03.04.2025, 21:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.04.2025, 21:03 przez Charlotte Kelly.)
– A ma pan jakiegoś, którego chciałby się pozbyć? – spytała Charlotte żartobliwie. To znaczy, każdy przy zdrowych zmysłach założyłby pewnie, że żartuje, gdy w istocie mówiła całkiem poważnie. – Widmowidza tutaj mamy, ale takiego bez skłonności samobójczych, a to wymagałoby bliskiego kontaktu z artefaktem… kolor czerwony. Obawiam się, że szanse na to, że taki podzieliłby los biednego pana Pedingtona, są jak dwa do jednego, a szanse na to, że sięgnie dalej niż rok wstecz, są stosunkowo nieduże – westchnęła. Oczywiście, sama miała zamiar spróbować przyzwać ducha pana Pedingtona, aby dowiedzieć się więcej – i o okolicznościach śmierci, i o tym, skąd on do licha ten artefakt w ogóle wziął – ale już o tym nie musiała Atreusa informować. Jeszcze zamiast zająć się morderstwem, jak powinien, zacząłby wtrącać się w jej badania.
I nawet gdyby chciała podzielić się z nim informacjami, to odgłosy zamieszania z korytarza dość skutecznie odciągnęły uwagę Charlie od całej rozmowy.
– Jaki atak? – zażądała odpowiedzi, uśmiech spełzł z jej ust, spojrzenie jasnych oczu stało się nagle bardzo, bardzo zimne. Nie musiała nawet pytać, bo oto padły kolejne słowa: magiczne dzielnice płoną, Londyn płonie…
O Charlotte Kelly można by powiedzieć wiele złych rzeczy. Była narcystyczna, egoistyczna i uparta jak stado diabłów. Nie była miłym człowiekiem, chociaż potrafiła doskonale takiego udawać i o tym, jak zepsuta jest jej dusza, wiedziały tylko te nieliczne jednostki, którym postanowiła to zepsucie pokazać. Patrzyła z góry na wielu ludzi, w tym takich, którzy absolutnie na to nie zasługiwali. Chętnie chwaliła się swoimi osiągnięciami i zaletami, a z jej ust równie często padały kłamstwa jak prawda. Robiła to, co chciała, rzadko oglądając się na innych. Brakowało jej empatii – choć naprawdę ładnie tę markowała – i na informację o jakimś tam pożarze w Londynie, wzruszyłaby normalnie ramionami i wróciła do biurka, by zabrać się za pracę.
Ale jeżeli płonął cały Londyn, wszystkie dzielnice…
W przeciwieństwie do Atreusa nie cieszyła się na tę akcję, bo cóż, co by o niej nie mówić: na pewno nikt nie mógł stwierdzić, że nie kochała swoich dzieci.
I teraz to jedno krótkie słowo odbiło się w jej blond głowie.
Dzieci!!!
Prawdopodobnie wszystkie już wyszły w pracy i były w ich mieszkaniu!!!
Charlotte w jednej sekundzie odwróciła się na pięcie, wpadła do pomieszczenia i błyskawicznie z niego wypadła, z torbą na ramieniu.
– Nie wiadomo, jaka jest dokładnie sytuacja, ale Michael właśnie dostał falami informację od żony, że na Pokątnej wybuchają pożary. Wzywają departamenty szybkiego reagowania na wasze piętro… – zaczął tymczasem mówić Niewymowny. Charlotte jednak już go nie słuchała – odepchnęła mężczyznę sobie z drogi i ruszyła ku schodom. I mimo wysokich obcasów, biegła teraz ze sprawnością, jakiej mógłby pozazdrościć jej nawet olimpijczyk. Musiała dostać się na górę. Po prostu musiała. I chociaż Charlotte nie nawykła biegać, bo niby gdzie miałaby się spieszyć, królowa nigdy nie przychodzi za późno, to inni są za wcześnie, tym razem zmartwienie o bliskich dodawało jej ruchom zadziwiającej żwawości.
OMSM, pomyślała Charlotte, Rita chyba miała jakieś spotkanie, może dalej tutaj była, może córka nie zdążyła jeszcze opuścić Ministerstwa Magii. Stąd prostym torem jej myśli pobiegły od dzieci także do Anthony’ego, Jonathana – jeśli nie był w pracy, to na pewno wpakuje się prosto w jakiejś ognisko, Jonathana utrzymać od kłopotów było równie ciężko, jak przeciętnego trzylatka – i wreszcie Morpheusa oraz jego apokaliptycznych wizji. Doprawdy, ludzi, na których jej zależało, dało się policzyć na palcach rąk, i jeszcze parę palców zostawało, ale nagle upewnienie się, że wszyscy żyją stało się dość dużym problemem… Tak, najpierw OMSM, a potem atrium i teleportacja do mieszkania, oby chłopcy tam byli, cali i zdrowi.
Przyhamowała nieco, kiedy w jej włosy zaplątał się samolocik z wewnętrznej poczty ministerstwa, już gdy przebiegła na schodach wyżej. Zaledwie zerknęła na jego treść, chociaż pierwszym odruchem była chęć zmięcia wiadomości… dobrze, że tego nie zrobiła – bo liścik od Anthonyego sprawił, że Charlotte gwałtownie się obróciła, i pobiegła ostatecznie jednak w inną stronę. Ku atrium, gdzie tamci zmierzali.
Rita bezpieczna, Tony i Johny chwilowo bezpieczni – musiała dopaść ich wcześniej, dać im eliksiry, i najlepiej ustalić, kto gdzie pójdzie – ale Jasper, Theodor i Morpheus…
I nawet gdyby chciała podzielić się z nim informacjami, to odgłosy zamieszania z korytarza dość skutecznie odciągnęły uwagę Charlie od całej rozmowy.
– Jaki atak? – zażądała odpowiedzi, uśmiech spełzł z jej ust, spojrzenie jasnych oczu stało się nagle bardzo, bardzo zimne. Nie musiała nawet pytać, bo oto padły kolejne słowa: magiczne dzielnice płoną, Londyn płonie…
O Charlotte Kelly można by powiedzieć wiele złych rzeczy. Była narcystyczna, egoistyczna i uparta jak stado diabłów. Nie była miłym człowiekiem, chociaż potrafiła doskonale takiego udawać i o tym, jak zepsuta jest jej dusza, wiedziały tylko te nieliczne jednostki, którym postanowiła to zepsucie pokazać. Patrzyła z góry na wielu ludzi, w tym takich, którzy absolutnie na to nie zasługiwali. Chętnie chwaliła się swoimi osiągnięciami i zaletami, a z jej ust równie często padały kłamstwa jak prawda. Robiła to, co chciała, rzadko oglądając się na innych. Brakowało jej empatii – choć naprawdę ładnie tę markowała – i na informację o jakimś tam pożarze w Londynie, wzruszyłaby normalnie ramionami i wróciła do biurka, by zabrać się za pracę.
Ale jeżeli płonął cały Londyn, wszystkie dzielnice…
W przeciwieństwie do Atreusa nie cieszyła się na tę akcję, bo cóż, co by o niej nie mówić: na pewno nikt nie mógł stwierdzić, że nie kochała swoich dzieci.
I teraz to jedno krótkie słowo odbiło się w jej blond głowie.
Dzieci!!!
Prawdopodobnie wszystkie już wyszły w pracy i były w ich mieszkaniu!!!
Charlotte w jednej sekundzie odwróciła się na pięcie, wpadła do pomieszczenia i błyskawicznie z niego wypadła, z torbą na ramieniu.
– Nie wiadomo, jaka jest dokładnie sytuacja, ale Michael właśnie dostał falami informację od żony, że na Pokątnej wybuchają pożary. Wzywają departamenty szybkiego reagowania na wasze piętro… – zaczął tymczasem mówić Niewymowny. Charlotte jednak już go nie słuchała – odepchnęła mężczyznę sobie z drogi i ruszyła ku schodom. I mimo wysokich obcasów, biegła teraz ze sprawnością, jakiej mógłby pozazdrościć jej nawet olimpijczyk. Musiała dostać się na górę. Po prostu musiała. I chociaż Charlotte nie nawykła biegać, bo niby gdzie miałaby się spieszyć, królowa nigdy nie przychodzi za późno, to inni są za wcześnie, tym razem zmartwienie o bliskich dodawało jej ruchom zadziwiającej żwawości.
OMSM, pomyślała Charlotte, Rita chyba miała jakieś spotkanie, może dalej tutaj była, może córka nie zdążyła jeszcze opuścić Ministerstwa Magii. Stąd prostym torem jej myśli pobiegły od dzieci także do Anthony’ego, Jonathana – jeśli nie był w pracy, to na pewno wpakuje się prosto w jakiejś ognisko, Jonathana utrzymać od kłopotów było równie ciężko, jak przeciętnego trzylatka – i wreszcie Morpheusa oraz jego apokaliptycznych wizji. Doprawdy, ludzi, na których jej zależało, dało się policzyć na palcach rąk, i jeszcze parę palców zostawało, ale nagle upewnienie się, że wszyscy żyją stało się dość dużym problemem… Tak, najpierw OMSM, a potem atrium i teleportacja do mieszkania, oby chłopcy tam byli, cali i zdrowi.
Przyhamowała nieco, kiedy w jej włosy zaplątał się samolocik z wewnętrznej poczty ministerstwa, już gdy przebiegła na schodach wyżej. Zaledwie zerknęła na jego treść, chociaż pierwszym odruchem była chęć zmięcia wiadomości… dobrze, że tego nie zrobiła – bo liścik od Anthonyego sprawił, że Charlotte gwałtownie się obróciła, i pobiegła ostatecznie jednak w inną stronę. Ku atrium, gdzie tamci zmierzali.
Rita bezpieczna, Tony i Johny chwilowo bezpieczni – musiała dopaść ich wcześniej, dać im eliksiry, i najlepiej ustalić, kto gdzie pójdzie – ale Jasper, Theodor i Morpheus…