• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B

[8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
06.04.2025, 23:12  ✶  
Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na to, co mi powiedziała. Jej głos był spokojny, neutralny, jakby chciała tylko stwierdzić fakt, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że to mogło nie być takie proste. Oparłem się na pewności, którą miałem w sobie. W końcu odwróciłem głowę, by spojrzeć na nią, chociaż nie mogłem zatrzymać się w tym momencie. Słowa pocieszenia nigdy nie były moją mocną stroną. Nie umiałem być wsparciem emocjonalnym - nie potrafiłem znaleźć właściwych słów ani na co dzień, ani tym bardziej w tym momencie, gdy wszystko wokół płonęło. Zamiast ich szukać, musiałem skupić się na drodze i na tym, żeby nie wpaść w pułapkę paniki tłumu. Przeniosłem wzrok na ulicę przed nami, próbując wypatrzeć najszybszą drogę do wyjścia, a jednocześnie próbując sformułować odpowiedni przekaz.
- Jeszli ten męsczyzna cię widział, to s pewnoscią sdawał sobie splawę, sze nie jeszteś sama. Wie, sze jesteś pod opiechą. Dlatego ani tego wieszoru, ani szadnego innego nie sdecyduje szię na bespośrednią konflontację. Tacy ludzie tak nie posztępują. - Stwierdziłem pewnym i zdecydowanym tonem głosu, odnosząc się do podprogowego przekazu, który wyłapałem w mowie ciała nieznajomej - nie w jej neutralnych słowach. Spięła się, była zestresowana. Wydawało mi się, że musiała usłyszeć takie zapewnienia, dlatego z nimi pospieszyłem - w innym wypadku pewnie dałbym sobie spokój.
- Wies. - Zacząłem, próbując rozładować napięcie. - Nie naswałbym się żyszliwym. To nie kwesztia altluismu. Mamy umowę, plawda? Ja cię odstawiam do kostnicy, a ty... No cósz, obiesałaś mi lisaka. Pomagam ci, a ty mi za to płacis. To czysta transakcja. - W moim tonie brzmiała nuta żartu, ale pod spodem kryło się coś więcej - chęć przetrwania, pokłady bardziej poważnego podejścia do sytuacji i... Chyba zbyt duża szczerość. Nie powinienem mówić tego, co powiedziałem w następnej kolejności. Ani słyszeć tego, co mi odpowiedziała. Zamilkłem nagle.
Cieszyłem się, że mam twarz zasłoniętą chustką - mogłem wbić wzrok w drogę przez i nie dać po sobie poznać, co tak naprawdę poczułem. Moja twarz była osłonięta, a oczy wpatrzone na wprost. Niosąc nieznajomą na plecach, mogłem skupić wzrok na drodze przed sobą, nie obawiając się, że moje emocje zdradzą mnie w najgorszym momencie. Pożar, który rozprzestrzeniał się w moim wnętrzu, był porównywalny z tym, co działo się wokół nas. Spoglądałem przed siebie, nie musząc obawiać się, że zareaguję na ból, który wyrywał się z mojego wnętrza, jakbym właśnie dostał kolanem w splot słoneczny. Dopiero teraz uświadamiłem sobie, że palnąłem do niej głupotę. Słowa, które wypowiedziałem, były nieopatrzne, a ona przyjęła je za pewnik mojego dalszego zaangażowania w życie rodzinne. Chciałem, żeby to, co powiedziałem, było rzeczywiście prawdą, ale wiedziałem, że tak nie jest.
Po prostu szedłem dalej, w milczeniu, z myślami kłębiącymi się w mojej głowie. Piętnaście lat minęło, odkąd straciłem kontakt z moimi biologicznymi siostrami. Piętnaście lat milczenia, w którym nie wymienialiśmy listów, nie dzieliliśmy się życiem. Nie wiedziałem, jak wyglądają, ani jak bardzo się zmieniły z charakteru, ale miałem wrażenie, że mógłbym minąć którąś z nich na ulicy, nie zdając sobie z tego sprawy. Może już to zrobiliśmy - ja nie spojrzałem na nią, ona na mnie, bo nie spodziewaliśmy się być tak blisko. Półtorej dekady nieodwiedzanych wspomnień, zatartej twarzy, z którą kiedyś dzieliła życie, a która teraz wyglądała zupełnie inaczej, niż przed laty. Mogłaby przejść obok mnie na ulicy i nawet tego nie zauważyć. To było prawdopodobne - mignąłem jej w tłumie. Przemknąłem obok niej jak duch - niewidoczny, zapomniany, wzgardzony cień człowieka „z potencjałem”. Zmarnowanym.
Wszystkie moje siostry miały już swoje życie, były zamężne, miały dzieci. Nie miałem złudzeń, co do ich wyborów. Żadna z nich nie stanęła po mojej stronie, a ja doskonale wiedziałem, dlaczego, i nie mogłem ich za to obwiniać. To był wynik moich własnych decyzji, za które nie powinny ponosić odpowiedzialności, więc siedziały cicho - odwróciły wzrok, wycofały się w cień, grzecznie zajęły swoje miejsca w tym samym szeregu, poza który ja zbyt mocno się wychyliłem. Nie zawiodły mnie swoim zachowaniem - jakżeby miały, skoro postąpiły zgodnie z zasadami gry. Czułem jedynie tę cholerną samotność, jakby moje korzenie, które niegdyś wydawały się tak silne, zostały wyciągnięte z ziemi, pozostawiając mnie w pustce. O tym nie mówiłem, nie chciałem tego wyjawiać.
- Yhm. - Odmruknąłem bez entuzjazmu - wzrok wbiłem w drogę, którą musieliśmy przebyć przez płonące zgliszcza, i nie zamierzałem odwrócić go nawet na chwilę. Powiedziałem to wszystko nieopatrznie, a ona przyjęła moje słowa za coś, co chciałbym, żeby było prawdą, lecz nią nie było. Ścisk w samym środku przepony był znajomym uczuciem, ale teraz przybrał intensywność, która sprawiała, że ledwie mogłem oddychać, i to nie z powodu duszącego dymu.
Moje siostry... Jedna nie żyła, inna zaginęła - mogła wieść gdzieś nowe życie, jak ja, chociaż w głębi duszy wiedziałem, że również nie ma jej już wśród żywych. Wyszła za mąż za człowieka, który nie pozwoliłby jej odejść ani uciec, nie dałby jej żyć gdzie indziej. Trzy siostry, nie pięć. W moich własnych oczach nadal byłem starszym bratem pięciu młodych panien. Martwe rodzeństwo nie przestaje być rodzeństwem - tego jednak nie mówiłem. Ścisk w żołądku był jak po ciosie z kolana w splot słoneczny - intensywny, bolesny, przypominający mi o wszystkim, co schowałem głęboko w sobie.
Z perspektywy społecznych standardów byłem człowiekiem o zmarnowanym potencjale. Może w szkole byłem pawianem, gwiazdorem, ale miałem w sobie znacznie więcej, niż kiedykolwiek pokazywałem - w oczach osób, które to widziały, byłem wielkim paniczem, złotym chłopcem z zasobami, które nigdy nie zostały w pełni wykorzystane. Niestety, wybierając życie nomady, które miotało mną z miejsca na miejsce, straciłem szansę na kursy, na ukończenie akademii i na dalsze kształcenie teoretyczne. Jasne - czytałem, nie spoczywałem na laurach, ale byłem ulicznie mądry. To była przede wszystkim wiedza praktyczna, nabyta drogą prób i błędów. Nie miałem formalnej edukacji poza Hogwartem, czy tam Ilvermorny, która widniała w papierach.
Czasami to mnie przytłaczało, bo nie byłem typowym karczkiem, więc nie zawsze poszukiwałem towarzystwa „ludzi mojego pokroju” - szczególnie tych, dla których liczyły się przede wszystkim trzy rzeczy: kasa, chlanie i ruchanie, ale jednocześnie nie byłem już z magicznej inteligencji, czy tam elity. Byłem gdzieś pośrodku - nie do końca odnajdywałem się w świecie nizin, a jednak nie będąc już człowiekiem z wyższej klasy, zupełnie nie pasowałem na salony. Właściwie to byłem gdzieś na krawędzi wypośrodkowania - niestety bliżej brutalnego, szarego świata biedoty, niż złotej zastawy i witrażowych okien.
To było zabawne, bo kiedyś miałem wszystko, świat stał na mnie otworem, ale okazało się, że to otwarcie prowadziło w zupełnie innym kierunku, niż sądziłem - tylnym, do dupy. Niegdyś absurdalnie zamożny, teraz miałem wrażenie, że wszystkie drzwi, które kiedyś stały otwarte, zamknęły się przede mną z hukiem.
Odkąd zostałem obdarty z majątku, nawet nie kłopotałem się, żeby zbierać bogactwa. Już nie marzyłem o domku w górach, werandzie i ogródku, bo nie miałem dla kogo tego chcieć. Nie zamierzałem popełnić tego samego błędu i wejść w związek, w którym pozwoliłbym sobie na zaufanie i otworzenie się przed drugą osobą. Niby po co, skoro prędzej czy później usłyszałbym dokładnie to samo, co od mojej byłej żony - że nie nadaję się do bycia z kimkolwiek, bo za bardzo miota mną po świecie, mam za ryzykowny zawód, a jednocześnie powinienem wykonywać bardziej lukratywne zlecenia. Tyle tylko, że wtedy ryzykowałbym jeszcze bardziej, ale przecież: „Taki jesteś - nieodpowiedzialny ryzykant, dzieciak, panicz bez nazwiska, książę bez księstwa, powinieneś zbudować wszystko od nowa, więc czemu nie robisz większych zleceń, dłuższych wyjazdów, nie kupisz nam majątku i nie będziesz podróżować sam, kilka tygodni poza domem, kilka tygodni w domu.” Znałem już tę melodię: „Nie nadajesz się do tego, by być ze mną.” Nie, nie chciałem tego więcej słyszeć. Żyłem z dnia na dzień, nie gromadząc oszczędności, bo w moim świecie każda sakiewka pełna galeonów mogła kosztować życie. Zarabiałem tylko na tyle, ile potrzebowałem wydawać - reszta zamierzchłych oczekiwań była spowita mgłą wspomnień i nierealna. Nie potrzebowałem złotej zastawy. Na co by mi ona była?
Kiwnąłem głową, starając się skupić na drodze przed sobą.
- Wies, ludzie rósnie szię sachowują. - powiedziałem, nie odwracając wzroku od płonących budynków. - Nie kaszdy jest miły, gdy mu pomagasz. Niektószy będą się bać, inni będą pogrąszeni w panise, a jeszcze inni… Po plostu nie będą wdzięszni. - Kiwnąłem głową znowu, jakbym chciał podkreślić to, co mówię. - Czasem spotykasz tych, któszy samiast wdzięszności, okasują wrogość. Tak wygląda świat. - Cóż, może i wyglądało to brutalnie, ale dla mnie to po prostu była kwestia przetrwania - wtedy niektórzy zachowywali się inaczej, niż można byłoby przypuszczać. Miałem z tym doświadczenie. - Plawsiwe skulwysyny są wylachowane. W takich momentach atakują s uklycia, a nie lobią szopki, jak tamci. Plawdziwi szkulwiele potlafią wyszuś moment i wykoszystać go na szwoją koszyść. Nie chcę, szeby to sabszmiało śle, ale wies, jak jeszt. - Stwierdziłem, starając się brzmieć pewnie, mimo, że płomienie z każdą chwilą były coraz bliżej. Uśmiechnąłem się pod chustką, kiedy zaczęła mówić o moim „szerokim zakresie zainteresowań”. Znałem siebie na tyle, by wiedzieć, że nazywanie tego tak to nieco przesada. To brzmiało jak coś, co wyczytałbym w podręczniku do samorozwoju, ale w rzeczywistości to był po prostu pragmatyzm. Robiłem to, co musiałem i co przynosiło mi zyski. Szybko, czasami wręcz gwałtownie, ale zawsze skutecznie.
- Heh, no cósz, nie wiem, czy taki snowu szeloki. - Parsknąłem, nie skrywając trochę gorzkiego rozbawienia, co prawdopodobnie słyszała, nawet mimo chustki na mojej twarzy - nie dało się ukryć, że tak, miała rację, prawdopodobnie nawet większą, niż mogła zakładać, chociaż przecież nie znałem jej myśli, więc nie wiedziałem, jak mnie interpretuje. Mogła mnie mieć za większy kawał skurwysyna, niż w rzeczywistości, chociaż z drugiej strony, czy wtedy by mi zaufała? Wątpiłem. - Powiesmy. - Kolejny raz uśmiechnąłem się pod nosem, bo znowu sam nigdy bym tego tak nie określił. Dla mnie to były po prostu narzędzia przetrwania, coś, co trzeba umieć, by wyjść z opresji. - Wies, mam spolo doświadszenia w walce, ale nie dokładnie w anatomii. - Powiedziałem, starając się brzmieć lekko, mimo, że dookoła wszystko płonęło. - Jeszli chosi o bitkę, to nie ma ploblemu, ale jeszli masz jakieś konkletne wskasówki, gdzie udeszyć, szeby sybko zakońszyć splawę, to zawse chętnie je pszyjmę. - Mówiłem to, pewny, że w tym momencie najważniejsze jest, abyśmy się nie poddali obawom - szczególnie ona, po tym, co widziała. Wypadało, by uwierzyła w to, że jako osoba związana z medycyną, na pewno znała się na sposobach neutralizacji przeciwnika. Tak naprawdę wcale nie liczyłem na to, że może znów się spotkamy, zaczniemy wspólnie rozwiązywać inne problemy i jej wiedza rzeczywiście mi się przyda, ale choć nie chciałem się do tego przyznać, czułem, że wcale bym się nie sprzeciwiał. Tak jak z tymi zębami. Miło byłoby się razem zająć nawet makabrycznymi suwenirami. Dawno nie współpracowałem z kimś, kto nie chciał mi dać po mordzie.
- Sam się snajdę. Mamy tendensję do tego, szeby na siebie wpadaś, nie uwaszasz? Szczechólnie w pszypadkowych momentach. - Zasugerowałem, bo dwa razy w ciągu tygodnia to już nie przypadek, ale tendencja - chyba byliśmy w tym zgodni? Mimo chaosu, jej obecność była dla mnie nieoczekiwaną ulgą - zaskakująco dobrze się rozumieliśmy, nawet w tej absurdalnej sytuacji. Dwa razy to tendencja, trzy razy - tradycja. Może byłoby lepiej, gdybyśmy się już nie spotkali...
Wiedziałem, że po tym, jak odstawię kobietę w bezpieczne miejsce, opuszczę Londyn. Miasto, które kiedyś było moim domem, teraz wydawało się obce. Niesamowite, jak szybko można stracić poczucie przynależności. Co mnie tu właściwie sprowadziło? Niezrozumiałe pragnienie, które teraz wydawało się absurdalne. W głębi duszy czułem, że muszę wyjechać. Może gdzieś dalej w środkową część Ameryk, gdzie mogę być potrzebny w akcji, która całkowicie pochłonie moje myśli, dzięki czemu nie będę musiał na nowo zmagać się z przeszłością. Wiedziałem, że jeśli to zrobię, to kolejny raz już nie wrócę, bo czułem, że nie mam tu nic do zrobienia. Ojczyzna, którą kiedyś uważałem za swoją, stała się cudza. Czułem, że nie ma tu miejsca dla mnie, a myśl o wyjeździe już nie tylko krążyła w mojej głowie, ale stawała się nieodwracalna. Nie wiedziałem, po co wracałem, ale teraz miałem zamiar wyjechać gdzieś, gdzie obawa o to, że zawiodę, „bo ty zawsze zawodzisz, Louis, im bardziej mówisz, że się starasz, tym bardziej zawodzisz, zawsze to robisz”, nie będzie mi palić serca, a dym nie przesłoni widoku.
Ten pożar, w pewnym sensie, był dla mnie symbolem - wskazówką, że trzeba uciekać od miejsc, które nie są już dla mnie, ale na razie nie mogłem się tym martwić. Moje myśli musiały być skupione tylko na drodze i na tym, żeby doprowadzić nas do bezpieczeństwa. W tej chwili wszystko inne wydawało się nieistotne.
Kiedy usłyszałem komentarz kobiety o serze w proszku, parsknąłem cicho, rozbawiony. Nie byliśmy przyjaciółmi, może nigdy nimi nie będziemy, ale w tej chwili byliśmy sojusznikami, współtowarzyszami w walce o przetrwanie. Skoro wybór padał na solony popcorn, to przynajmniej miała jakiś zdrowy rozsądek. Tak, serowy popcorn to była abominacja, ale jej gust, chociaż zachowawczy, był w porządku. Nic więcej - w porządku.
- Coś ty, solony to klaszyka, nie da szię pójść śle z klaszyką. - Odpowiedziałem, trochę charcząc.
Musiałem na moment zamilknąć, bo ból w gardle dawał się we znaki. W końcu odezwałem się, chociaż mój głos był już wtedy ledwie słyszalny.
- Gdyby wykoszystać pył s liofilisowanych tluskawek, to taki popcoln byłby nawet sałkiem niesły. - Powiedziałem, czując, jak dym podrażnia mi krtań. - To nie jeszt asz tak kontlowelsyjne, chociasz mose szię wydawaś podchwytliwe, bo tluskawki nie mają w sobie tłusszu. W pszesiwieństwie do sela czy masła. Dlatecho, jeszli chciałabyś usyskać coś takiego, musiałabyś się liszyć z tym, sze obtoszenie mogłoby byś nielówne. Coś podobnego do solonego popcolnu, ale, hmm... - Zamilkłem w połowie zdania, czując, że moje słowa płyną zbyt swobodnie, jakbym miał coś więcej do powiedzenia, niż tylko nieprzemyślane uwagi. Słowa, które wypowiedziałem, brzmiały zaskakująco przemyślanie, może nawet mądrzej, niż bym chciał. Jak do tej pory, nie myślałem o sprzecznych sygnałach, które wysyłałem - w mojej głowie zaczęła się rodzić myśl, że powinienem przystopować z otwartością i paplaniem, bo może nie pasowało to do tej roli, którą miałem odgrywać. Z pewnością nie był to ton kogoś, kto miałby być karczkiem czy skurwysynem, zasób słownictwa też nie. „Liofilizacja”, kurwa mać, bo każdy pierwszy, lepszy najemnik wie, co to jest liofilizowanie...
Wiedzieli, że prowiant jest suchy i że czasami go trzeba rozrobić z wodą przed jedzeniem, odstawić na chwilę albo wrzucić na ogień, ale na pewno nie nazwaliby tego „liofilizacją”, nie używaliby określeń „dehydracja”, może powiedzieliby „suszenie” albo „odwadnianie” - przynajmniej większość tych osób, z którymi się zadawałem. Powinienem bardziej uważać na słowa, ale przez konieczność robienia dwóch rzeczy na raz, to było wyjątkowo trudne zadanie.
Zagadywałem ją, by poczuła się trochę mniej przytłoczona - trochę pospiesznie i na zapas, bo zdawałem sobie sprawę, że niedługo nie będę mógł rozmawiać z nią tak swobodnie. Krtań bolała, a dym nie pomagał. Musiałem przystopować z gadulstwem. Poza tym zbliżaliśmy się do miejsca, w którym miałem ją odstawić. Wiedziałem, że zaraz dojdziemy do celu, a potem pewnie znów zostanę sam w tym zgiełku. To była najwyższa pora, żeby skupić się na drodze, nie na byciu towarzyskim.
- Doskonale. Słabo by było, gdybyśmy nimi nie byli, po tym wsystkim, wiesz. - Skwitowałem, dalej przyjaźnie, ale już krócej, trochę mniej spoufalanie, bo wątpiłem w to, że mieliśmy nimi naprawdę zostać. Nasze drogi prawdopodobnie miały się rozejść w przeciągu kilku minut, a później raczej się ze sobą nie skrzyżować, bo wydawało mi się, że po pożarze wszystko się zmieni. Ludzie nie będą tacy otwarci i skorzy do spacerów po spalonych ulicach, natomiast nawet, gdyby było inaczej - sama kobieta z pewnością będzie mieć na tyle dużo roboty, żeby kursować tylko między pracą, a domem. Z dużym prawdopodobieństwem to była nasza ostatnia rozmowa, więc chyba mogłem być kontrowersyjny.
- Pissa hawajska s dodatkowym ananasem i śliwkowym szosem BBQ. - Odpowiedziałem, żeby się nie rozdrabniać, bo to chyba było jasne, że lubiąc takie rzeczy, automatycznie lubiłem też pozostałe mięsno-owocowe połączenia. - Albo indyk ze słodkimi siemniakami i szurawiną. - Tak, to było to - jedno z dań, których mi tu brakowało. W głębi duszy tęskniłem za Stanami i planowałem tam wrócić - najlepiej najszybciej, jak to tylko możliwe, i tak mnie tu nie potrzebowano, przynajmniej nie w normalnych okolicznościach, nie licząc nagłych pożarów. Nie wiem, czego się spodziewałem, wracając tutaj, ale na pewno nie tak lodowatego przyjęcia, jakie mi zaserwowano. No, cóż - reszta miała już swoje życie, nie mogłem ich za to winić. Oczekiwania nieczęsto pokrywają się z rzeczywistością. Takie są uroki życia, niestety...


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9815), Eutierria (252), Prudence Fenwick (10606)




Wiadomości w tym wątku
[8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 28.03.2025, 20:04
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 29.03.2025, 02:18
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 29.03.2025, 16:09
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 30.03.2025, 00:19
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Eutierria - 31.03.2025, 21:02
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 31.03.2025, 21:03
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 31.03.2025, 21:04
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 04.04.2025, 18:35
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 04.04.2025, 23:37
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 06.04.2025, 23:12
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 07.04.2025, 20:32
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 10.04.2025, 14:34
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 10.04.2025, 20:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa