• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#33
06.04.2025, 16:03  ✶  
Pochylała się nad nim. Długie, jasne włosy pachnące lasem i dymem papierosowym swobodnie opadały mu klatkę piersiową, sprawiając, że bezwiednie, niemalże odruchowo kierował wzrok w dół. Wprost na dekolt Geraldine. Był prostym człowiekiem, tak? Bardzo prostym. Jego spojrzenie samo uciekało dokładnie tam, gdzie powinno się znaleźć.
Na jej odsłoniętą, opaloną skórę, lekko zaróżowioną od nie tak dawnych pocałunków. Na piegi i pieprzyki zdobiące jej ciało. Na gęsią skórkę będącą mimowolnym wyrazem tego, że dziewczyna także nie pozostawała zupełnie niewrażliwa na jego obecność. Nawet, jeśli wyjątkowo mocno się pilnowała, wciąż sobie z nim pogrywając.
Wiedział, że tak nie jest. Zdawał sobie sprawę z tego, że i on wywołuje u niej dokładnie to samo wrażenie, jakie ogarniało jego ciało spragnione jej obecności. Dotyku. Bycia tak blisko, by nie dało się być bliżej.
To były długie tygodnie. Miesiące, lata. Wiele godzin, więc czymże było półtorej godziny, o których sobie mówili? Niczym. Czymś zupełnie nieistotnym. Nie w obliczu tego, że wreszcie ponownie znaleźli się przy sobie. Dokładnie tacy, jakimi powinni być. Wpatrzeni tylko w siebie nawzajem. Nie myśląc o czymkolwiek innym.
Mieli długą, może trochę poplątaną historię. Na swój sposób absurdalnie skomplikowaną jak na to, do czego dążyli w tej chwili. I tak naprawdę od zawsze. Od pierwszego świadomego momentu, gdy poczuli się przy sobie właściwie.
Czasy szkolne odeszły w niepamięć, jakby nigdy nie istniały. Nie byli wtedy łatwymi ludźmi. Teraz zresztą też nie. Pod tym względem prawdopodobnie zawsze mieli być nieco zbyt uparci, trochę za bardzo stać przy swoim, odrobinę mocniej niż większość ludzi chcieć mieć rację.
Nie dało się jednak ukryć, że gdy spotkali się po raz drugi, byli już zupełnie inni. Dojrzalsi. Bardziej skłonni do kompromisów. Nie szczekający już tak mocno na wszystko i wszystkich dookoła. Przede wszystkim nie na siebie nawzajem. A kiedy zrobili to po raz trzeci (tym razem z całą słusznością ostatni) chyba osiągnęli sam szczyt wszystkiego, co mogli przeżyć osobno, prawda?
Nie chciał już przechodzić rozwoju tego typu. Rozwinął się dostatecznie mocno. Na tyle, żeby wiedzieć, że bez niej nie chciał tego dłużej robić. Szukać szczęścia gdzieś indziej. Próbować odnaleźć siebie na nowo. A może raczej wynaleźć? Przy niej czuł się swoją najlepszą wersją, w innych okolicznościach miał wrażenie, że tak nie jest. Że jest niepełny, może nawet popsuty, nie, nie chciał tak o tym myśleć. Ale jednocześnie nie potrafił zapomnieć tego, co mieli. Że potrafił się dla kogoś starać i czuć, że jest to dostrzegane, zauważane, przyjmowane bez chwili zawahania. Akceptowane, nawet jeśli nie zawsze było idealne. Nie chciał o tym nie pamiętać.
Mógł wyprzeć ze świadomości czasy szkolne. Być zupełnie zaskoczony, gdy doszli do tego, co wtedy ze sobą przechodzili. Ale cała reszta była czymś, co na stałe zapisało się w jego pamięci. Nie kłamał, gdy zapewniał Rinę, że nigdy o niej nie zapomni. Jakżeby miał? Byli ze sobą zbyt mocno splątani, za bardzo uwikłani...
...nie. Po prostu się kochali. Tak jak tylko mogły to robić osoby ich pokroju. Chaotycznie, żarliwie, aż do samego skraju. Do krańca. Zawsze, na zawsze. Może tylko bez tej części z umieraniem. Cieszył się, że to wykreślili. Nie potrzebowali tego w swoim życiu. Nowym, wspólnym.
A jednak znajomym, upragnionym. Ekscytującym, ale też niosącym ze sobą to ostrożne wrażenie odzyskiwanej stabilności. Miłe, naprawdę przyjemne po tylu miesiącach wszechobecnego chaosu. Dobrze było leżeć tu razem, wymieniając te wszystkie przekorne teksty i wiedząc, że cokolwiek się stanie, są blisko. Naprawdę blisko. Coraz bliżej.
- Mówisz, że tym razem nie wiesz najlepiej? - Spytał cicho, całkiem gładko, ale jednocześnie zdecydowanie biorąc ją teraz pod włos.
Nawet tego nie ukrywał, bo po co? Nie na tym polegała ich wspólna gra. Nie udawali, że jest inaczej. Każda kolejna odpowiedź, niemal wszystkie wypowiadane słówka, choćby nawet bardzo słodkie, w istocie były zaczepkami. Elementem tych wszystkich negocjacji biznesowych, jakie ze sobą prowadzili. Niby wciąż, choć z żadną inną kontrahentką nie posunąłby się tak daleko.
Pod tym kątem zdecydowanie miała u niego wyjątkowe względy. Dokładnie tak jak jej mówił, czyż nie? Nie kłamał. Był bardzo szczerym człowiekiem. Szczerze pozbawionym skrupułów, gdy chodziło o ich wzajemne aluzje. Po prostu chciał usłyszeć od niej te trzy słowa.
Przymknij się wreszcie, nic więcej. Wtedy wiedziałby, że udało mu się wygrać. To byłoby naprawdę słodkie zwycięstwo. Dla nich obojga, bo w końcu nie był aż takim egoistą. Był skłonny dać jej przy tym wszystko, czego tylko by chciała. Nawet nie musiała go o cokolwiek prosić. Wiedział, co było jej największym pragnieniem.
Dostrzegał to w pociemniałych oczach. Już nie całkiem błękitnych, raczej przypominających mu odcieniem o barwie morskiej toni tuż przed letnią zawieruchą. W zaróżowionych policzkach pokrytych bardzo znajomym pąsem, na którego widok i w jego oczach pojawiał się błysk satysfakcji. W rumianych plamach na dekolcie. W sposobie, w jaki zaciskała palce na jego ciele. W rozkojarzonym spojrzeniu i przygryzanej wardze. Wciąż jeszcze opuchniętej od niedawnych gwałtownych pocałunków. Była cholernie pociągająca. Piękna.
- Niemożliwe - mruknął po odpowiednio długiej, dostatecznie znaczącej przerwie, unosząc brwi i wymownie kręcąc głową pośród poduszek, przez co raz za razem elektryzował sobie włosy.
Zupełnie tak, jakby trzasnął go piorun. Tyle pozostało po byciu ubranym, uczesanym i gotowym do wyjścia. Więc tak właściwie, czy był jeszcze sens opuszczać mieszkanie?
- Moja Rina sugeruje, że może nie wiedzieć czegoś takiego? Coś mi tu nie gra - stwierdził, śląc dziewczynie badawcze spojrzenie.
A jeśli już wysnuwał takie podejrzenia to bez wahania musiał pójść krok dalej, czyż nie?
Nie mógł tak po prostu o czymś mówić i nic z tym nie zrobić, prawda? Był praktykiem, nie teoretykiem. Teoretycznie mógł inaczej udowodnić to, że nadal tu przy nim była. Ona, nikt inny. W całej swojej krasie. W praktyce postanowił jednak postawić na najprostszy test: wyciągnięcie ku niej dłoni, przesunięcie jej po plecach dziewczyny aż do jej pośladków, na których zacisnął palce, moment później klepiąc ją bez pardonu.
- Mhm. Jednak moja - wymamrotał przez zaciśnięte wargi, tłumiąc uśmiech, bo tak...
...tak, to było okropnie. Wyjątkowo żenująco tanie. Bardzo niskich lotów wymówka, żeby tylko móc drugi raz ścisnąć ją za tyłek, wzruszając przy tym ramionami, gdy z powrotem cofnął rękę.
Znał jej ciało, niemalże każdy centymetr. No, może poza kilkoma całkiem intrygującymi zmianami. Wiedział, gdzie szukać i co robić, aby upewnić się, że mu jej nie podmienili. Nie to, żeby kiedykolwiek wątpił w to, że rozpoznałby tę zmianę na pierwszy rzut oka.
Teoretycznie powinni nasycić się sobą na tyle mocno, żeby być w stanie oderwać się od siebie na te kilka godzin. Zająć się przygotowaniami do ich pierwszej randki jako para. Wyjść z domu. Wybrać się do kina, do restauracji. Dopiero wtedy wracając do celebracji reszty dnia w łóżku Geraldine.
A może we wspólnym?
W głębi duszy chciał móc dzielić z nią wiele więcej. Znacznie, znacznie więcej.
A jednak oboje całkiem intuicyjnie, instynktownie postanowili jeszcze na dziś odsunąć od siebie jakiekolwiek rozmowy o przyszłości. Ewidentnie również tej uwzględniającej wyjście z domu. Liczyli się tylko oni i ta chwila teraz. Nic więcej. To w zupełności mu wystarczało.
- Ułatwiasz mi - zaczął, wciągając powietrze, gdy bardziej się nad nim pochyliła, niemalże smagając go piersiami - tak właściwie to całkiem wiele - skwitował, na tyle rozproszony tym widokiem, by nie chcieć przeznaczać ani chwili więcej na dalsze wymienianie, co tak właściwie mu ułatwiała.
Było tego wiele, tak? Na przykład dostęp do jej największych zalet, o których już mówili.
Kolejny raz przeszło mu przez myśl, że były pełniejsze i (jeśli to w ogóle było możliwe; a cholera ewidentnie było) bardziej kuszące niż wtedy, gdy znaleźli się w swoich ramionach tamtego majowego wieczoru, co wywołało w nim następną falę pożądania. Prosty człowiek, tak? Nie potrzebował wiele, by się rozpraszać.
Już wtedy nie potrafił powstrzymać się przed patrzeniem na nią. Co dopiero teraz w tym wydaniu, ale w tamtej chwili...
...w tamtej chwili też tego robił. Nie potrafił nie ulec tej chęci przed powolnym przesunięciem wzroku od błękitnych oczu skrytych pod ażurową maską zdobioną kwiatami tak łudząco podobnymi do tych, jakie miała na sobie pamiętnej nocy na kilka tygodni przed tym, gdy postanowili stać się swoi. Poprzez miękkie wargi muśnięte pomadką, której smak mógł sobie wyobrazić. Aż do długiej, smukłej szyi i dekoltu wypełniającego ciasno zasznurowany gorset.
Chciał go z niej ściągnąć. Zedrzeć go jednym gwałtownym ruchem dłoni. Szarpnąć tasiemki zębami. Jakkolwiek, byleby tylko pozbyć się z niej zbędnych warstw materiału, ukazując opaloną skórę i odsłaniając piersi aż proszące się o to, by zanurzyć w nich twarz, całując skórę i zaczepiając językiem wrażliwe brodawki.
Chciał ją pieścić. Raz za razem powoli zmierzając do tego, żeby zająć się również resztą sukienki. Nie tylko podwinąć ją w górę, znikając pod śliskimi, chłodnymi fałdami jedwabiu. Zsunąć z niej bieliznę, przenosząc pocałunki między rozgrzane, miękkie uda. Rozkoszując się ciepłem i delikatnością, subtelną słodyczą, wilgocią ciała...
Nie. To, że tamtego wieczoru postąpili w ten sposób nie było całkowicie zbieżne z tym, czego wówczas pragnął. Oczywiście, sięgnęli ku sobie. Cofnęli granice, przesunęli je, zatracili się w sobie. Byli gwałtowni i żarliwi. Nawet nie pozbawili się większości ubrań, aby nie tracić czasu. A może nie myśleć o tym, co właśnie robią? Jedynie je wymiętolili.
Zachowywali się dokładnie tak jak ostatecznie postąpili. Jakby to musiało być wyłącznie kilka pośpiesznie skradzionych sobie nawzajem chwil. Nic więcej. Ot. Parę minut rozkoszy wobec dalszego unikania się po tym, gdy już znikną sobie z oczu.
Wcale nie musieli podążać tamtą drogą. Nic nie musieli. Ale to zrobili. Nie zawsze byli logiczni w tym, co ich łączyło. Było tak złożone, na tyle wielowymiarowe, że czasami sami się w tym gubili. To był jeden z największych dowodów.
Pamiętał te dwie sytuacje. To samo miejsce. Niemalże identyczne towarzystwo. Naprawdę zbliżona oprawa.
Pierwszy z wieczorów spędzili w ogrodzie. Przy jednej z fontann, przy której zaczęli rozmowę o wszystkim i o niczym. Usiłując podtrzymać ją, mimo narastającego pragnienia znalezienia się sam na sam w głębi ogrodu w innym sensie niż to robili. Ostatniego nie wykradli się na zewnątrz. Pozostali w czterech ścianach. Nie spędzili ze sobą nic więcej prócz krótkiej chwili. Zbyt krótkiej, niepełnej, ukradkowej.
Same skrajności. Gdy zaczynali się motać, zdecydowanie mieli do nich tendencje. Pierwsza chwila była wręcz zbyt głęboka, pozbawiona  impulsu do zatracenia się w atmosferze nocy,  której mogli być kimś innym. Ale nie byli. Czy słusznie? Najprawdopodobniej tak.
Drugi taki moment był bowiem nazbyt ulotny, chwilowy, pozbawiony głębi. Rzeczywiście na pewien czas stali się kimś innym. Szkoda tylko, że kimś skrajnie nierozważnym, wręcz głupim. Ale mieli to już za sobą, prawda? Teraz miało być zupełnie inaczej.
To, co działo się między nimi w tej chwili było jednocześnie tak znajome i tak całkowicie inne niż wcześniej. Nie dało się ukryć, że nie potrzebowali zbyt wiele, żeby ponownie się do siebie zbliżyć. Nie musieli sięgać po żadne słowa. Nie potrzebowali dłużej sugerować sobie tego, co przychodziło im naturalnie. Zupełnie tak, jakby nigdy tego nie utracili. Nawet na chwilę. Więc po co wciąż gadali?
Może dlatego, że przez cały czas nie mogli darować sobie tego całego zaczepiania? Nie mieli okazji, by to robić, więc gdy wreszcie się taka nadarzyła, oboje musieli mieć ostatnie zdanie.
- Jakieś - powtórzył po dziewczynie, uderzając językiem o podniebienie; niedowierzanie, no, naprawdę. - Jakieś swoje zalety i jakąś swoją osobowość, tak? - Oczywiście, bez wątpienia łechtała mu tym ego, w końcu lubił być doceniany. - Jest panna nad wyraz łaskawa, panienko - skwitował cicho, wymownie, choć ze wszech miar kulturalnym tonem.
Tęsknił za tym jak bardzo go doceniała. Mhm. Nawet nie próbował się za to obrazić. W końcu zdawał sobie sprawę z tego, że była z nim dla jego ciała i niczego więcej. Przez dużego, nie duże ego. Tak, tak. To, co ich łączyło nie wymagało przesadnego analizowania. Doskonale wiedział, że go kochała. Dokładnie tak jak on kochał ją. Zawsze miał.
Każdy ich wspólny moment był dla niego jak powrót do domu. Dokładnie tak jak to powiedział, prawda? Być może się przed tym wzbraniał, miotał się między poczuciem odpowiedzialności a własnymi pragnieniami, jednak w tym momencie czuł się dokładnie tak. Właściwie. Na swoim należytym miejscu. Ona też na nim była.
Tęsknił za syceniem oczu jej nagim ciałem, za widokiem wygiętej szyi, za opaloną skórą, która niemalże lśniła w miękkim świetle lamp. Czuł, że ich ciała pasują do siebie tak cholernie dobrze, jakby były stworzone z myślą o tej chwili.
Nigdy nie przestały reagować na siebie z tą samą intensywnością. Dokładnie z tym samym żarem, co tamtego pierwszego dnia. Tak właściwie to nawet znacznie wcześniej, bowiem mimo upływu czasu nie był w stanie zapomnieć tamtych chwil, gdy sami tak bardzo komplikowali sobie życie.
Zupełnie bez potrzeby próbowali wciskać się w ramy, do których nigdy nie pasowali. Kulturalnie, aż nazbyt ulegle, szczególnie jak na nich, przyjmowali role będące wyłącznie fragmentem tego, co było im pisane. Ledwie wyrywkiem, stroną wyrwaną z rozdziału. Jednego z wielu.
I mieli mieć ich znacznie więcej, prawda? Naprawdę na to liczył. Chciał w to uwierzyć, więc sobie na to pozwolił. W tej chwili nie próbując racjonalizować. Myśleć o przyszłości. O tym, co miało ich w niej czekać. O rozmowach do odbycia i tematach do poruszenia. O wszystkim, co mogło.
Mogło pomóc im zbudować wszystko od nowa. Na znacznie trwalszych, mocniejszych podstawach. Tym razem bez wmawiania sobie konieczności zachowywania dla siebie tych zbędnych szczegółów, które okazały się istotniejsze niż powinny być.
Mogło trochę skomplikować ich życie. Namieszać, bo te tematy nie były proste. Nie miało być łatwo o nich rozmawiać. Ale wciąż zamierzali to zrobić, szczególnie że istniała jeszcze jedna możliwość.
To co mieli sobie do powiedzenia, mogło też przejść prawie zupełnie bez echa. Zostać po prostu przyjęte. Zaakceptowane.
W przeciągu ostatnich dni już parokrotnie odniósł wrażenie, że jego dziewczyna wie więcej niż zakładał. Nigdy nie uważał jej za ślepą czy głupią, o nie. Miał ją za inteligentną i spostrzegawczą. To głównie dlatego decydował się mówić jej więcej niż komukolwiek kiedykolwiek, choć w dalszym ciągu nie chciał mieszać Riny w swoje sprawy.
Zaskoczyła go kilkoma stwierdzeniami, które w jej ustach zabrzmiały tak naturalnie. Zupełnie gładko i błaho, jakby w gruncie rzeczy naprawdę nie miało znaczenia to, jaką wagę on im przypisywał. To, że interpretował niektóre zachowania (głównie własne) jako godne abominacji, wstrętu bądź niechęci, ale gdy ona się o tym wypowiadała, brzmiało to zupełnie inaczej.
Może wciąż kontrowersyjnie, ale znacznie lżej. Zupełnie tak jak ich wspólne kontrowersje wywoływane swego czasu na salonach, a nie w sposób godny wzgardzenia. Nie przewidział tej reakcji. Nawet, jeśli doskonale się znali. Nawet mając świadomość, że wybaczała mu znacznie więcej niż ktokolwiek inny kiedykolwiek, to wciąż było inne. Zaskakujące do tego stopnia, że nie wiedział, w jaki sposób powinien to interpretować.
Ale nie chciał o tym teraz myśleć. Nie, nie w tej chwili. Jeszcze nie, bo kiedyś zdecydowanie musiał. Zdawał sobie sprawę z tego, że powinni poruszyć tę kwestię. Tyle tylko, że w tym momencie było mu od tego tak daleko jak tylko mogło być. Spojrzenie Geraldine było pełne żaru a usta kusząco wygięte w uśmiechu, który zapowiadał to, co miało nastąpić. Jak miałby to zignorować?
Teraz chciał dać się porwać pożądaniu, zatracić w gorączce późnego popołudnia, w niechybnym wstępie do upojnego wieczoru, bowiem nie wydawało mu się, by tak naprawdę mieli szansę opuścić mieszkanie. Mówili o tym przedtem. Wcześniej. Zanim ponownie zaciągnęli się do łóżka. Nim znaleźli się pośród niedostatecznie wymiętej pościeli. Musieli naprawić to niedopatrzenie. I chyba zostać tu do wieczora. Bez skrępowania.
Oczywiście, że zdawał sobie sprawę z prawdziwości tego, co mu odpowiedziała. Doskonale wiedział, że wstyd był najprawdopodobniej ostatnim, co mogłoby nią kiedykolwiek kierować. Nim zresztą też. Pod tym kątem zdecydowanie jeszcze bardziej znacząco wychylali się przed szereg, czując się przy tym zupełnie właściwie.
Nie dało się ukryć, że tu także nie musieli poszukiwać zrozumienia u siebie nawzajem. Po prostu robili to, na co mieli akurat ochotę. Sięgali po praktycznie wszystko, co im się uwidziało. No, może poza tymi dwoma okresami w życiu, kiedy nagle zachowywali się aż do przesady racjonalnie i przemyślanie. Wręcz obrzydliwie zachowawczo. Tylko po to, żeby w ostateczności wciąż wyciągnąć ku sobie ramiona, tylko później.
Nie patrzył na to w kategorii niepotrzebnie straconego czasu, bo nie chciał tak tego odbierać. Z pewnością coś im to dało. Odroczona gratyfikacja potrafiła być naprawdę przyjemnie satysfakcjonująca. Tylko po cholerę odraczali ją wpierw o pół roku, lata później o półtora? Te piętnaście minut teraz w zupełności im wystarczyło.
Bez wahania odpowiedział na ten pierwszy głęboki pocałunek. Dokładnie tak jak na kolejne, coraz bardziej gwałtowne, dając się ponieść fali żaru, która ich ogarniała. Z każdym ich wspólnym ruchem, atmosfera stawała się coraz bardziej nasycona pragnieniem. Jego ręce, które dotąd spoczywały na biodrach Geraldine, zaczęły wędrować w górę, przesuwając się po plecach dziewczyny, po obrysie jej kręgosłupa, drażniąc przy tym po drodze każdy centymetr delikatnej skóry, jaki napotkały.
Powoli, niespiesznie, ledwo muskał ją samymi opuszkami palców. Nie po to, by ją do siebie przyciągać a po to, by wywołać kolejne dreszcze. Falę gorąca, gęsią skórkę, niepowstrzymane pragnienie. Dokładnie takie, jakie on sam odczuwał we własnym wnętrzu, już nawet tego nie ukrywając.
Czuł jak jej ciepło otacza go z każdej strony, intensyfikując się z każdym kolejnym pchnięciem lędźwi. Biodra dziewczyny poruszały się w sposób, który sprawiał, że jego zmysły szalały. Sam nie wiedział, kiedy ponownie przeniósł dłonie na jej talię, zaciskając je mocniej. Zatapiając palce w miękkiej skórze i przyciskając Yaxleyównę do siebie, przyciągając ją jeszcze mocniej. Myśląc tylko o tym, żeby doświadczyć jej mocniej, głębiej, intensywniej. Była obłędna. Jego.
Wciągnął głęboko powietrze, na kilkanaście sekund niemalże tracąc oddech. Nie musiał myśleć o niczym innym, nie musiał tego analizować. Po prostu sycił się chwilą. Miał wrażenie, że jego własne ciało instynktownie reaguje na każdy ruch. Ledwo rejestrował cokolwiek, prócz tego, że ich rytm z sekundy na sekundę stawał się coraz bardziej intensywny, a jednak wciąż jeszcze niewystarczający. Napięcie pomiędzy nimi narastało bez ustanku, poszukując ujścia w kolejnych coraz to gwałtowniejszych, bardziej zdecydowanych, napierających ruchach.
Jego dłonie przyciągnęły ją bliżej, ale nie próbował przejmować kontroli. Nie tym razem. Delektował się jej obecnością, rytmem, którym im nadawała. Nie miał zamiaru przejmować inicjatywy - nie teraz. Nie musiał, więc nie zamierzał.
Nie potrafił udawać. Kryć się z tym, że odpuścił jakiekolwiek dążenia do dominacji, jeszcze zanim w ogóle mógłby o nich pomyśleć. Bez skrępowania pozwolił ukochanej przejąć kontrolę, samemu delektując się chwilą. Smakiem warg Yaxleyówny, każdą nutą ich wspólnego rytmu, gorączką, która płynęła z ich ciał.
Słyszał jak oddech dziewczyny staje się coraz szybszy i bardziej spłycony, jak ciche pomruki wydobywają się z jej ust w jego wargi. Raz za razem przygryzane i pociągane, budząc w nim kolejne pragnienia.
W pewnym momencie, odrywając się na chwilę od jej ust, ponownie wbił wzrok w jej rozbujane piersi, falujące w sposób, któremu trudno byłoby nie ulec. To był widok, który sprawiał, że jego zmysły eksplodowały a serce zabiło jeszcze szybciej.
Dłonie Ambroisa, jakby same z siebie, przesunęły się wzdłuż jej ciała, gdy podjął decyzję. Tylko nieznacznie, jednak zdecydowanie zmienił układ ich ciał, by móc zbliżyć się do jej biustu.
Oderwać się od warg Geraldine tylko po to, żeby otulić jej dekolt ciepłym oddechem. Uśmiechnął się półgębkiem, może nawet trochę nazbyt zaczepnie, gdy odnalazł spojrzenie Yaxleyówny. Mieli półtorej godziny, tak? Nie musieli nigdzie się spieszyć.
Wysunął język, samym czubkiem muskając delikatnie jeden z sutków ukochanej, zataczając wokół niego kilka niewielkich kółek a potem biorąc go w usta. Zatracając się w powolnej pieszczocie aż do momentu, gdy dziewczyna zaczęła na niego opadać. Wtedy opuścił głowę na poduszk, pozwalając Rinie oprzeć się na jego obojczyku, mocno obejmując ją ramionami i pozwalając jej na złudny odpoczynek. Przejmując kontrolę nad ich chwilą, bo przecież nie zamierzał zupełnie przestawać. Nie, nie teraz. Nie, gdy byli tak blisko spełnienia.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (27698), Geraldine Greengrass-Yaxley (17132)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.03.2025, 15:59
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.03.2025, 22:48
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.03.2025, 23:41
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.03.2025, 00:13
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.03.2025, 01:30
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.03.2025, 23:44
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.03.2025, 00:32
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.03.2025, 23:09
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.03.2025, 00:44
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 01:47
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 04:01
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 19:35
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.03.2025, 22:52
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.03.2025, 01:03
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.03.2025, 03:37
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.03.2025, 23:57
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 02:32
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 13:58
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 15:07
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.03.2025, 23:39
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.04.2025, 01:42
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.04.2025, 21:15
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.04.2025, 02:14
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.04.2025, 11:13
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.04.2025, 19:54
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.04.2025, 09:29
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.04.2025, 22:07
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.04.2025, 09:41
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.04.2025, 13:42
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.04.2025, 22:35
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.04.2025, 02:55
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.04.2025, 22:04
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.04.2025, 16:03
RE: [08.09.1972] zanim zapadnie zmierzch || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.04.2025, 18:16

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa