05.04.2025, 22:06 ✶
Co tu dużo mówić, kowen starał się być neutralny. Owszem, przyjmował datki od majętnych rodów czystej krwi, jednak nie był na ich garnuszku. Malfoyowie, Mulciberowie, Shafiqowie, Longbottomowie, Potterowie, Blackowie... Każde z nich mogło dorzucić swoją cegiełkę, ale koniec końców to nie oni kierowali tokiem działania organizacji. Te rodziny miały swoje pole do popisu w Ministerrstwie Magii. Kowen miał służyć jako schronienie dla zbłąkanych duszyczek, które potrzebowały wsparcia w chwilach próby. A już zwłaszcza w chwilach społeczno-politycznych niepokojów, na jakie narażona była w ostatnim czasie społeczność czarodziejów.
Bądź co bądź, gdy krzesełko Ministra Magii co parę lat piastowała kolejna osoba, zadręczając cały Londyn kolejną zmianą perspektywy, Matka pozostawała niewzruszona. Niezmienna. Trwała i dodawała otuchy, a sabaty ku jej imieniu wyznaczały prawdziwe tempo życia społeczności czarodziejów, nawet jeśli przewodzące im kapłanki i kapłanowie się zmieniali. Co więcej, jakby na to nie patrzeć, siedziba kowenu Whitecroft na pewno była mniej upolityczniona od trzewi Ministerstwa Magii. A kto wie, może nawet Dziurawego Kotła przed wyborami na Ministra Magii.
— Najgorsze bluźnierstwo. Albo nawet coś gorszego — wymamrotał pod nosem Sebastian, przyklękując na jedno kolano i chowając się za stołem, na wypadek, gdyby zaraz miała nawiedzić ich kolejna salwa zaklęć. Skoro Felix był skłonny ich bronić, to nie miał zamiaru go powstrzymywać. Matka mu to w dzieciach wynagrodzi.
I gdzie było to całe Biuro Aurorów i Brygada Uderzeniowa, kiedy byli najbardziej potrzebni? Matko najbardziej litościwa, spraw, żeby ci wariaci trzymali się z dala od nas, pomodlił się Macmillan, wznosząc oczy ku niebu. Kolejna próba zesłana na Londyn przez Panienkę. Szkoda, że zawczasu nie dała im żadnego ostrzeżenia. A masz spore możliwości, biorąc pod uwagę Limbo, pomyślał przelotnie. Faktem wszak było to, że wpływy Matki można było odczuć w każdej domenie ludzkiego życia, a więc także i po śmierci. Nic więc nie zakazywało bogini na uprzedzenie Macmillana o tym, że wylądowałby w samym środku tego bur... Tego czegoś.
— Każdy zasługuje na chwilę odpoczynku! — zawołał zza stołu, słysząc obcy głos po drugiej stronie stoiska. Na Matkę, czemu on po prostu nie siedział cicho?
Zerknął na Felixa. Czy ten zdecyduje się na konfrotnację ze wstawionym magiem, a może zdecyduje się szukać schronienia za ladą. No bo przecież... Nie ucieknie, prawda? Nie zostawi przedstawicieli kowenu na łaskę tych... tych wariatów, którzy zaczęli ciskać zaklęciami w tłum, czyż nie? To by było bardzo nie po bożemu.
Bądź co bądź, gdy krzesełko Ministra Magii co parę lat piastowała kolejna osoba, zadręczając cały Londyn kolejną zmianą perspektywy, Matka pozostawała niewzruszona. Niezmienna. Trwała i dodawała otuchy, a sabaty ku jej imieniu wyznaczały prawdziwe tempo życia społeczności czarodziejów, nawet jeśli przewodzące im kapłanki i kapłanowie się zmieniali. Co więcej, jakby na to nie patrzeć, siedziba kowenu Whitecroft na pewno była mniej upolityczniona od trzewi Ministerstwa Magii. A kto wie, może nawet Dziurawego Kotła przed wyborami na Ministra Magii.
— Najgorsze bluźnierstwo. Albo nawet coś gorszego — wymamrotał pod nosem Sebastian, przyklękując na jedno kolano i chowając się za stołem, na wypadek, gdyby zaraz miała nawiedzić ich kolejna salwa zaklęć. Skoro Felix był skłonny ich bronić, to nie miał zamiaru go powstrzymywać. Matka mu to w dzieciach wynagrodzi.
I gdzie było to całe Biuro Aurorów i Brygada Uderzeniowa, kiedy byli najbardziej potrzebni? Matko najbardziej litościwa, spraw, żeby ci wariaci trzymali się z dala od nas, pomodlił się Macmillan, wznosząc oczy ku niebu. Kolejna próba zesłana na Londyn przez Panienkę. Szkoda, że zawczasu nie dała im żadnego ostrzeżenia. A masz spore możliwości, biorąc pod uwagę Limbo, pomyślał przelotnie. Faktem wszak było to, że wpływy Matki można było odczuć w każdej domenie ludzkiego życia, a więc także i po śmierci. Nic więc nie zakazywało bogini na uprzedzenie Macmillana o tym, że wylądowałby w samym środku tego bur... Tego czegoś.
— Każdy zasługuje na chwilę odpoczynku! — zawołał zza stołu, słysząc obcy głos po drugiej stronie stoiska. Na Matkę, czemu on po prostu nie siedział cicho?
Zerknął na Felixa. Czy ten zdecyduje się na konfrotnację ze wstawionym magiem, a może zdecyduje się szukać schronienia za ladą. No bo przecież... Nie ucieknie, prawda? Nie zostawi przedstawicieli kowenu na łaskę tych... tych wariatów, którzy zaczęli ciskać zaklęciami w tłum, czyż nie? To by było bardzo nie po bożemu.