05.04.2025, 19:56 ✶
| Cóż, rodzeństwo Bletchleyów na pewno nie miało zbyt wielu okazji do tego, aby zasmakować prawdziwego bogactwa, jakim mogły się poszczycić najbardziej rozpoznawalne rody czystej krwi. Chociaż ich rodzice od lat obracali się w środowiskach uzdrowicielskich, a wieloletnie kariery medyczne przełożył się na porządne sumy przekazywane do skrytek w Banku Gringotta, tak daleko im było do pławienia się w bogactwie. Żyło im się spokojnie. Tyle i aż tyle. I oby trwało to jak najdłużej, pomyślał przelotnie Elias, życząc rodzicom jak najlepiej. Jak lubił podkreślać w rozmowie z siostrą: jego najbliższa rodzina znalazła sobie dość stabilne zawody. Ludzie po tej stronie Dziurawego Kotła mogli mieć dostęp do magicznych czarów i całych szafek pełnych magicznych mikstur i eliksirów, ale zawsze będą chorować. I zawsze będą umierać. I jakby nie patrzeć wiązało się to ze swego rodzaju zabezpieczeniem w kwestii miejsc pracy. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę coraz to bardziej odważne poczynania radykałów. — Nie, nie ma — odparł zgodnie z prawdą, posyłając Romulusowi lekki uśmiech. — Nie musisz się o mnie aż tak martwić. Nie jestem biedny jak mysz kowenowa. — Wypuścił głośno powietrze z płuc. — Jakby dobrze przetrzepał kanapę i fotele w swoim mieszkaniu, to pewnie dokopałby by się do paru cennych monet. — Po prostu nie ma tego tyle, żeby przeznaczać to na jakiś... dalekosiężny plan. Poza tym, czy czegokolwiek mu teraz brakowało? Mieszkał w dobrej lokalizacji. Znał doborowe towarzystwo w formie sąsiadów. Miał dobrą pracę, do której nie musiał dojeżdżać i tłuc się kominkami czy Błędnym Rycerzem do zakładu. A jeśli chodziło o ustatkowanie się, to i tak nie wybiegał w przyszłość na tyle daleko, aby się tym przejmować. Zresztą, nawet gdyby próbował, to Prudence zapewne bardzo szybko sprowadziłaby go na ziemię takimi frazami jak ''kryzys'', ''Czarny Pan'', ''Śmierciożercy'', ''moralna zgnilizna'' lub ''kraj na krawędzi upadku''. Dobry Merlinie, w takich warunkach trudno było sobie zaplanować nawet najbliższy weekend. — Ach, porażki kłują kruche ego? — rzucił bezpardonowo z ciężkim westchnieniem. — Wiesz, może ego masz kruche, ale z jakiegoś powodu osiągnęło te astronomiczne rozmiary. To nie znaczy, że coś z tobą nie tak. Zwłaszcza jeśli dotyczy czegoś, na czym się znasz. Istnieje coś takiego jak pewność siebie. A co by nie mówić... Spędziłeś nad tym leczeniem sporo czasu. Ile trwa ten wasz staż? — Zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć; w końcu Prudence brała udział w podobnym programie szkoleniowym. — Pięć lat? Mało kto potrafił przejść do porządku dziennego z popełnionymi przez siebie błędami. Może teraz Elias nie przeżywał tak bardzo wypadków przy pracy w zakładzie szklarskim, ale kiedyś? Na początku przygody z rzemieślnictwem? Ile to razy nasłuchał się, że każde stłuczenie to potencjalna strata dla jego miejsca pracy. Że jeśli stanie się to dla niego rutyną, to będzie musiał sobie szukać innego miejsca? To dopiero był paraliż decyzyjny. Przy pracy z ludźmi pewnie było jeszcze gorzej. |