Trwał mały koniec świata. Wszystko co znała, zaczęło obracać się w pył. No, może nie wszystko, ale przynajmniej część znajomych miejsc. Kolejne kamienice zajmowały się ogniem, którego nic nie mogło powstrzymać. Zamiast gasnąć ogień wydawał się rozprzestrzeniać. Jasna łuna pojawiała się na horyzoncie, docierała do nich z każdych stron, nawet kiedy zmieniali swoje położenie.
Tak właściwie to on zmieniał ich położenie. Prudence nie miała tutaj nic do zaoferowania. Od kiedy znalazła się na plecach mężczyzny praktycznie się nie poruszała. Przylgnęła do niego i dawała się nieść. Wiedziała dokąd zmierzają, poprosiła go w końcu o to, aby dostarczył ją do kostnicy, na co przystał. Mimo, że nie miała mu nic do zaofiarowania w zamian. To było dziwne, ale trochę też niesamowite. Zupełnie obcy człowiek zainteresował się jej losem, splótł ich ścieżki na tę wyjątkowo paskudną noc. Nie oponowała, wręcz przeciwnie, wydawała się być wyjątkowo ugodowa. Bez mniejszego zawahania wdrapała się na jego plecy, oparła swoją głowę o ramię mężczyzny i pozwalała mu decydować o wszystkim. To nie było dla niej zupełnie typowe, ale okazało się być całkiem rozsądne, bo zdecydowanie wiedział co robi. Bardzo płynnie poruszał się między tłumem ludzi pogrążonych w chaosie, jakby faktycznie wiedział co robi.
Z tego, co jej powiedział, z tego co udało jej się wydedukować, to mógł mieć doświadczenie w takich, nietypowych sytuacjach. Był najemnikiem, tak? Na pewno kiedyś został poproszony o podobną przysługę - przerzucenia kogoś w jedno miejsce z drugiego, tyle, że nie sądziła, aby okoliczności były podobne. Zresztą w tym przypadku nie chodziło o żadne zlecenie, sam zainteresował się losem, chociaż spotkali się tylko jeden raz wcześniej, chociaż czy, aby na pewno? Te jego brązowe oczy nadal nie dawały jej spokoju, miała wrażenie, że go zna, nie mogła się pozbyć tego dziwnego uczucia, może w końcu dojdzie do jakichś wniosków, póki co jednak nie były one wcale takie oczywiste, bo tylko jego oczy wydawały się jej znajome. Nie powinna jednak ich znać, nie kiedy doszła do tego, że nie był stąd, przynajmniej tak o tym mówił. Założyła, że pochodził ze Stanów, to wydawało się być oczywistą odpowiedzią. Nie mogła się jednak wyzbyć uczucia, że coś jej umykało, że nie dostrzegała całego obrazu. W tej chwili to jednak nie było istotne. W końcu była bezpieczna.
Poprawiła chwyt na jego ramionach, właściwie to teraz zawiesiła się na szyi mężczyzny, dość ostrożnie - nie chcąc, przypadkiem go poddusić. Nie, żeby sądziła, że faktycznie może to zrobić. Przedramiona zaczynały jej drętwieć, nie było to bowiem naturalne ułożenie rąk, nie mogła jednak się puścić, to mogłoby się dla niej skończyć źle, najpewniej stratowaniem przez tłum, który ich otaczał. Wypadało więc, by dała chociaż tyle od siebie, było ją na to stać, mimo, że jej ciało nie należało do szczególnie wysportowanych, czy przystosowanych do podobnych sytuacji. Nie chciała się wiercić, czy opuszczać to jednej, czy drugiej ręki, bo wiedziała, że to mogłoby się skończyć w jeden sposób, ten nie do końca mile przez nią widziany.
Nie miała pojęcia dlaczego mężczyzna, jak on przejął się jej losem. Wyglądał na kogoś, kto miał odpowiednio ustawione priorytety, kto wie, czego chce. To było dla niej zastanawiające, szczególnie w takiej sytuacji, w której wszyscy myśleli o sobie. Czy to była litość? Tylko dlaczego akurat w stosunku do jej osoby, nie miała pojęcia, może nie powinna za bardzo się na tym skupiać. Gdyby chciał zrobić jej krzywdę, to mógłby ją tam po prostu zostawić, musiało być zupełnie przeciwnie. Inaczej pewnie nie transportowałby jej teraz do kostnicy, jakby naprawdę mu na niej zależało, niby o tym wspomniał, niby mówił, że nie powinna się bać, informował ją o tym, że ją obroni, gdyby zaszła taka potrzeba, ale dlaczego miałby to robić? Brakowało jej logiki w tym całym dziwnym myśleniu.
Może nie zawsze wszystko musiało być logiczne? Jej postępowanie nie było, jego również mogło nie być. Cała ta sytuacja, w której się znaleźli nie należała do typowych. Trafili na siebie podczas klęski żywiołowej, właściwie to może nawet bardziej tragedii, która dotyczyła wszystkich mieszkańców Londynu. Miasto zapłonęło, pożar pochłaniał wszystko wokół, wydawało się, że szybko nie zostanie opanowany. Naprawdę była wdzięczna za to, że nie musiała znajdować się tutaj sama, co raczej byłoby dla niej normalne. Poza bratem nie miała zbyt wielu przyjaciół, nie trzymała się z nikim na tyle blisko, aby ich drogi mogły się skrzyżować podczas czegoś takiego. Zamiast tego stanęła twarzą w twarz z zupełnie obcym mężczyzną, który wyciągnął do niej dłoń, gdy znajdowała się w najbardziej chujowe z możliwych sytuacji. Jej choroba się odezwała, zupełnie nie panowała nad swoim ciałem, zamiast reagować po prostu wpatrywała się w ogień. Zapewne uznał ją za wariatkę, to nie byłoby wcale takie dziwne, co innego mógł zrobić? Mimo wszystko postanowił zainteresować się jej losem.
Miała świadomość, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ona. W końcu widziała już na własne oczy, że niektórzy ludzie podczas tych wydarzeń zaczęli korzystać z okazji, dołączali się do tych, którzy chcieli krzywdzić. Widziała tego chłopaka, który bez mniejszego oporu zabił zupełnie niewinnego człowieka. Przymknęła oczy, co wcale nie było najlepszym pomysłem, bo ponownie zobaczyła jego twarz przed sobą, mimo, że bardzo, ale to bardzo chciałby ją zapomnieć. Czuła, że szybko to się nie stanie. Jej choroba potrafiła być naprawdę upierdliwa, pamięć fotograficzna miała swoje zalety, ale nie tylko. Jakoś będzie musiała sobie z tym poradzić, pewnie z czasem to minie, musiało minąć, prawda? To poczucie niepewności nie mogło jej towarzyszyć niewiadomo ile. Na pewno po nią nie przyjdą, na pewno nie będą wiedzieć, gdzie mieszka. Tylko dlaczego tak trudno jej w tej chwili było w to uwierzyć, mimo, że przecież było to kurewsko absurdalne.
Mogła nie patrzeć w tamtą stronę, mogła, tylko, czy faktycznie dało się ignorować zupełnie wszystko, co działo się wokół? Z każdej strony dochodziły krzyki, które świadczyły o tym, że ludziom wokół działa się krzywda. Chciałoby się pomóc wszystkim, tyle, że przecież jednostka nic nie mogła zrobić, nie miała żadnej szansy powodzenia. Nawet we dwójkę, musieli walczyć o to, aby wydostać się z tego centrum chaosu. W ministerstwie mogła się na coś przydać, może będzie miała szansę komuś pomóc, może jak znajdzie się w większym gronie... Tyle, czy aby na pewno? Póki co nie widziała nigdzie przedstawicieli służb. Czy mieli wystarczająco rąk do pomocy niewinnym? Nie wydawało jej się. Tyle, czy w ogóle dałoby się to zmienić? Zapewne nikt nie przewidział opcji, w której Londyn miał się cały zająć ogniem. Na pewno sporo osób nie przeżyje tej nocy, na pewno wielu straci życia. Nie miała ku temu najmniejszych wątpliwości. Ona jednak miała mieć szczęście, już na samym początku przecież jej się poszczęściło, ktoś zainteresował się jej losem. Czuła, że dzisiaj nie umrze.
Uniosła w końcu głowę, nie mogła się ciągle mazać. Może po raz kolejny będzie w stanie coś zaobserwować, zwróci uwagę na jakieś szczegóły, może uda jej się zapamiętać coś istotnego i wrócić tutaj ze swoimi współpracownikami. Wiedziała, że nie będą siedzieć w kostnicy, w tę noc będą musieli znaleźć się znowu w tym chaosie. Może i wolałaby tego nie robić, ale czuła, że jej to nie ominie. Musiała wykonywać rozkazy, co nie zawsze jej się podobało, taka już była rola szeregowego urzędnika.
W pewnej chwili zawiesiła spojrzenie na znajomej twarzy, czy na pewno była znajoma? Mrugnęła, jakby chciała przetrawić ten obraz, dostrzegła uniesioną rękę - tak dobrze jej się wydawało.
- Greengrass. - Mruknęła cicho pod nosem i kiwnęła głową, jakby miał zauważyć ten gest, właściwie sama do siebie. Przepychał się przez tłum, z zupełnie innej strony. Nie było szansy na to, aby się z nim skomunikować, dobrze jednak było zauważyć jakąś znajomą twarz. Był przyjacielem jej brata, torował sobie drogę wraz z dwójką bardzo wysokich ludzi, nie miała pojęcia skąd oni wszyscy się brali tacy wyrośnięci, czy tylko ona stała w innym miejscu, gdy rozdawali wysoki wzrost? Na pewno byłoby jej się łatwiej odnaleźć w podobnej sytuacji, gdyby była nieco wyższa, a tak jej życie było zależne od nieznajomego.
Dobrze było dostrzec, że przyjaciel jej brata żył. Właściwie z czasem stał się dosyć bliski i jej, no, na tyle bliski na ile była w stanie kogokolwiek do siebie dopuścić. Nie lubiła się spoufalać, ale wiadomo, że wspólne zainteresowania potrafiły zbudować całkiem bliską relację, może raczej z tych bardziej oficjalnych, ale nie dało się ukryć, że poznali się nieco przez te kilka ostatnich lat. Zmieniła nieco swoją opinię zbudowaną na jego temat w Hogwarcie, kiedy to raczej nie darzyła sympatią nikogo z grona swojego bliźniaka. Zabawne, że nawet w tej chwili o tym pomyślała.
Od razu również zaczęła się zastanawiać nad tym, gdzie właściwie był Elias, czy był teraz bezpieczny, czy jeszcze go spotka? Powinien sobie poradzić, był nieco bardziej przystosowany do spontanicznego działania od niej, reagował szybciej. Na pewno nie pozwoli sobie zrobić krzywdy, musiała w to uwierzyć. Na pewno jakoś uda mu się uciec z tego piekła.
Nie miała jednak zbyt wiele czasu na to, aby się nad tym zastanawiać, bo do jej uszu dobiegł huk. Ponownie. Znowu odruchowo skuliła się na plecach mężczyzny, starając się schować od tych drobnych, szklanych odłamków, które sypały się z nieba jak popiół. Skutecznie przerwało to jej proces myślowy, w którym zaczęła się zagłębiać.
Wtedy też zgubiła gdzieś tę znajomą sylwetkę w tłumie, zniknęła tak szybko jak się pojawiła, pozostawało wierzyć w to, że Ambroise sobie poradzić, tak właściwie nie musiała nawet jakoś specjalnie w to wierzyć, wiedziała, że kto jak kto, ale on na pewno znajdzie drogę ucieczki.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control