• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#27
03.04.2025, 22:07  ✶  
Nie to, żeby jej odpowiedź jakkolwiek go zdziwiła. Prawdę mówiąc, zaskoczyłaby go dopiero wtedy, gdyby stwierdziła coś zupełnie przeciwnego. Wtedy tak, zdecydowanie poczułby się zbity z tropu. Jednakże w tym wypadku? Nawet nie dopuszczał myśli, że mogłaby odpowiedzieć inaczej.
A jednak sam nie uważał tego za aż tak proste. Zarówno jego, jak i jej rodzina doskonale wiedziała, że jakiekolwiek próby przymuszania ich do czegokolwiek po prostu musiały spalić na panewce. Dlatego ten hipotetyczny scenariusz nie miał się wydarzyć. Teoretycznie nic takiego nigdy im nie groziło. Tyle tylko, że w praktyce należało brać pod uwagę także to, o czym teraz nie mówili.
Tacy ludzie jak oni mieli bardzo określoną definicję odpowiedzialności za bliskich. Gdyby doszło co do czego, jeśli zostaliby postawieni pod ścianą. Nie przez krewnych a przez okoliczności. Raczej wydawało mu się jasne, jaka byłaby decyzja. Nie lubił o tym myśleć ani tym bardziej nie mówił, ale z poczucia obowiązku pewnie sam by to zrobił.
Było tak przed laty, zanim jeszcze w ogóle przekonał się o tym, co to znaczy tak naprawdę do kogoś należeć. Później nie zrezygnowałby z ich szczęścia, nawet na rzecz bliskich, ale były dwa takie okresy, kiedy byłby skłonny zaakceptować ten angaż. Przed sześćdziesiątym piątym i od połowy siedemdziesiątego pierwszego do początku września, gdy sądził, że i tak nie dane mu jest szczęśliwe życie małżeńskie.
Ożeniłby się, żeby ratować sytuację. Po to, by utrzymać pozycję rodu. W celu zapewnienia stabilności, bezpieczeństwa Roselyn i całej reszcie. Po to, żeby jego siostra nie musiała tego robić. Wiedział, że by to zrobił, nawet jeśli byłby z tego powodu cholernie nieszczęśliwy. A potem?
Chyba nie chciał aż tak bardzo teoretyzować, bo wiedział jedno: była tylko jedna osoba, przy której mógł czuć się szczęśliwy. Gdyby to nie była ona, stanąłby pod ścianą. A następnie kilkukrotnie uderzyłby w nią głową, bo aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co uczyniłby, gdyby musiał wybierać.
Abstrahując od tego, mimo wszystko, słysząc słowa o wyjątkach, poczuł się na swój sposób...
...rozbawiony?
Jasne, ich podejście do zaaranżowanych związków było niekwestionowalne. Tyle tylko, że jednocześnie usiłował nie zwrócić Geraldine uwagi na jeden znaczący fakt: był czas, gdy planował oświadczyny. Nie w taki sposób, w jaki robił to wcześniej. Nie. Na przełomie siedemdziesiątego i siedemdziesiątego pierwszego podszedł do tematu w zupełnie inny sposób niż zakładał to wcześniej.
Tym razem nie pytał Geraldine o to, czy byłaby skłonna rozważyć coś takiego w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ani czy potrzebowała od niego tego kamyka. Czy to cokolwiek by między nimi zmieniło. I tak dalej, i tak dalej.
Ta formuła była błędna. Sam nie miał pojęcia, czemu skorzystał z niej w taki sposób, w jaki to zrobił, ale w tamtym okresie podświadomie wyczuwał, że nie powinien tego ponawiać. Nie miał całkowitej pewności, jednak liczył na to, że jeśli zrobi to bardziej klasycznie, dostanie twierdzącą odpowiedź.
To zaś oznaczało podjęcie wielu dodatkowych kroków. Nie tylko znalezienie właściwego pierścionka czy odpowiednich okoliczności. Nie. Tym razem posunął się do odhaczenia praktycznie wszystkich koniecznych formalności. W tym do bezpośredniej rozmowy z własnym ojcem, od którego potrzebował zgody (no, zgodnie z konwenansami, nie realnie; realnie wiedział, że ojciec po prostu chciał, by był szczęśliwy) a także umówienia spotkania z potencjalnym teściem.
Do tego drugiego nigdy nie doszło. Nie pojawił się na sobotnim obiedzie, na który miał stawić się zaledwie kilka dni po orędziu Voldemorta. Wybuchł wtedy zbyt duży chaos, więc przełożyli tamtą rozmowę. Później jednak wymienili kilka listów. Miał pełną aprobatę, żeby sformalizować to, co i tak wydawało się nienaruszalne. Tak cholernie trwałe, tak bardzo niezmienne, że gdy pękło, rozbiło się na miliardy drobnych kawałeczków. Nie było gotowe na ten cios.
Nie dopełnił ustaleń, nie podjął ostatecznego kroku. A jednak w pewnym pokrętnym sensie był częścią aranżu między dwoma głowami rodów. Takiego, który wyszedł z jego własnej inicjatywy, ale nie dało się nie zauważyć pewnych podobieństw do tego, o czym teraz mówili. Nie spytał Geraldine pierwszej, co sądziłaby o czymś takim.
Zrobił to wiele lat wcześniej. Wtedy nie spotkał się z aprobatą z jej strony. Wręcz wydawało mu się, że uznała to za coś, czym nigdy nie miało być. Nie za wyraz szacunku i partnerstwa a za próbę przerzucenia na nią części odpowiedzialności. Więc tym razem podszedł do tego inaczej.
Musiał stłumić w sobie chęć wymownego uniesienia brwi. Tak mocno, że zamiast tego bezwiednie wygiął wargi, zasysając je, żeby nie chrząknąć. Nie chciał zrobić miny. Bez wątpienia mu to nie wyszło. Tym bardziej, gdy jeszcze dodatkowo usłyszał to kolejne zapewnienie z jej strony.
- Mhm - tak, to zdecydowanie było najbardziej sarkastyczne mhm, jakie był w stanie z siebie wydobyć w tej chwili.
W momencie, w którym sama jej obecność cholernie mocno go rozpraszała.
Mhm. Bez wątpienia by to dostrzegła. Praktycznie od samego początku. Nie potrzebowałaby zbyt wiele czasu, żeby dojść do tego, że nie należało z tym walczyć. Że całkiem słusznie zostali ze sobą splątani. Że mogli być ze sobą naprawdę szczęśliwi. Stworzyć coś więcej niż wymuszone małżeństwo. Być dla siebie lepsi, być sobie bliżsi, zostać przyjaciółmi, kochankami, partnerami. Swoimi ludźmi. Tak jak byli nimi w tej chwili. Wystarczyłoby, by nie sprzeciwiali się kolejom losu, tylko ten jeden raz pozwolili sobie popłynąć z prądem.
Mhm. Od razu dostrzegłaby w nim wyjątkowość. To, że byli sobie pisani i tak dalej. Wcale nie uznałaby tego napięcia, tej duszności, jaką zawsze mieli za coś złego. Nie wkurwiałaby się dwa razy bardziej. On też z pewnością nie byłby znacznie bardziej wściekły, że trafiło akurat na kogoś tak irytującego. Wcale tego już nie przeżyli, prawda? Poczucia bycia przymuszonym do nawiązywania relacji.
Mhm. Jasne.
Nie dało się ukryć, że Geraldine zawsze działała na niego inaczej niż inni ludzie. Od samego początku powietrze pomiędzy nimi było inne. Cięższe, bardziej duszące, naelektryzowane, pełne podświadomie odczuwanego napięcia.
Skłamałby, gdyby powiedział, że nigdy nie zdarzyło mu się cofnąć myślami do tamtego początkowego momentu. Szczególnie wtedy, kiedy po raz pierwszy doszli do tego, że łączy ich coś na kształt bardzo wczesnej historii. Nielicznych, ale bez dwóch zdań intensywnych interakcji. Poniekąd wpłynięcia nimi na swoje dorosłe życie. Tym razem wspólne.
To było tak absurdalne, że nie mógł o tym nie pomyśleć. Co prawda nie pamiętał tego jakoś szczególnie dobrze. To był zaledwie wycinek barwnych wydarzeń z tamtego okresu. A jednak nie był w stanie zaprzeczyć temu, że już wtedy czuł się inaczej w jej obecności.
Dziwnie, bardzo dziwnie. Zupełnie tak, jakby dawała mu wtedy coś na kształt lustra, w które wcale nie chciał spoglądać. Wkurwiała go tym. Reagowała zbyt podobnie. Była w stanie bez chwili zastanowienia palnąć coś, co trafiało w sedno. To było drażniące.
Szczególnie, że była tylko pyskatą gówniarą. Dzieciakiem. Nie kimś, o kim mógłby pomyśleć w kontekście zatkania jej niewyparzonej gęby pocałunkami. Pociągnięcia dziewczyny zębami za bez potrzeby rozchylane wargi. Przyparcia jej do ściany i sprawienia, że wreszcie przestałaby słać mu te prowokacyjne spojrzenia. Nie dało się tego robić, gdy oczy zachodziły mgłą, prawda? Nie można było temu zaprzeczyć.
To byłoby gwałtowne. Z pewnością nie dałoby się powiedzieć, że byliby dla siebie wyjątkowo czuli czy delikatni, ale też nie o to by im chodziło. Napięcie musiało zostać rozładowane. Tak czy siak, trwało wyjątkowo długo. Gromadziło się i wreszcie musiało znaleźć ujście. Nie wydawało mu się, żeby którekolwiek z nich nie miało tej świadomości. Prędzej czy później wylądowaliby w łóżku.
W niechlubnym sześćdziesiątym piątym niemal za każdym razem go do tego prowokowała. Pękłby wreszcie. Tak jak robił to w tej chwili. Gdyby nie uparte stanie przy swoim tudzież chęć odpłacania się pięknym za nadobne w postaci dokładnie tych samych chmurnych spojrzeń, pękłby wyjątkowo szybko. Prawdę mówiąc, był blisko granicy, gdy postanowili wywrócić narrację do góry nogami i zostać swoimi najlepszymi przyjaciółmi.
Tak czy inaczej, w Hogwarcie by tego nie zrobił. Oboje by tego nie zrobili. Zaprzyjaźnienie się także nie wchodziło w grę, bo nigdy nie mieli być wobec siebie tak bardzo neutralni, aby móc ciągnąć to na dłuższą metę. Poza tym w tamtym czasie nie byli raczej zbyt ugodowi. Dopiero późniejsze doświadczenia wpłynęły na to, że jakoś udało im się ciągnąć tę przyjacielską farsę. Przez zatrważająco długo.
W tamtym okresie dzieliła ich znacznie większa przepaść. W czasach szkolnych istniały granice, które rozmyły się w dorosłym życiu. Upływ czasu bez wątpienia wpłynął na odbiór atmosfery między nimi. Zadziwiające jak bardzo mogła zmienić się interpretacja tego wrażenia.
Z upływem czasu całkiem samoistnie przejść od wzbudzania irytacji do ciekawości. Do zaintrygowania, podświadomej chęci poznania. Fascynacji, która pchnęła ich na chwilę na ścieżkę, jaką podążyli podczas zimowego balu. Z niezbyt zrozumiałego powodu nie kontynuując wtedy tej interakcji, tylko ucinając ją w momencie, gdy reszta wieczoru powinna przebiegać wedle schematu znanego im obojgu. Tak się nie stało. Być może całkiem słusznie.
Później atmosfera ponownie się zmieniła. Tym razem posunęli się do nawiązania czegoś na kształt instynktownego zaufania. Zawierzenia sobie nawzajem w wyjątkowo drażliwej kwestii. Tego, co tak łatwo mogliby spróbować przerzucić na tę drugą osobę, chcąc potencjalnie ocalić własną skórę.
Mogła zostawić go samego z tamtym człowiekiem. On mógł wykręcić się tym, że przez doznany wstrząs mózgu zdecydowanie nie był w stanie zrobić tego, co zrobił. Był praktycznie nieprzytomny, pozbawiony świadomości, nie odpowiadał za rozwój sytuacji. Nie był poczytalny, więc cała odpowiedzialność za rannego spoczywała na Yaxleyównie. A jednak tak się nie stało. Podeszli do tego razem. Stanęli na jednym froncie. A potem nieoczekiwanie skierowali się przeciwko sobie.
Napięcie nie powróciło, bo nigdy nie zniknęło. Jedynie ponownie zaczęli interpretować je w kontekście obopólnej irytacji. Drażnienia się nawzajem do tego stopnia, że lepiej było trzymać się na dystans. Inaczej? No, chyba też było to dosyć jasne.
- Wiem - odmruknął, tym razem nie mogąc powstrzymać dosyć charakterystycznego uśmieszku, jaki towarzyszył także jego późniejszym słowom; ta deklaracja, choć wyjątkowo przyjemna dla uszu, rozbawiła go zdecydowanie bardziej niżeli powinna: wiedział, że była jego. - Przeszło mi przez myśl, że mu współczuję, wiesz? - Nie musiał mówić, komu, prawda?
Nieszczęśnik, straceniec, zdecydowanie pomyślał o tym, że żałował tego człowieka. Niezbyt długo, bo i bez przesady. Nie zamierzał roztrząsać kolei losów kogoś, kogo z dużym prawdopodobieństwem nawet nie znał, prawda? Prawda?
Mhm.
- Wiem. I co z tego? - Odparł gładko, nie wahając się ani przez chwilę, dokładnie tak samo jak nie myśląc o tym, co mogłyby zasugerować wypowiedziane przez niego słowa.
To były wyłącznie spekulacje, czyż nie? Teoretyzowanie na temat czegoś, co nie miało miejsca w przeszłości i nigdy nie musiało się stać. Przez lata nikt nie ingerował w ich związek. No, przynajmniej nie w znacznym stopniu, bowiem od czasu do czasu pojawiały się pewne ostrożne sugestie. Ale nie pytania.
Poza początkami, pytania nie padały. Nikt nie próbował wnikać w to, co planują w najbliższych latach. Wszyscy prawdopodobnie byli na to zbyt świadomi. Wiedzieli, że niczego by tym nie osiągnęli. Jedynie wzbudziliby w nich irytację, może nawet chęć okazania przekory wobec tych powszechnych oczekiwań.
Całe szczęście mogli żyć na własnych zasadach. Żyli swoim życiem. Ich rodziny to rozumiały. Nie mogły być lepsze pod tym względem.
A jednak w tym momencie z jego ust padło to jedno stwierdzenie. Wiem. I co z tego? Wypowiedział je lekko, miękko, zupełnie tak, jakby nic nie znaczyło. A znaczyło naprawdę wiele, czyż nie? Tyle tylko, że nie sądził, że musiał to głębiej poruszać. Wydawało mu się, że to, co mógłby powiedzieć było już dostatecznie jasne. Zwłaszcza po tym wszystkim, co doprowadziło ich do tego momentu teraz. Do siebie nawzajem. Ponownie w swoje ramiona.
Oczywiście, że by to zrobił. Porzuciłby dla niej wszystko, co znał. Bez chwili zawahania. Nie chciał interpretować tej jasności w kontekście właściwego i niewłaściwego zachowania. Wystarczyło, że był pewien tego jak wyglądałaby jego decyzja. Co stałoby się jego priorytetem. Do czego by się posunął, byleby tylko podążyć za tym, co było ich na długo przed tym zanim zdali sobie z tego sprawę.
Byli sobie pisani.
Nie wystarczyłyby mu ukradkowe spotkania. Słanie sobie skrytych spojrzeń. Niewielkie gesty, dyskretnie przekazywane wiadomości, krótkie chwile w swoich ramionach. Nigdy nie zgodziłby się na coś takiego. Na trzymanie się w cieniu. Bycie tym nieoficjalnym kimś. Zostanie kochankami, nieoficjalnie swoimi ludźmi, podczas gdy jedno z nich lub oboje mieliby kogoś innego, z kim pokazywaliby się publicznie.
Nie odpowiadało mu to już wtedy, gdy się przyjaźnili. Fakt, że podczas wydarzeń w dalszym ciągu wciskano mu kogoś innego, gdy chciał, żeby to była ona. I tylko ona. Nikt inny. Więc tak. Nie powinna wątpić, że jeśli rzeczywiście przyszłoby co do czego to przebieg wydarzeń byłby dla niego zupełnie jasny. Poszedłby za nią wszędzie.
Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. W końcu nie mierzył się z nią od dzisiaj. Mimo to, byłby w stanie żyć ze świadomością tego, że dokonał wyboru i wybrał ją. Ona też była jego rodziną. Kurewsko ją kochał, tak? Nie miał cienia wątpliwości, że dokładnie to samo czułby w każdej innej sytuacji, w której by się znaleźli. Poniósłby konsekwencje.
Tak właściwie wziął je na siebie wiele lat temu. Wraz z tą całą odpowiedzialnością za bycie nieoficjalnym opiekunem rodziny. Potrafił być odpowiedzialny nie tylko za siebie. Być protektorem? Nie nazwałby się głową rodu. Nie chciał nią być. A jednak nie zmieniało to faktu, że wziął na siebie znaczną część zadań ojca. Wydawało mu się, że całkiem świadomie. Nie czuł się w nie wmanewrowany, wmanipulowany. Nikt go w nic nie wrobił. Zaistniały okoliczności, które tego wymagały, więc podjął się tych zadań bez słowa sprzeciwu. Po to, żeby wszystko w dalszym ciągu układało się jak najlepiej. Dla dobra rodziny. Dla bliskich, nie dla siebie.
Równie celowo działał z cienia. Z tylnego rzędu. Zza kotary, nie okazując tego wszem i wobec. Możliwe, że nieopatrznie, bo w ostatnim czasie czuł się tym coraz bardziej przytłoczony. Coraz częściej wydawało mu się, że nie jest brany pod uwagę w momentach, w których pojawiały się pozytywne skutki jego własnych działań.
Kiedy trzeba było rozdzielić plony, nadal sugerowano mu zawierzyć, że podział będzie sprawiedliwy i samemu zostać za tą samą kurtyną. Tak, nagroda zawsze nadchodziła. Tyle tylko, że czasami miał wrażenie, że otrzymuje tylko skrawki, resztki, popłuczyny.
Był wdzięczny. Oczywiście, że był. Tyle tylko, że odkąd wrócił do domu półtora roku temu, biorąc na siebie jeszcze więcej, bo był na miejscu, jakoś nie do końca mógł odnaleźć się w tych z pozoru starych układach. To, co kiedyś było dla niego zupełnie normalne teraz nagle zaczęło go dusić. Irytować, nawet jeśli tego nie okazywał. Drażnić, czasami przytłaczać bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
To dlatego przeniósł się z głównego domu do byłego budynku gospodarczego. Z tego względu nie zajął dawnych pokojów. Miał wrażenie, że mimo upływu czasu był tam traktowany jak gość, nie domownik. Szczególnie przez najbliższą mu osobę, która momentami jak gdyby zupełnie zapominała o tym, że Roise z powrotem mieszka w Dolinie. A on przebywał tam naprawdę często. Bo musiał. Miał obowiązki wobec rodziny.
Mimo to, nie chodząc i nie chwaląc się tym, co znalazło się pod jego pieczą. Nie mówiąc o tematach i problemach spoczywających na jego barkach, bowiem jakiekolwiek podobne wypowiedzi były całkowicie zbędne. Nie tylko niepotrzebne, lecz także mogłyby przynieść więcej szkody niż pożytku.
W innym życiu. Będąc w innym miejscu. Mając w sobie znacznie więcej tego egoizmu, który paradoksalnie i tak mu zarzucano, gdzieś tam w głębi duszy chciał wierzyć, że nie zawahałby się ani przez chwilę. Zrobiłby to dla nich. Dla siebie. Dla własnego nieograniczonego niczym szczęścia.
Paradoksalnie poniekąd postępując bardzo podobnie do kogoś, kogo nie szanował za podjęte decyzje. Tyle tylko, że mimo wszystkich podobieństw, pragnął wierzyć, że te sytuacje nie byłyby podobne. Nie zwaliliby sobie na głowę aż takiego gniewu rodów. W pewnym momencie pewnie mogliby wrócić do domu.
Tyle tylko, że nie miał już tak dużej pewności jak kiedyś, że wtedy chciałby to zrobić. Mieszkając w Whitby, rzadziej odwiedzał Dolinę. Bywał w domu w weekendy, wpadał na obiady albo w interesach. Po to, żeby wspierać rodzinny biznes, ale niezbyt często w ramach zwykłego widzimisię. Najczęściej wybierał powrót bezpośrednio do swojego nowego domu.
Nie sądził, aby którekolwiek z nich tak naprawdę kwestionowało przebieg tego hipotetycznego scenariusza.
- Pamiętaj, że mam doświadczenie w planowaniu takich ucieczek - przypomniał (choć czy w ogóle kiedykolwiek jej o tym powiedział?) z błyskiem w oku, spoglądając na dziewczynę i unosząc kąciki ust.
W tym momencie nie zamierzał rozwijać tego tematu, bowiem zdecydowanie nie potrzebowali tego robić. Nie musieli marnować czasu na kolejne zbędne dyskusje dotyczące czegoś, o czym wcale nie potrzebowali rozmawiać.
Nawet jeśli na swój sposób było to całkiem nęcące. Ta świadomość, że mogliby to tak po prostu zrobić. Byliby w stanie zignorować zupełnie wszystko inne. Złamać wszystkie reguły i konwenanse, byleby tylko osiągnąć dokładnie to, czego oboje chcieli. Żeby znaleźć się przy sobie nawzajem niezależnie od okoliczności.
Nie był typem człowieka, który przejmowałby się opinią otoczenia. Tak naprawdę nigdy nie przeszło mu przez myśl, że mógłby przesadnie ukrywać swój związek z Riną. Pozbywając się łatki przyjaciół, szybko nadrobili cały czas, jaki minął od tamtych pierwszych podrygów rozwijającego się uczucia. Zanim poszli niewłaściwą ścieżką.
Już raz to zrobili. W kilka tygodni mieli za sobą oficjalne obiady z rodzinami, pierwszy wspólny debiut towarzyski. Zamieszkali ze sobą praktycznie bez zbędnych rozmów. Zaczęli prowadzić wspólne życie, jakby robili to od zawsze.
Nie wątpił, że teraz też mieli bardzo szybko z powrotem wkroczyć na te tory. Spodziewał się, że raczej prędzej niż później zdecydują się na dokładnie to samo. Szczególnie na ten konkretny krok, którego nie doczekali za poprzednim razem. Nie sądził, by tym razem mieli z tym zwlekać.
A nawet, jeśli tak, to czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Teraz po tylu latach wspólnego życia? Nie, nie miało. Nie wobec tego, co ze sobą przeżyli. Wszystkiego, co ich łączyło. Paradoksalnie nawet tego, co w pewnych momentach oddzielało ich od siebie. Nawet tych wszystkich rzeczy, w których się ze sobą nie zgadzali, doprowadzając się do białej gorączki. Nawet biorąc pod uwagę tę stronę, nie było sensu udawać, że Geraldine nie była jego priorytetem. Zawsze miała być. Więc zamierzał dać jej czas i przestrzeń. Tym razem naprawdę zamierzając udowodnić, że nie planował już nigdzie się stąd ruszać.
Nie potrzebował wiele, żeby na nowo wmieszać się w jej życie, gdy go potrzebowała. Kilka minut rozmowy. Parę wypowiedzianych słów. Nikły dowód tego, że sytuacja była trudna, niebezpieczna i skomplikowana. Śmiertelna, prawda? Od samego początku oboje mieli tę świadomość. Mimo wszystko, poszli tam razem. Wyszli stamtąd wspólnie. Tak miało pozostać.
Nie wyobrażał sobie, by mogło być inaczej. Nie, gdy znów poczuł się tak właściwie. Nie musząc myśleć o limicie czasu, jaki sobie dawali. O tym, że za kilka dni ich szczęście znowu przejdzie do przeszłości. Nawet nie o tej godzinie dwadzieścia, która zupełnie straciła znaczenie. Mogli być powolni i leniwi, prowadzić te swoje negocjacje i dyskusje. Mediacje. Tyle tylko, że czy naprawdę musieli?
- Są duże - stwierdził bez oporów, mrużąc przy tym oczy i biorąc aż ostentacyjnie głęboki wdech. - Twoje zalety. Masz duże zalety. Dużo zalet. Mhm - być może trochę z nią sobie teraz pogrywał, świadomie formułując te słowa w ten konkretny sposób.
Musiała mu to wybaczyć. Tak samo jak ten kolejny komentarz okraszony kląśnięciem językiem o podniebienie.
- Twoje zalety mówią same za siebie - więc po co rozmawiać, tak?
Mogli przejść na znacznie prostszy język. Dać gestom... ...zaletom... ...mówić samym za siebie. Tym bardziej, że stanowczo zbyt długo z tym zwlekali.
Nie mógł udawać, że to, co robiła zupełnie mu nie odpowiadało. W pewnym sensie czerpał z tego równie mocną satysfakcję, co ona. Tyle tylko, że naprawdę usiłował tego po sobie nie pokazywać. No i powoli go to rozpeaszało.
- Ach, tak - odmruknął, jakby nagle olśniło go w kwestii, która była przecież zupełnie oczywista: niczego takiego od niego nie oczekiwała.
Prosta sprawa.
Jasna jak słońce, które świeciło jeszcze tego poranka, teraz całkowicie przysłonięte chmurami. Gdyby nie zapalone lampy rzucające miękką, ciepłą poświatę, w sypialni pewnie panowałaby ciemność, nie subtelny półmrok. Ten, który tylko podkręcał atmosferę między nimi.
Mógłby sycić oczy tym widokiem. Tak po prostu zatrzymać spojrzenie na dekolcie jego dziewczyny, mimo nagości, wciąż umiejętnie rozbierając ją wzrokiem. To była naprawdę niezwykła umiejętność, czyż nie? Wbić wzrok w jej rozbujane piersi, nie robiąc przy tym nic więcej i wciąż mając pewność, że to w zupełności miało wystarczyć, by wzbudzić w niej reakcję. Żeby wywołać rumieniec na skórze, gorącą falę odwzajemnionego pożądania.
Wiedział jak to wygląda w przypadku ich obojga. Zdawał sobie sprawę z prawdziwości tego, co mu odpowiedziała. Tak samo jak tego, że to działało w obie strony. Niektóre słowa nie mogły paść z ust żadnego z nich, prawda? Nie pasowały do nich, tak?
A więc...
- Proszę, Geraldine - wymamrotał, wkładając w to absurdalne ilości zupełnego braku powagi, by zabrzmieć dokładnie w ten sposób, którego od niego nie oczekiwała: wyjątkowo chrapliwie, błagalnie, niemalże zdesperowanie. Zupełnie tak, jakby rzeczywiście potrzebował, by tu i teraz przestała znęcać się nad nim. Być tak cholernie powolna i metodyczna. Jakby w istocie zniżył się tak bardzo, aby zaskamleć jej jak szczeniak. Celowo (a jakże) korzystając przy tym z własnej wariacji na temat bardzo znajomego akcentu. W jego ustach karykaturalnie śpiewnego, przypominającego marcującego kota, bo czemu by nie? Do tego też mógł się posunąć. Granice nie istniały.
- Och, kiciu, koteczku, ty moja kocico, proszę, przestań się łasić i daj się wziąć na kolana. Weź mnie tu i teraz, prooooszę - próbował, naprawdę próbował brzmieć w tak perfidnie uległy sposób.
Posuwając się nisko, bo wbijając w nią przy tym wzrok i robiąc duże oczy. Pociągając zębami własną wargę, jednocześnie unosząc biodra, żeby podkreślić to, co było jasne.
- Stanął mi, kochanie, wiesz, że już mi stoi. Nie możesz tego zignorować. Jest cały twój, tylko zlituj się i go uwolnij, prooooszę. Geraldine, no weź pomyśl, ile jeszcze może wytrzymać zdrowy, jurny człowiek - tak, naprawdę był w stanie przełknąć ślinę i zignorować ciary żenady, które próbowały przebiec mu po kręgosłupie, byleby tylko zupełnie zbić ją teraz z tropu.
Nawet kosztem chwilowego zawahania, bo wtedy przynajmniej mógłby liczyć na to, że gdy dziewczyna wróci do przerwanej czynności, nie będzie już miała siły, by dalej sobie z nim pogrywać. Nie tak jak on zaczął pogrywać sobie z nią, kolejny raz poruszając biodrami, by dźgnąć ją swoim towarem w dłoń trzymaną na tej cholernej sprzączce.
Próbował zachować powagę, naprawdę próbował. Przynajmniej do tego momentu, bo to było zbyt wiele nawet jak na niego. Zwłaszcza teraz, kiedy byli tak blisko tego, żeby znowu znaleźć się w swoich ramionach. Po co tak bardzo im to utrudniała?
- Nie zmuszaj mnie do tego, żebym sam to zrobił - dodał już znacznie bardziej zdecydowanie, bez mrugnięcia okiem pozbywając się ostatniego śladu tej poprzedniej narracji.
Tego błagalnego tonu. Tego szczenięcego spojrzenia. Zupełnie je wymazał. Tak, jakby nigdy nie istniały. Zrobił to w mgnieniu oka, znów obdarzając ją jednym z tych spojrzeń. Tak szybko jak ona powinna pozbyć się jego spodni. Tyle tylko, że w dalszym ciągu jakoś tego nie robiła. Sama prosiła się o to, żeby jej zagroził. Kimże byłby, żeby tego nie uczynić? Mieli naprawdę duże łóżko do dyspozycji. Mogli przetoczyć się po nim co najmniej dwa razy w jedną stronę. Jeśli właśnie tego chciała, mógł przejąć inicjatywę. Odebrać jej całą zabawę, bo zdecydowanie przesadzała.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (27698), Geraldine Greengrass-Yaxley (17132)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.03.2025, 15:59
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.03.2025, 22:48
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.03.2025, 23:41
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.03.2025, 00:13
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.03.2025, 01:30
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.03.2025, 23:44
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.03.2025, 00:32
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.03.2025, 23:09
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.03.2025, 00:44
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 01:47
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 04:01
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 19:35
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 22:52
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.03.2025, 01:03
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.03.2025, 03:37
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.03.2025, 23:57
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 02:32
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 13:58
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 15:07
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 23:39
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.04.2025, 01:42
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.04.2025, 21:15
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.04.2025, 02:14
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.04.2025, 11:13
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.04.2025, 19:54
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.04.2025, 09:29
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.04.2025, 22:07
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.04.2025, 09:41
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.04.2025, 13:42
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.04.2025, 22:35
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.04.2025, 02:55
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.04.2025, 22:04
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.04.2025, 16:03
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.04.2025, 18:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa