04.04.2025, 18:35 ✶
Przyspieszyłem kroku, starając się unikać większych skupisk ludzi. Czułem ciężar kobiety na swoich plecach, jej obecność była dla mnie zarówno wsparciem, jak i obciążeniem. Zgubiłem się w tym wszystkim, co czułem w związku z naszym nagłym sojuszem, ale wiedziałem, że muszę się skupić na reszcie, nie na moich odczuciach w związku z tym. Na razie nie myślałem o niczym innym - wyłącznie o tym, że musiałem dotrzeć do kostnicy. Poprawka - razem musieliśmy znaleźć drogę przez ten piekielny labirynt stworzony z ludzi i ognia, bo moja orientacja w terenie, chociaż bardzo dobra, mogła potrzebować wsparcia ze strony kogoś, kto codziennie pokonywał te drogi do pracy. Tym bardziej, że w dymie i chaosie było łatwo się zgubić, zboczyć z trasy - już nic nie wyglądało tak jak przedtem, część budynków się zapadła, gdzieniegdzie powstały blokady z cegieł i palącego się drewna. Słyszałem krzyki, widziałem płomienie odbijające się od nielicznych nie popękanych szyb pobliskich budynków. To było piekło rodem z apokaliptycznych wizji, a my znaleźliśmy się w samym jego centrum.
Niezależnie od tego, jak trudna była sytuacja, musiałem zachować zimną krew i panować nad tym, co mogłem kontrolować. Kobieta, którą niosłem na plecach, miała ciężki oddech - wiedziałem, że walczyła z własnym strachem.
Nie wiedziałem, co jeszcze powiedzieć, ale czułem, że muszę kontynuować tę rozmowę. Jasna sprawa, że zauważyłem jej reakcję na widok, którego nie chciałem, żeby widziała. Cholera.
- Hej, szłuchaj... Nie musisz tylko tszymać się moich pleców. Moszesz mnie pszytuliś, jeśli chces. Jesztem tutaj, nie poswolę, szeby coś ci się ształo. Samknij oszy, jeszli to ci pomosze. Cokolwiek uspokoi twoje myszli, slób to. Obiesuję, sze nie poswolę, szeby coś ci się stało. - Wiedziałem, że muszę iść dalej, mimo że każdy krok kosztował mnie coraz więcej. Czułem ciężar kobiety na swoich plecach, ale nie mogłem jej zostawić. Nie mogłem się zatrzymać, musiałem iść dalej, przez tłum uciekających ludzi, wrzasków i łez. Tłum wokół nas wrzeszczał, panika rozprzestrzeniała się jak ogień w suchym lesie.
- Mam pięś młodszych sióstl. - Dodałem mimowolnie, jakby to miało wytłumaczyć moją determinację. Mówiłem to, nie myśląc o tym, że zdradzam coś o sobie. Zacisnąłem palce na jej kolanie - nie, aby sprawić ból, lecz, żeby dać jej znać, że jestem tuż obok, że nie ma powodu do paniki. - Nigdy nie poswoliłbym, szeby im się coś ształo, nie na mojej walcie. Ty tesz jeszteś dla mnie waszna, lozumiesz? Idziemy dalej, lasem. Wsystko będzie dobsze. - Wzdychając, kontynuowałem marsz. Wydobyłem te słowa bez zastanowienia, nie myśląc o ich ciężarze, ale w tej chwili, w tym szaleństwie, musiałem być twardy. Musiałem dać jej poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli moje słowa brzmiały średnio, bo się nie znaliśmy. - Na kaszdego skulwysyna jeszt więksy skulwysyn... W tym momensie masz pszy sobie kogosz, kto potlafi pieldolnąś, nie? Nie kwesztionujesz tego, plawda? Chyba nie plóbujes mnie oblasiś? - Zasugerowałem, jakbyśmy naprawdę mogli się obrazić, gdyby usiłowała dygać pod moją pieczą, jakbym był za mało straszny i wpływowy. - Jesztem... Hmmm... Najemnikiem. Łamię klątwy... Szasami koszci, takie tam lószne. - Kontynuowałem, nie myśląc o tym, co mówię. - Pływałem sztatkami, swiesiłem spolo szwiata, obiłem wiele mold. W lasie szecho obiję kilka więsej, bo oni nimi nie szą, wies? Nikim szczególnie niebespiesznym. To swieszęta stadne, w dodatku głupie. Wystalszy, sze się lospieszchną i stlacą pszewagę. Są silni, ale głupi. A ty? Plasujesz w kosztnicy, plawda? Jestesz mądszejsza od nich. Jeszli się pszyjebią, powies mi, gdzie wbiś nósz albo pod jakim kątem waliś s pięści. So ty na to? Pomyszl o tym jak o moszliwości slobienia sobie naszyjnika s sębów tych, któszy cię skszywdzą, albo blansoletki... - To zabrzmiało niezbyt dobrze. - W posządku, mosze nie myszl o tym telas, ale... No, wies. - Wydawało mi się, że słychać, że mówię to w żartach, ale w moim głosie brzmiała powaga. Każde słowo miało na celu dodanie jej otuchy, a jednak, niechcący, ukazywało brutalność świata, w którym żyliśmy. Dlatego lepiej było zmienić temat.
Zacisnąłem zęby, przełknąłem ślinę, a potem, nie odwracając głowy przez ramię, odezwałem się do kobiety. Może to był głupi temat w obliczu tego, co się działo, ale w tym momencie każda odskocznia od przerażającej rzeczywistości była bezcenna. Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Ludzie wokół nas biegli w panice, a ja starałem się manewrować pomiędzy nimi, jednocześnie podtrzymując rozmowę. Słyszałem jej głos, wyraźny mimo hałasu płonącego miasta. Kalkulacje robione przez kobietę były imponujące - wyciągała wnioski, nie mówiła od rzeczy. W dodatku zadawała pytania. Nie olała moich prób podtrzymania rozmowy - to dobrze świadczyło o jej stanie psychicznym, chociaż przez chwilę obawiałem się, że to wszystko może ją zbyt mocno przytłoczyć.
- Hmmm, chyba baldziej kalmelowy. - Powiedziałem, starając się odwrócić myśli od pożaru i chaosu wokół nas. Z każdym krokiem, który stawialiśmy, sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Słyszałem za sobą krzyki, a do uszu docierały dźwięki tłuczonego szkła oraz wybuchów w oddali. - Solony jeszt w posządku, ale nie lubię selowego. W Stanach jeszt kult sela w plosku. Paskustwo. Sel w plosku to dla mnie totalna polaszka. - Powiedziałem to z takim przekonaniem, że aż sam się uśmiechnąłem, chociaż sytuacja była dramatyczna. Próbowałem nawiązywać do wspomnień, które były bezpieczne i ciepłe - w przeciwieństwie do rzeczywistości, którą teraz przeżywaliśmy. Moje słowa płynęły z serca, nie zastanawiałem się nad nimi, po prostu chciałem, żeby poczuła się bezpieczniej. Nie mogłem jej zawieść.
- A ty, co wybielas? Kalmelowy, solony? Maszlany? - Kontynuowałem, starając się nadać rozmowie lekki ton, chociaż w moim umyśle nieustannie krążyły myśli o zagrożeniu. Wiedziałem, że to pytanie wydawało się absurdalne w obliczu tego, co się działo, ale w takich momentach czasem najdrobniejsze rzeczy mogą przynieść ulgę. Zatrzymałem się na chwilę, by zlustrować teren. Ludzie biegli w panice, ich twarze były wykrzywione strachem. Nie wiedziałem, co tak naprawdę się dzieje - poza tym, że nagle cały świat stanął w ogniu, ale czułem, że nie mamy wiele czasu. - A mosze wolis jakieś inne smaki? Mosze cynamonowy? Chociasz to dziwne, nie? Ale… Kto wie, mosze to by było coś ciekawego... - Próbowałem być kreatywny - szukałem sposobu, by rozluźnić atmosferę, żeby mogła chociaż na moment zapomnieć o otaczającym nas piekle. Niestety nie mogłem jej inaczej wesprzeć - spojrzenie przez ramię nie wchodziło w grę. Nie teraz. Musiałem być czujny, nie mogłem pozwolić sobie na to, by stracić kontrolę nad naszą pozycją w nieprzewidywalnym otoczeniu. Tym bardziej, że gdzieś w sercu wiedziałem, że muszę dbać nie tylko o siebie, ale w największej mierze o tę kobietę, która tak nagle stała się moim priorytetem. Ja miałem przewagę wzrostu i masy - miałem sobie poradzić, ona nie. - Tylko nie mów, sze selowy, bo wtedy nie sosztaniemy pszyjasiółmi. - Dodałem, z uśmiechem, który nie mógł być widoczny, ale czułem, że ona go dostrzega. Patrzyłem na uciekających ludzi, którzy wpadali w panikę, ja musiałem znaleźć sposób, by prowadzić nas dalej, nie zderzając się z nimi i nie przestając komunikować się z kobietą. Miałem nadzieję, że chociaż na chwilę odciągnę jej myśli od tego, co działo się wokół nas, udowadniając, że w tym szaleństwie w dalszym ciągu można znaleźć coś normalnego - coś, co przypomina o dawnych czasach. Nie zawsze było tak źle i nie zawsze będzie. Kiedy usłyszałem jej słowa o słodkim śniadaniu, na chwilę znowu oderwałem myśli od otaczającego nas chaosu.
- Tak, szłodkie szniadanie. - Odpowiedziałem, wciąż skupiony na drodze przed sobą. - Ja tesz je lubię, ale wies co? Najbaldziej uwielbiam połąszenie szłodkiego i słonego. Bekon i sylop klonowy. Stelta bekonu utopiona w sylopie klonowym… Ale takim plawdziwym, nie w tym, co tu macie. S całym szasunkiem, to jest szit. - Podsumowałem brutalnie szczerze. - Dobly sylop klonowy nie jeszt scukszony, tak jak dobly kalmel na popcolnie. Moszna by to jeść na śniadanie, na obiad, na kolasję… W sasasie sawsze. - Właściwie, to nie wiedziałem, czy jeszcze kiedykolwiek będzie czas na śniadanie i wszystko inne - ale to było bez znaczenia.
Niezależnie od tego, jak trudna była sytuacja, musiałem zachować zimną krew i panować nad tym, co mogłem kontrolować. Kobieta, którą niosłem na plecach, miała ciężki oddech - wiedziałem, że walczyła z własnym strachem.
Nie wiedziałem, co jeszcze powiedzieć, ale czułem, że muszę kontynuować tę rozmowę. Jasna sprawa, że zauważyłem jej reakcję na widok, którego nie chciałem, żeby widziała. Cholera.
- Hej, szłuchaj... Nie musisz tylko tszymać się moich pleców. Moszesz mnie pszytuliś, jeśli chces. Jesztem tutaj, nie poswolę, szeby coś ci się ształo. Samknij oszy, jeszli to ci pomosze. Cokolwiek uspokoi twoje myszli, slób to. Obiesuję, sze nie poswolę, szeby coś ci się stało. - Wiedziałem, że muszę iść dalej, mimo że każdy krok kosztował mnie coraz więcej. Czułem ciężar kobiety na swoich plecach, ale nie mogłem jej zostawić. Nie mogłem się zatrzymać, musiałem iść dalej, przez tłum uciekających ludzi, wrzasków i łez. Tłum wokół nas wrzeszczał, panika rozprzestrzeniała się jak ogień w suchym lesie.
- Mam pięś młodszych sióstl. - Dodałem mimowolnie, jakby to miało wytłumaczyć moją determinację. Mówiłem to, nie myśląc o tym, że zdradzam coś o sobie. Zacisnąłem palce na jej kolanie - nie, aby sprawić ból, lecz, żeby dać jej znać, że jestem tuż obok, że nie ma powodu do paniki. - Nigdy nie poswoliłbym, szeby im się coś ształo, nie na mojej walcie. Ty tesz jeszteś dla mnie waszna, lozumiesz? Idziemy dalej, lasem. Wsystko będzie dobsze. - Wzdychając, kontynuowałem marsz. Wydobyłem te słowa bez zastanowienia, nie myśląc o ich ciężarze, ale w tej chwili, w tym szaleństwie, musiałem być twardy. Musiałem dać jej poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli moje słowa brzmiały średnio, bo się nie znaliśmy. - Na kaszdego skulwysyna jeszt więksy skulwysyn... W tym momensie masz pszy sobie kogosz, kto potlafi pieldolnąś, nie? Nie kwesztionujesz tego, plawda? Chyba nie plóbujes mnie oblasiś? - Zasugerowałem, jakbyśmy naprawdę mogli się obrazić, gdyby usiłowała dygać pod moją pieczą, jakbym był za mało straszny i wpływowy. - Jesztem... Hmmm... Najemnikiem. Łamię klątwy... Szasami koszci, takie tam lószne. - Kontynuowałem, nie myśląc o tym, co mówię. - Pływałem sztatkami, swiesiłem spolo szwiata, obiłem wiele mold. W lasie szecho obiję kilka więsej, bo oni nimi nie szą, wies? Nikim szczególnie niebespiesznym. To swieszęta stadne, w dodatku głupie. Wystalszy, sze się lospieszchną i stlacą pszewagę. Są silni, ale głupi. A ty? Plasujesz w kosztnicy, plawda? Jestesz mądszejsza od nich. Jeszli się pszyjebią, powies mi, gdzie wbiś nósz albo pod jakim kątem waliś s pięści. So ty na to? Pomyszl o tym jak o moszliwości slobienia sobie naszyjnika s sębów tych, któszy cię skszywdzą, albo blansoletki... - To zabrzmiało niezbyt dobrze. - W posządku, mosze nie myszl o tym telas, ale... No, wies. - Wydawało mi się, że słychać, że mówię to w żartach, ale w moim głosie brzmiała powaga. Każde słowo miało na celu dodanie jej otuchy, a jednak, niechcący, ukazywało brutalność świata, w którym żyliśmy. Dlatego lepiej było zmienić temat.
Zacisnąłem zęby, przełknąłem ślinę, a potem, nie odwracając głowy przez ramię, odezwałem się do kobiety. Może to był głupi temat w obliczu tego, co się działo, ale w tym momencie każda odskocznia od przerażającej rzeczywistości była bezcenna. Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Ludzie wokół nas biegli w panice, a ja starałem się manewrować pomiędzy nimi, jednocześnie podtrzymując rozmowę. Słyszałem jej głos, wyraźny mimo hałasu płonącego miasta. Kalkulacje robione przez kobietę były imponujące - wyciągała wnioski, nie mówiła od rzeczy. W dodatku zadawała pytania. Nie olała moich prób podtrzymania rozmowy - to dobrze świadczyło o jej stanie psychicznym, chociaż przez chwilę obawiałem się, że to wszystko może ją zbyt mocno przytłoczyć.
- Hmmm, chyba baldziej kalmelowy. - Powiedziałem, starając się odwrócić myśli od pożaru i chaosu wokół nas. Z każdym krokiem, który stawialiśmy, sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Słyszałem za sobą krzyki, a do uszu docierały dźwięki tłuczonego szkła oraz wybuchów w oddali. - Solony jeszt w posządku, ale nie lubię selowego. W Stanach jeszt kult sela w plosku. Paskustwo. Sel w plosku to dla mnie totalna polaszka. - Powiedziałem to z takim przekonaniem, że aż sam się uśmiechnąłem, chociaż sytuacja była dramatyczna. Próbowałem nawiązywać do wspomnień, które były bezpieczne i ciepłe - w przeciwieństwie do rzeczywistości, którą teraz przeżywaliśmy. Moje słowa płynęły z serca, nie zastanawiałem się nad nimi, po prostu chciałem, żeby poczuła się bezpieczniej. Nie mogłem jej zawieść.
- A ty, co wybielas? Kalmelowy, solony? Maszlany? - Kontynuowałem, starając się nadać rozmowie lekki ton, chociaż w moim umyśle nieustannie krążyły myśli o zagrożeniu. Wiedziałem, że to pytanie wydawało się absurdalne w obliczu tego, co się działo, ale w takich momentach czasem najdrobniejsze rzeczy mogą przynieść ulgę. Zatrzymałem się na chwilę, by zlustrować teren. Ludzie biegli w panice, ich twarze były wykrzywione strachem. Nie wiedziałem, co tak naprawdę się dzieje - poza tym, że nagle cały świat stanął w ogniu, ale czułem, że nie mamy wiele czasu. - A mosze wolis jakieś inne smaki? Mosze cynamonowy? Chociasz to dziwne, nie? Ale… Kto wie, mosze to by było coś ciekawego... - Próbowałem być kreatywny - szukałem sposobu, by rozluźnić atmosferę, żeby mogła chociaż na moment zapomnieć o otaczającym nas piekle. Niestety nie mogłem jej inaczej wesprzeć - spojrzenie przez ramię nie wchodziło w grę. Nie teraz. Musiałem być czujny, nie mogłem pozwolić sobie na to, by stracić kontrolę nad naszą pozycją w nieprzewidywalnym otoczeniu. Tym bardziej, że gdzieś w sercu wiedziałem, że muszę dbać nie tylko o siebie, ale w największej mierze o tę kobietę, która tak nagle stała się moim priorytetem. Ja miałem przewagę wzrostu i masy - miałem sobie poradzić, ona nie. - Tylko nie mów, sze selowy, bo wtedy nie sosztaniemy pszyjasiółmi. - Dodałem, z uśmiechem, który nie mógł być widoczny, ale czułem, że ona go dostrzega. Patrzyłem na uciekających ludzi, którzy wpadali w panikę, ja musiałem znaleźć sposób, by prowadzić nas dalej, nie zderzając się z nimi i nie przestając komunikować się z kobietą. Miałem nadzieję, że chociaż na chwilę odciągnę jej myśli od tego, co działo się wokół nas, udowadniając, że w tym szaleństwie w dalszym ciągu można znaleźć coś normalnego - coś, co przypomina o dawnych czasach. Nie zawsze było tak źle i nie zawsze będzie. Kiedy usłyszałem jej słowa o słodkim śniadaniu, na chwilę znowu oderwałem myśli od otaczającego nas chaosu.
- Tak, szłodkie szniadanie. - Odpowiedziałem, wciąż skupiony na drodze przed sobą. - Ja tesz je lubię, ale wies co? Najbaldziej uwielbiam połąszenie szłodkiego i słonego. Bekon i sylop klonowy. Stelta bekonu utopiona w sylopie klonowym… Ale takim plawdziwym, nie w tym, co tu macie. S całym szasunkiem, to jest szit. - Podsumowałem brutalnie szczerze. - Dobly sylop klonowy nie jeszt scukszony, tak jak dobly kalmel na popcolnie. Moszna by to jeść na śniadanie, na obiad, na kolasję… W sasasie sawsze. - Właściwie, to nie wiedziałem, czy jeszcze kiedykolwiek będzie czas na śniadanie i wszystko inne - ale to było bez znaczenia.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)