26.04.2025, 01:09 ✶
Ludzie pokorni, uniżenie służący nauce i spuszczający głowę w momentach, w których polityka uznawała ich odkrycia za niebezpieczne lub niegodne uznania, nie mieli szans osiągnąć tego, czego dorobił się Vakel. Oczywiście, bycie uczonym i oddanie nauce było godne pochwały i Dolohov również należał do tego zacnego grona ludzi, którzy oprócz możliwości pochwalenia się godnym podziwu dorobkiem, mogli też powiedzieć: dzielę się tym z ludzkością, czynię to wszystko dla dobra świata, ale… No właśnie – on posiadał i predyspozycje psychiczne, jak i olbrzymie zasoby czyniące go samowystarczalnym w kwestii tychże badań. Nie opuszczał głowy nigdy. To miało wiele zalet – kto by nie chciał sam decydować o swoim losie, o kierunku rozwoju, kto nie chciał sam planować kolejnych odkryć, ale to przecież miało też bardzo oczywistą wadę – Dolohov nie mógł zasłonić się niczym i brał odpowiedzialność za wszystko co robił on sam, ale i każda osoba, z jaką zechciał się powiązać.
Nie było szefa, który zlecał mu zadania. Nie było organizacji, fundacji, Ministerstwa. Wszystko co czynił zapisywał w opasłej księdze swoich sukcesów i porażek. I chociaż zarówno ten cały uniwersytet jak i nazywanie gwiazdy nazwiskiem „asystenta” mogły okazać się porażką, on pozostawał tym dziwnie niewzruszony i śmiał się tylko tym swoim przedziwnym chichotem kogoś, kto samym dźwiękiem wydawanym przy rozbawieniu, zdawał się być kimś bardziej oczytanym od większości znanego im świata.
Ale w tym śmiechu było coś jeszcze.
Pamiętał dzień, w którym mu tak bezceremonialnie oświadczył, że jest gejem. Tak po prostu, bez cienia wstydu ani strachu, ofiarował mu tak skrzętnie skrywaną i ważną część siebie, której ten się nie domyślił przez tyle czasu owocnej współpracy. Nie domyślił się, bo nikt mu na to szansy nie dał – Dolohov przecież szanował, wielbił i pielęgnował swoją ukochaną żonę, której nie pozwoliłby znieważyć w żaden sposób. A kiedy wszystko okazało się stekiem bzdur, kłamstwem – jeszcze nie do końca pamiętał, jak to jest być sobą i może dlatego mu to tak łatwo przez gardło przeszło mimo wyraźnego ciężaru, jakie nosiło to wyznanie w świetle jego biografii. Powiedział mu to, bo to pamiętał. Bo to zawsze go definiowało, bo było zasadą, według której go napisano. Ale wtedy, solidnie przyćpany kroplami amortencji dolewanymi do herbaty, zwyczajnie tego nie czuł. To jednak wracało. Nie był już kastratem, który się wpatrywał w innych ludzi i nie czuł absolutnie nic. Ten niewinny pocałunek go rozpalił. W pierwszej chwili niby nic, niemalże brak zdecydowanej reakcji, ale szybko pojawiły się niewybredne myśli. Chciał go mieć. Wpleść palce w tę kępę loków i zakończyć temat tego cholernego uniwersytetu, który stał się cholernym właściwie tylko przez głód, który rozlał się po jego ciele i poruszył nim. Ułożył łokieć ręki na oparciu kanapy, podbródek oparł o zgięte palce. Dolohov przybrał nagle tak zaczepny wyraz twarzy, jakby miał się zaraz spowić w blasku słońca otaczającego go niczym aureola i przyciągać Peregrinusa jak ćmę (którą zresztą był), ale nie wykonał sam z siebie jakiegoś decydującego ruchu. Zmienił jedynie swoją postawę. Nabrał światła.
— Konkurencja… Ha, jak to usłyszałem z twoich ust to dotarło do mnie, że nie uważam tej ekipy totalnych frajerów za konkurencję. Uważam Anthony’ego za rzemieślnika, którzy wykona projekt według cudzej myśli i będzie częścią kampanii wyborczej. W mojej pasji nie mam konkurentów, a jeżeli jacyś się pojawią, nie będą to politycy. — Pokręcił głową. W rzeczywistości martwił się, ale był zbyt zarozumiały i za dobrze kłamał, żeby to dać po sobie poznać. — Czysto analitycznie. — Powtórzył to po nim i wpadł w krótkie zamyślenie. — Wiesz Peregrinie, co mówią o tym filozofowie. — To nie było pytanie, lecz stwierdzenie, które zamierzał mu przypomnieć. — Że „zrozumieć” znaczy więcej niż „poznać”. Gdybym cię wziął na tej sofie i oglądała nas dwójka ludzi, biolog i pisarz, pierwszy by ci opisał jakież to nerwy pobudziłem, żeś się tak spocił, a drugi by ci dostarczył opisu tego co jest pomiędzy nami używając sformułowań mniej naukowych, a jednak zapewne byś się poczuł przez niego bardziej zrozumiany. Bo pisarz rozumie tego istotę, dotyka jej, więc i rozumie co jest pomiędzy dwójką ludzi w takim akcie. Trochę się przechylasz ku pierwszemu, ale wciel się na moment w drugiego i powiedz mi, czy da się takie rzeczy zamknąć jak książkę, ale też czy pewne rzeczy muszą mieć sens aby zaistnieć. — I nagle się wyszczerzył — wpierw zaciągnął się dymem papierosa, a później, już po mocnym odetchnięciu ukazał szereg białych, prostych zębów. — Podoba mi się twoja zazdrość. Szczególnie, że tak naprawdę nie wiesz o co masz być zazdrosny.
Oderwał podbródek od swojej ręki i przełożył do niej papierosa. Niewątpliwie zaraz po niego sięgnie i skróci dzielący ich dystans, o ile nie pojawi się w oczach Trelawneya zwątpienie.
— Nie mówię tego w sposób, który powinien budzić złe myśli. Jestem wierny danym obietnicom. — I nie musiały być zwerbalizowane. Wierność wydawała się Dolohovowi oczywistością, nawet jeżeli nie zataił tego, że jego głowie zdarzało się uciekać w bok.
Nie było szefa, który zlecał mu zadania. Nie było organizacji, fundacji, Ministerstwa. Wszystko co czynił zapisywał w opasłej księdze swoich sukcesów i porażek. I chociaż zarówno ten cały uniwersytet jak i nazywanie gwiazdy nazwiskiem „asystenta” mogły okazać się porażką, on pozostawał tym dziwnie niewzruszony i śmiał się tylko tym swoim przedziwnym chichotem kogoś, kto samym dźwiękiem wydawanym przy rozbawieniu, zdawał się być kimś bardziej oczytanym od większości znanego im świata.
Ale w tym śmiechu było coś jeszcze.
Pamiętał dzień, w którym mu tak bezceremonialnie oświadczył, że jest gejem. Tak po prostu, bez cienia wstydu ani strachu, ofiarował mu tak skrzętnie skrywaną i ważną część siebie, której ten się nie domyślił przez tyle czasu owocnej współpracy. Nie domyślił się, bo nikt mu na to szansy nie dał – Dolohov przecież szanował, wielbił i pielęgnował swoją ukochaną żonę, której nie pozwoliłby znieważyć w żaden sposób. A kiedy wszystko okazało się stekiem bzdur, kłamstwem – jeszcze nie do końca pamiętał, jak to jest być sobą i może dlatego mu to tak łatwo przez gardło przeszło mimo wyraźnego ciężaru, jakie nosiło to wyznanie w świetle jego biografii. Powiedział mu to, bo to pamiętał. Bo to zawsze go definiowało, bo było zasadą, według której go napisano. Ale wtedy, solidnie przyćpany kroplami amortencji dolewanymi do herbaty, zwyczajnie tego nie czuł. To jednak wracało. Nie był już kastratem, który się wpatrywał w innych ludzi i nie czuł absolutnie nic. Ten niewinny pocałunek go rozpalił. W pierwszej chwili niby nic, niemalże brak zdecydowanej reakcji, ale szybko pojawiły się niewybredne myśli. Chciał go mieć. Wpleść palce w tę kępę loków i zakończyć temat tego cholernego uniwersytetu, który stał się cholernym właściwie tylko przez głód, który rozlał się po jego ciele i poruszył nim. Ułożył łokieć ręki na oparciu kanapy, podbródek oparł o zgięte palce. Dolohov przybrał nagle tak zaczepny wyraz twarzy, jakby miał się zaraz spowić w blasku słońca otaczającego go niczym aureola i przyciągać Peregrinusa jak ćmę (którą zresztą był), ale nie wykonał sam z siebie jakiegoś decydującego ruchu. Zmienił jedynie swoją postawę. Nabrał światła.
— Konkurencja… Ha, jak to usłyszałem z twoich ust to dotarło do mnie, że nie uważam tej ekipy totalnych frajerów za konkurencję. Uważam Anthony’ego za rzemieślnika, którzy wykona projekt według cudzej myśli i będzie częścią kampanii wyborczej. W mojej pasji nie mam konkurentów, a jeżeli jacyś się pojawią, nie będą to politycy. — Pokręcił głową. W rzeczywistości martwił się, ale był zbyt zarozumiały i za dobrze kłamał, żeby to dać po sobie poznać. — Czysto analitycznie. — Powtórzył to po nim i wpadł w krótkie zamyślenie. — Wiesz Peregrinie, co mówią o tym filozofowie. — To nie było pytanie, lecz stwierdzenie, które zamierzał mu przypomnieć. — Że „zrozumieć” znaczy więcej niż „poznać”. Gdybym cię wziął na tej sofie i oglądała nas dwójka ludzi, biolog i pisarz, pierwszy by ci opisał jakież to nerwy pobudziłem, żeś się tak spocił, a drugi by ci dostarczył opisu tego co jest pomiędzy nami używając sformułowań mniej naukowych, a jednak zapewne byś się poczuł przez niego bardziej zrozumiany. Bo pisarz rozumie tego istotę, dotyka jej, więc i rozumie co jest pomiędzy dwójką ludzi w takim akcie. Trochę się przechylasz ku pierwszemu, ale wciel się na moment w drugiego i powiedz mi, czy da się takie rzeczy zamknąć jak książkę, ale też czy pewne rzeczy muszą mieć sens aby zaistnieć. — I nagle się wyszczerzył — wpierw zaciągnął się dymem papierosa, a później, już po mocnym odetchnięciu ukazał szereg białych, prostych zębów. — Podoba mi się twoja zazdrość. Szczególnie, że tak naprawdę nie wiesz o co masz być zazdrosny.
Oderwał podbródek od swojej ręki i przełożył do niej papierosa. Niewątpliwie zaraz po niego sięgnie i skróci dzielący ich dystans, o ile nie pojawi się w oczach Trelawneya zwątpienie.
— Nie mówię tego w sposób, który powinien budzić złe myśli. Jestem wierny danym obietnicom. — I nie musiały być zwerbalizowane. Wierność wydawała się Dolohovowi oczywistością, nawet jeżeli nie zataił tego, że jego głowie zdarzało się uciekać w bok.
with all due respect, which is none