebna im była historia. Opowieść tego, skąd denat mógł w ogóle wejść w posiadanie rzeczonego artefaktu, bo to z kolei mogło ich doprowadzić gdzieś dalej - do poprzedniego właściciela, albo nawet twórcy. Nie raz, nie dwa, zdarzało się że ktoś był zwyczajnie niestaranny i nie zabezpieczył odpowiednio rozprowadzanych przez siebie przedmiotów, a potem czekała go wycieczka krajoznawcza do Azkabanu.
Dziejący się dookoła harmider w pierwszej chwili w ogóle go przesadnie nie zainteresował. Po prawdzie to spodziewał się czegoś, co sama Charlotte zasugerowała, kiedy otworzył drzwi i wrzasnęła własne pytanie. Departament Tajemnic miał to do siebie, że działo się w nim bardzo dużo dziwnych rzeczy i podpalenia to pewnie były u nich na porządku dziennym. Nic nie śmierdziało spalenizną, więc może był gdzieś mały huragan, schody prowadzące donikąd, a może drzwi połykające na trzy dni każdego, kto tylko złapał je za klamkę. Aha, no i dziury czasoprzestrzenne. Może ktoś właśnie wyszedł z archiwum myśląc że minęło dwadzieścia minut, a to było dwadzieścia lat.
Atreus zmarszczył nieco brwi, kiedy nadeszła odpowiedź, przesuwając zaraz spojrzenie na towarzyszącą mu niewymowną, jakby oczekiwał od niej wskazówki na ile można było ufać w rzetelność właśnie otrzymanej informacji. To były bardzo duże słowa jak na piątkowe popołudnie, które do tej pory wydawało się dokładnie takie samo jak każde inne. Miało być spokojnie, kawa miała smakować tak samo okropnie, a leniwe wypełniane raportów miało zmienić się w rozwiązywanie krzyżówek albo składanie papierowych ptaszków - co do tego Bulstrode się jeszcze nie zdecydował.
Ale Londyn się pali?
Brzmiało to tak surrealistycznie, że nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w to od razu. Auror więc sam podszedł do drzwi i otworzył je szerzej, wyglądając na to co działo się za nimi.
- Co masz na myśli, że Londyn się pali? - zapytał głośno, wciąż skonsternowany, wstrzymując się przed komentarze że palił, to chyba ktoś w tym departamencie. Za drzwiami jednak panowało poruszenie i ruch o wiele większy jak zazwyczaj. Ktoś coś nerwowo obwieszczał, ktoś biegł z miejsca na miejsce.
- Atak - padło szybko i stanowczo. - Wszystkie magiczne dzielnice płoną. Niemagiczny Londyn także. Całe miasto jest w niebezpieczeństwie - może faktycznie te słowa dotarły do Bulstrode'a, a może było coś w twarzy mężczyzny, który to powiedział, bo auror z miejsca przeklął szpetnie, ale jednocześnie nie był w stanie powstrzymać się od jakiegoś dziwnego uśmiechu. Był w nim trochę niedowierzania, ale też... zadowolenie? W końcu płonący Londyn oznaczał akcje.