07.04.2025, 20:59 ✶
| Oni uprzykrzali jej życie? Dobre sobie. Po prostu nie dawali sobie wejść na głowę! Prudence na pewnym etapie ich szkolnej przygody powzięła sobie za punkt honoru udupienie ich wszystkich- zapewne po to, aby dać im jakąś lekcję. A to siłą rzeczy wiązało się z częstymi konfrontacjami prefektki z krnąbrnymi gryfonami. Bo czego innego można było się spodziewać, stając na przeciw grupie chłopów z domu Godryka Gryffindora? Chociaż wyrośli na dojrzałych i statecznych inaczej dorosłych, tak wtedy nie byli takimi przyjemniaczkami. Regulaminy i zalecenia kadry pedagogicznej były raczej sugestią niźli prawem, a w nich buzowały hormony i emocje, co siłą rzeczy prowadziło do wyjątkowo zaognionych dyskusji. A Prudence jak to Prudence… Nie wiedziała, kiedy przestać i próbowała grać świętszą od arcykapłanki kowenu. Nic dziwnego, że regularnie darli ze sobą koty w szkole. Takie metaforyczne, nieprawdziwe. — Byłem oprowadzany. Albo eskortowany. Jak pies, którego ciąga się po weterynarzach — sarknął Elias, przypominając sobie, jak rodzice wepchnęli mu do rąk zwitek pergaminu ze wszystkimi terminami spotkań z magimedykami, na których mógł znaleźć wszystkie potrzebne informacje, począwszy od nazwiska, przechodząc przez salę, a na liście swoich własnych objawów kończąc. Pełny zestaw. — Poza tym, twój entuzjazmem co do badania mnie... Powiedzmy, że boję się, co mogłabyś ze mnie wygrzebać. Taka wizyta w gabinecie to byłaby idealna sytuacja żeby się na nim odegrać za te wszystkie lata. Siostra aż nazbyt dobrze wiedziała, że jak zaprowadziłaby już brata na kozetkę, to raczej by z niej nie uciekł, a więc miałaby pełne pole do popisu. Jeszcze by mi wmówiła, że mam jakąś magiczną wenerę, wzdrygnął się Bletchley, parskając nerwowo. Och, o ile lepiej by się czuł, gdyby dyskutowali o tym w jakiejś knajpce, a nie pośród protestującego tłumu. — Twoje życie byłoby zbyt łatwe, gdybyś miała zbyt ugodowego starszego brata — odparł, wyciągając głowę, by spróbować dojrzeć, co się działo z przodu pochodu równości. — Ale czasem mogę sobie pozwolić na nieco dobroci. To twój szczęśliwy dzień. Tak szczęśliwy, że zaraz nas pozgniatają, skomentował bezgłośnie, zaciskając mocno palce na przegubie ręki Prue. Pochylił głowę; nie chciał nagle stać się celem któregoś z idiotów, którzy postanowili zacząć ciskać zaklęciami w tłum. — Do najbliższej uliczki i teleportować. I modlić się, żeby nie zablokowali magicznie ulicy — skomentował, biorąc głęboki oddech i... Zaczął znowu pchać się do przodu, tym razem bezpardonowo spychając ludzi na boki. Wyglądało to nieco karkołomnie; bardziej jakby sam próbował się ich uczepić niż usunąć z drogi. Z drugiej strony, inni ludzie zdawali się wpaść na podobny pomysł, co sprawiło, że każdy szarpał każdego, próbując się dostać do jakiegoś konkretnego miejsca. Teraz pozostawało jedynie walczyć o swoje i nie dać się zgnieść temu tłumowi. Ale kto byłby w stanie powstrzymać dwójkę Bletchleyów, którzy zapewne nie pierwszy raz musieli się przepychać w ten sposób przez ulice swojego rodzinnego miasta? Przecież to nie był ich pierwszy dzień w Londynie. Co najwyżej jeden z tych, który na długo pozostanie w ich pamięci. I na który będą narzekać przy każdej nadarzającej się okazji, gdy tylko ktoś wspomni o niesławnych Marszach Charłaków. |