05.04.2025, 21:11 ✶
Ciężko powiedzieć co czuł, kiedy wpatrywał się tak we wszechobecny chaos. Ból? Może odrobinę. Zmęczenie? Cholerne. Żal? Jak kurwa mać.
Ale każdy akt zniszczenia był aktem sztuki.
Milczał. Minutę, może dwie, ale milczał kompletnie zanurzony w głębi wspomnień, informacji i myśli. Jakby przekroczenie przez próg mieszkania pozwoliło mu na względnie bezpieczne przejście w ten tymczasowy stan apatii.
Pozwolił się usadzić na zimnych kafelkach, gdy ciało kompletnie przestało kontrolować mózg i na na odwrót. Spojrzał w jej oczy, ale jej nie widział. Pożary. Podpalenia. Spalenie. Stos. Procesy czarownic. Data Baldwinie. Skulił się słysząc ostry głos ojca w głowie. Nie wiem. Wiesz. Nie pamiętam. Pamiętasz. Zacisnął powieki.
- 1428. Alse Yates. Valais w Szwajcarii.- Szepnął do siebie. Odruchowo cofnął się przed dłońmi blondynki, jak przerażone zwierzę, ale ostatecznie przytulił czoło do jej czoła. Chłodne opuszki na skroniach niosły ukojenie. Oddychali jednym powietrzem.
Nie powinno jej tu być. Nie miała prawa bezczelnie zajmować miejsca przez lata zajętego przez kogoś innego. Burzyła immersję. Ten głos nie był Jej głosem. Te dłonie nie były Jej dłońmi. Ale nie chciał teraz czuć żadnych innych. Nawet jeśli burzyła immersję.
Wziął głęboki oddech. Potem jeszcze jeden. Przesunął palcami po żuchwie i szyi Scarlett. Zahaczył opuszką kciuka o drżącą dolną wargę. Jak niewidomy próbujący nauczyć się świata na nowo. Tylko, że Baldwin znał ten świat. Pozwolił pamięci skonstruować obraz na nowo, budował detale, rozkładał ją na poszczególne części, kształty, proste figury geometryczne, jakby planował ją namalować. Tu i teraz. Stłumić ostry głos w głowie, żądający od niego więcej i więcej. Przesunął głowę tak, by móc złożyć na jej spierzchniętych od dymu i popiołu ustach krótki, może nieco nieuważny pocałunek.
- Ja… Nie chcę… Cię… Tam zabrać.- Wydukał w końcu odzyskując odrobinę kontroli nad własnym umysłem. Z każdym kolejnym oddechem świat odzyskiwał swoje barwy, a Malfoy kontrolę nad samym sobą.
Usłyszał znajomy stukot szczurzych łapek i przez uchylone drzwi do łazienki wturlała się Rozalinda. Choć szczerze powiedziawszy łatwo byłoby ją pomylić z jakąś jej afroamerykańską mysią kuzynką, bo powiedzieć, że szczurzyca była brudna to nie powiedzieć nic - od czubka różowego nosa, aż po grube szczurze pupsko i ogon Rozalinda była pokryta popiołem, piaskiem i lepką mazią. Jeden wąs jej przypaliło, ale ewidentnie zdążyła umknąć przed szalejącymi pożarami. Nie zdążył zareagować, kiedy szczurzyca wpadła stęskniona w ramiona Fridy, a ta radośnie odwzajemniła uczucia, przyciskając do siebie mocno gryzonia. Zresztą Lucyfer znużony całą eskapadą już spał w objęciach dziewczynki, więc dziecka prawie spod zbyt dużej szaty i zwierzaków nie było widać.
- Shhh. Zostaw.- Mruknął na wszelki wypadek, gdyby Scarlett chciała rozdzielić całą tą brudną jak nieboskie stworzenia trójkę. Ostry, przeszywający ból przeminął, pozostał tylko ten tępy jakby ktoś zacisnął mu przyciasną obręcz na mózgu. Z tym dało się żyć, mógł co najwyżej sprawdzić czy w szafce została jeszcze jakaś ognista, żeby stłumić dyskomfort. Nienawidził tego. Nienawidził wyrw w pamięci, które powodowało każde jedno takie odcięcie. Zawsze ciężko było stwierdzić ile czasu minęło. Wplótł palce w jej jasne loki, wcześniej sadzając ją na swoich kolanach nieco wygodniej. Wtulił chłodne czoło w ramię dziewczyny nie zwracając uwagi na to, że moczy włosami materiał sukienki.
- To miłe.- Stwierdził zanim zdołał pomyśleć nad sensem słów. Nie chciał za bardzo tłumaczyć o co mu chodzi. Że w tym całym chaosie dookoła to właśnie obecność Scarlett była miła. Wiedział, że powinni iść i zobaczyć szkody. Nie wiedzieli w jakim stanie była sypialnia, co przetrwało. Upewnić się, że najcenniejsze rzeczy są nadal bezpieczne. Ale na razie chciał jeszcze przez parę sekund nacieszyć się ciepłem Mulciberówny. Upewnić się, że piekło jej nie wciągnęło na nowo, gdy się nieopatrznie odwrócił.
Ale każdy akt zniszczenia był aktem sztuki.
Milczał. Minutę, może dwie, ale milczał kompletnie zanurzony w głębi wspomnień, informacji i myśli. Jakby przekroczenie przez próg mieszkania pozwoliło mu na względnie bezpieczne przejście w ten tymczasowy stan apatii.
Pozwolił się usadzić na zimnych kafelkach, gdy ciało kompletnie przestało kontrolować mózg i na na odwrót. Spojrzał w jej oczy, ale jej nie widział. Pożary. Podpalenia. Spalenie. Stos. Procesy czarownic. Data Baldwinie. Skulił się słysząc ostry głos ojca w głowie. Nie wiem. Wiesz. Nie pamiętam. Pamiętasz. Zacisnął powieki.
- 1428. Alse Yates. Valais w Szwajcarii.- Szepnął do siebie. Odruchowo cofnął się przed dłońmi blondynki, jak przerażone zwierzę, ale ostatecznie przytulił czoło do jej czoła. Chłodne opuszki na skroniach niosły ukojenie. Oddychali jednym powietrzem.
Nie powinno jej tu być. Nie miała prawa bezczelnie zajmować miejsca przez lata zajętego przez kogoś innego. Burzyła immersję. Ten głos nie był Jej głosem. Te dłonie nie były Jej dłońmi. Ale nie chciał teraz czuć żadnych innych. Nawet jeśli burzyła immersję.
Wziął głęboki oddech. Potem jeszcze jeden. Przesunął palcami po żuchwie i szyi Scarlett. Zahaczył opuszką kciuka o drżącą dolną wargę. Jak niewidomy próbujący nauczyć się świata na nowo. Tylko, że Baldwin znał ten świat. Pozwolił pamięci skonstruować obraz na nowo, budował detale, rozkładał ją na poszczególne części, kształty, proste figury geometryczne, jakby planował ją namalować. Tu i teraz. Stłumić ostry głos w głowie, żądający od niego więcej i więcej. Przesunął głowę tak, by móc złożyć na jej spierzchniętych od dymu i popiołu ustach krótki, może nieco nieuważny pocałunek.
- Ja… Nie chcę… Cię… Tam zabrać.- Wydukał w końcu odzyskując odrobinę kontroli nad własnym umysłem. Z każdym kolejnym oddechem świat odzyskiwał swoje barwy, a Malfoy kontrolę nad samym sobą.
Usłyszał znajomy stukot szczurzych łapek i przez uchylone drzwi do łazienki wturlała się Rozalinda. Choć szczerze powiedziawszy łatwo byłoby ją pomylić z jakąś jej afroamerykańską mysią kuzynką, bo powiedzieć, że szczurzyca była brudna to nie powiedzieć nic - od czubka różowego nosa, aż po grube szczurze pupsko i ogon Rozalinda była pokryta popiołem, piaskiem i lepką mazią. Jeden wąs jej przypaliło, ale ewidentnie zdążyła umknąć przed szalejącymi pożarami. Nie zdążył zareagować, kiedy szczurzyca wpadła stęskniona w ramiona Fridy, a ta radośnie odwzajemniła uczucia, przyciskając do siebie mocno gryzonia. Zresztą Lucyfer znużony całą eskapadą już spał w objęciach dziewczynki, więc dziecka prawie spod zbyt dużej szaty i zwierzaków nie było widać.
- Shhh. Zostaw.- Mruknął na wszelki wypadek, gdyby Scarlett chciała rozdzielić całą tą brudną jak nieboskie stworzenia trójkę. Ostry, przeszywający ból przeminął, pozostał tylko ten tępy jakby ktoś zacisnął mu przyciasną obręcz na mózgu. Z tym dało się żyć, mógł co najwyżej sprawdzić czy w szafce została jeszcze jakaś ognista, żeby stłumić dyskomfort. Nienawidził tego. Nienawidził wyrw w pamięci, które powodowało każde jedno takie odcięcie. Zawsze ciężko było stwierdzić ile czasu minęło. Wplótł palce w jej jasne loki, wcześniej sadzając ją na swoich kolanach nieco wygodniej. Wtulił chłodne czoło w ramię dziewczyny nie zwracając uwagi na to, że moczy włosami materiał sukienki.
- To miłe.- Stwierdził zanim zdołał pomyśleć nad sensem słów. Nie chciał za bardzo tłumaczyć o co mu chodzi. Że w tym całym chaosie dookoła to właśnie obecność Scarlett była miła. Wiedział, że powinni iść i zobaczyć szkody. Nie wiedzieli w jakim stanie była sypialnia, co przetrwało. Upewnić się, że najcenniejsze rzeczy są nadal bezpieczne. Ale na razie chciał jeszcze przez parę sekund nacieszyć się ciepłem Mulciberówny. Upewnić się, że piekło jej nie wciągnęło na nowo, gdy się nieopatrznie odwrócił.