05.04.2025, 22:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2025, 22:32 przez Alexander Mulciber.)
Alexander Mulciber wiedział jak umrze, i wiedział, że to nie w ogniu przyjdzie mu zobaczyć swój koniec. Wkraczał w ogień bez strachu, wierząc, że jest to ten sam ogień, w którym wedle cygańskiego zwyczaju spalą jego ciało. Że ogień nie przyniesie mu zagłady, lecz zbawienie. Ze swoim końcem był bowiem w pełni pogodzony, tak jak pogodzony był z możliwością tego, że się myli. Prorok mógł się mylić, ale nie myliły się jego przepowiednie.
A ta przepowiednia wybrała Stanleya Borgina.
Wszedł za nim, cicho zamykając za sobą drzwi redakcji Proroka Codziennego. Dla niektórych drzwi te zamknęły się właśnie po raz ostatni. Różdżka w dłoni schowanej między połami płaszcza wydawała się być naturalnym przedłużeniem jego woli, niedostrzegalna, ale w gotowości. Atmosfera była gęsta jak dym, którego kłęby miały dzisiejszej nocy spowić Londyn. Przez krótką chwilę panowała cisza, tak intensywna, że można było usłyszeć tylko terkot maszyny do pisania, który nagle zamarł, jakby piszący na niej dziennikarz zdał sobie sprawę, że gra rozchodzi się o wiele większą stawkę niż materiał do porannego wydania.
– Kontrola z Ministerstwa – powtórzył z niedowierzaniem ktoś z końca sali.
Alexander przesunął spojrzeniem po zgromadzonych. Nikt więcej nie odważył się odezwać, gdy Stanley rozpoczął recytację swojego solilokwium. Dziennikarze patrzyli po sobie. Niektórzy zamarli w bezruchu z piórami w dłoniach. Niektórzy odsunęli się od biurek, na których stygła kawa, niektórzy wyglądali natomiast tak, jak gdyby chcieli się pod nimi schować. Wszyscy zaś pozostawali niepewni co do tego, jakie jest najlepsze wyjście z całej tej sytuacji. Większość nocnej obsady stanowili młodzi, ambitni czarodzieje, którzy wciąż mieli motywację, aby siedzieć do późna w biurze. Którzy wciąż mieli nadzieję coś zmienić za pomocą słów, które wychodziły spod ich piór. Zmienić coś piórem, pomyślał Alexander, patrząc na jednego z młodszych redaktorów, który wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć, nie pięścią. Przystanął obok tuż jego biurka, na którym, pośród stosów dokumentów, stała oprawiona w ramkę fotografia przedstawiająca młodą kobietę z dzieckiem na rękach. Alexander sięgnął po fotografię, aby móc lepiej się jej przyjrzeć. Kobieta na zdjęciu uśmiechała się promiennie, a córeczka w jej ramionach machała rączką do tego, kto znajdował się po drugiej stronie obiektywu. Ciekawe, czy bardzo by się smuciła, gdyby tata nie wrócił z pracy.
Odstawił zdjęcie bez słowa, ani na chwilę nie opuściwszy różdżki wycelowanej w starszego dziennikarza – siwe włosy, okulary, krzywy krawat – który wcześniej poderwał się z miejsca z zamiarem powiedzenia czegoś. Czegoś, co mogłoby zmienić losy tego wieczoru. Zmienić polemiką, pomyślał obojętnie Alexander, z hukiem zrzucając z czyjegoś biurka maszynę do pisania wraz z leżącą obok różdżką, która potoczyła się w jakiś kąt, nie przemocą.
– Usiądź – powiedział cicho, głosem, który nie znosił sprzeciwu. Głosem zniekształconym przez maskę Śmierciożercy, pod którą skrywał twarz. Twarz, a może tylko kolejną maskę.
Nikt nie zaprotestował. Nikt nie odważył się nawet wziąć głębszego oddechu. Nie warto, mówił ich spojrzenia. Starszy mężczyzna zawahał się i usiadł. Nie przerwał więcej Stanleyowi. Niema groźba ze strony Alexandra, który przeszedł powoli przez rząd biurek, aby stanąć strategicznie za plecami ubezpieczanego towarzysza, wciąż groźbą pozostawała.
Kobieta, blondynka, do której zwrócił się wcześniej Stanley, ledwo powstrzymała drżenie rąk. Próbowała zachować pozory spokoju, ale zdradzały ją oczy: zbyt szeroko otwarte, szkliste od nadchodzących łez.
– Pan Redaktor... sir Bacon... jest w swoim gabinecie – powiedziała niemal szeptem, wskazując drżącą dłonią na drzwi jednego z biur położonych nieco głębiej we wnętrzu redakcji. Zdobyła się jednak na odwagę, mimo różdzki Stanleya niebezpiecznie blisko jej gardła. – Nie możecie tu być. – wykrztusiła. – Redakcja podlega ochronie Biura Wolności Prasy. A wasze wtargnięcie jest... Z-zamachem na tę wolność.
Alexander zerknął na tabliczkę stojącą na jej biurku. Mary Anne Skeeter.
Och. Och.
Zacisnął mocniej palce na różdżce, wyobrażając sobie, że zaciska je na szyi kobiety. Nawet mimo maski poczuł, że policzek drga mu w niemożliwym do powstrzymania uśmiechu. Niecodziennie przecież spotyka się kogoś, kto włożył tyle pracy i starań, aby napisać o tobie artykuł, prawda?
Najchętniej zabiłby ją tu i teraz. Rozwaliłby jej łeb tą samą pierdoloną maszyną do pisania, której użyła, aby napisać ten pierdolony artykuł o pierdolonej fundacji.
– Mary Anne – odezwał się cicho Alexander. – Bądź tak miła, i zaprowadź mojego przyjaciela do gabinetu swojego szefa.
Później policzy się z tą kurwą.
Odwrócił się od Stanleya, skupiając całą swoją uwagę na reszcie pracowników biura.
– Kto z was popiera Lorda Voldemorta? – spytał. W ustach Alexandra nie brzmiało to jednak jak pytanie, lecz jak wyrok. Po raz pierwszy od czasu przestąpienia progu redakcji podniósł głos.
A ta przepowiednia wybrała Stanleya Borgina.
Wszedł za nim, cicho zamykając za sobą drzwi redakcji Proroka Codziennego. Dla niektórych drzwi te zamknęły się właśnie po raz ostatni. Różdżka w dłoni schowanej między połami płaszcza wydawała się być naturalnym przedłużeniem jego woli, niedostrzegalna, ale w gotowości. Atmosfera była gęsta jak dym, którego kłęby miały dzisiejszej nocy spowić Londyn. Przez krótką chwilę panowała cisza, tak intensywna, że można było usłyszeć tylko terkot maszyny do pisania, który nagle zamarł, jakby piszący na niej dziennikarz zdał sobie sprawę, że gra rozchodzi się o wiele większą stawkę niż materiał do porannego wydania.
– Kontrola z Ministerstwa – powtórzył z niedowierzaniem ktoś z końca sali.
Alexander przesunął spojrzeniem po zgromadzonych. Nikt więcej nie odważył się odezwać, gdy Stanley rozpoczął recytację swojego solilokwium. Dziennikarze patrzyli po sobie. Niektórzy zamarli w bezruchu z piórami w dłoniach. Niektórzy odsunęli się od biurek, na których stygła kawa, niektórzy wyglądali natomiast tak, jak gdyby chcieli się pod nimi schować. Wszyscy zaś pozostawali niepewni co do tego, jakie jest najlepsze wyjście z całej tej sytuacji. Większość nocnej obsady stanowili młodzi, ambitni czarodzieje, którzy wciąż mieli motywację, aby siedzieć do późna w biurze. Którzy wciąż mieli nadzieję coś zmienić za pomocą słów, które wychodziły spod ich piór. Zmienić coś piórem, pomyślał Alexander, patrząc na jednego z młodszych redaktorów, który wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć, nie pięścią. Przystanął obok tuż jego biurka, na którym, pośród stosów dokumentów, stała oprawiona w ramkę fotografia przedstawiająca młodą kobietę z dzieckiem na rękach. Alexander sięgnął po fotografię, aby móc lepiej się jej przyjrzeć. Kobieta na zdjęciu uśmiechała się promiennie, a córeczka w jej ramionach machała rączką do tego, kto znajdował się po drugiej stronie obiektywu. Ciekawe, czy bardzo by się smuciła, gdyby tata nie wrócił z pracy.
Odstawił zdjęcie bez słowa, ani na chwilę nie opuściwszy różdżki wycelowanej w starszego dziennikarza – siwe włosy, okulary, krzywy krawat – który wcześniej poderwał się z miejsca z zamiarem powiedzenia czegoś. Czegoś, co mogłoby zmienić losy tego wieczoru. Zmienić polemiką, pomyślał obojętnie Alexander, z hukiem zrzucając z czyjegoś biurka maszynę do pisania wraz z leżącą obok różdżką, która potoczyła się w jakiś kąt, nie przemocą.
– Usiądź – powiedział cicho, głosem, który nie znosił sprzeciwu. Głosem zniekształconym przez maskę Śmierciożercy, pod którą skrywał twarz. Twarz, a może tylko kolejną maskę.
Nikt nie zaprotestował. Nikt nie odważył się nawet wziąć głębszego oddechu. Nie warto, mówił ich spojrzenia. Starszy mężczyzna zawahał się i usiadł. Nie przerwał więcej Stanleyowi. Niema groźba ze strony Alexandra, który przeszedł powoli przez rząd biurek, aby stanąć strategicznie za plecami ubezpieczanego towarzysza, wciąż groźbą pozostawała.
Kobieta, blondynka, do której zwrócił się wcześniej Stanley, ledwo powstrzymała drżenie rąk. Próbowała zachować pozory spokoju, ale zdradzały ją oczy: zbyt szeroko otwarte, szkliste od nadchodzących łez.
– Pan Redaktor... sir Bacon... jest w swoim gabinecie – powiedziała niemal szeptem, wskazując drżącą dłonią na drzwi jednego z biur położonych nieco głębiej we wnętrzu redakcji. Zdobyła się jednak na odwagę, mimo różdzki Stanleya niebezpiecznie blisko jej gardła. – Nie możecie tu być. – wykrztusiła. – Redakcja podlega ochronie Biura Wolności Prasy. A wasze wtargnięcie jest... Z-zamachem na tę wolność.
Alexander zerknął na tabliczkę stojącą na jej biurku. Mary Anne Skeeter.
Och. Och.
Zacisnął mocniej palce na różdżce, wyobrażając sobie, że zaciska je na szyi kobiety. Nawet mimo maski poczuł, że policzek drga mu w niemożliwym do powstrzymania uśmiechu. Niecodziennie przecież spotyka się kogoś, kto włożył tyle pracy i starań, aby napisać o tobie artykuł, prawda?
Najchętniej zabiłby ją tu i teraz. Rozwaliłby jej łeb tą samą pierdoloną maszyną do pisania, której użyła, aby napisać ten pierdolony artykuł o pierdolonej fundacji.
– Mary Anne – odezwał się cicho Alexander. – Bądź tak miła, i zaprowadź mojego przyjaciela do gabinetu swojego szefa.
// Rzucam na statystykę zauroczenie ◉◉○○○, aby zmusić kobietę do wykonania mojego polecenia.
Rzut N 1d100 - 95
Sukces!
Sukces!
Później policzy się z tą kurwą.
Odwrócił się od Stanleya, skupiając całą swoją uwagę na reszcie pracowników biura.
– Kto z was popiera Lorda Voldemorta? – spytał. W ustach Alexandra nie brzmiało to jednak jak pytanie, lecz jak wyrok. Po raz pierwszy od czasu przestąpienia progu redakcji podniósł głos.
// Korzystam ponadto z przewagi Zastraszanie, żeby zastraszyć dziennikarzy.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat