07.04.2025, 21:39 ✶
A może jednak miałem nad nią przewagę…? Oczywiście, że zwróciłem uwagę na to, że wciąż unikała za wszelką cenę dyskusji ze mną. Ucinała temat za tematem, jakby każde kolejne słowo miało ją poparzyć. Ale nic – nic! – nie mogło być pyszniejszą wisienką na tym torcie niż to, że już drugi raz pozwoliła sobie na niegrzeczne słówka pod moim adresem! Może tym razem nie rzuciła wulgaryzmem, ale pałuj się? Proszę was. To wcale nie było lepsze. Wręcz rynsztokowe!
Uśmiechnąłem się jak błazen. Albo raczej jak czort. Wygrałem. Yay! To było głupie, niedojrzałe, ale poczułem się serio jak zwycięzca. Jak zwykle piękny i boski – Romuś Peterek Potterowski, hehe. Wyobraźcie sobie tu na bogato, liczne fanfary oraz całą ulewę konfetti.
Próbowała zachować fason, ale jebitnie jej to nie wyszło. Nie zwiedzie mnie tym swoim spokojnym tonem czy udawaną obojętnością. Działałem jej na nerwy. Działałem w opór, co dowodziło temu, że ta maszyna naprzeciwko mnie miała uczucia. Wręcz mrożące krew w żyłach uczucia do mojej osoby.
Ale ta energia… to dobitne pożegnanie pokazywało również coś jeszcze – że nie była już tą nudną, przemądrzałą dziewczynką ze szkoły. Nabyła charakter. Wyrosły jej pazury. I to nie tylko metaforyczne. Zainteresowała mnie... kiedy nasze spotkanie dobiegało końca. No szkoda.
Nie umknęło mojej uwadze, że wystrzeliła jak strzała, kiedy tylko drzwi windy się uchyliły.
– Do zobaczenia, Prudence Bletchley! – krzyknąłem za jej plecami najsłodszym tonem, jakim tylko potrafiłem, zupełnie jakbym żegnał się z najlepszą kumpelą… albo i miłością życia. Cóż, tak mogłem wołać kiedyś do Bettany, ale to było, minęło. I pewnie traciłem rezon przy tym bardziej, niż teraz przy tej Bletchley. To były, rzecz jasna, udawane ciepłe uczucia. Częściowo. Była jednak siostrą mojego przyjaciela, więc miałem do niej jakiś mikroskopijny szacunek.
Ale teraz miałem ważniejsze rzeczy na głowie – spotkanie. I pytanie do majstrów:
– Przepraszam! Czy jak wcisnę przycisk, to ta winda tym razem zawiezie mnie na miejsce?
Zapewne potwierdzili, więc pomknąłem już samotnie na swoje piętro.
Uśmiechnąłem się jak błazen. Albo raczej jak czort. Wygrałem. Yay! To było głupie, niedojrzałe, ale poczułem się serio jak zwycięzca. Jak zwykle piękny i boski – Romuś Peterek Potterowski, hehe. Wyobraźcie sobie tu na bogato, liczne fanfary oraz całą ulewę konfetti.
Próbowała zachować fason, ale jebitnie jej to nie wyszło. Nie zwiedzie mnie tym swoim spokojnym tonem czy udawaną obojętnością. Działałem jej na nerwy. Działałem w opór, co dowodziło temu, że ta maszyna naprzeciwko mnie miała uczucia. Wręcz mrożące krew w żyłach uczucia do mojej osoby.
Ale ta energia… to dobitne pożegnanie pokazywało również coś jeszcze – że nie była już tą nudną, przemądrzałą dziewczynką ze szkoły. Nabyła charakter. Wyrosły jej pazury. I to nie tylko metaforyczne. Zainteresowała mnie... kiedy nasze spotkanie dobiegało końca. No szkoda.
Nie umknęło mojej uwadze, że wystrzeliła jak strzała, kiedy tylko drzwi windy się uchyliły.
– Do zobaczenia, Prudence Bletchley! – krzyknąłem za jej plecami najsłodszym tonem, jakim tylko potrafiłem, zupełnie jakbym żegnał się z najlepszą kumpelą… albo i miłością życia. Cóż, tak mogłem wołać kiedyś do Bettany, ale to było, minęło. I pewnie traciłem rezon przy tym bardziej, niż teraz przy tej Bletchley. To były, rzecz jasna, udawane ciepłe uczucia. Częściowo. Była jednak siostrą mojego przyjaciela, więc miałem do niej jakiś mikroskopijny szacunek.
Ale teraz miałem ważniejsze rzeczy na głowie – spotkanie. I pytanie do majstrów:
– Przepraszam! Czy jak wcisnę przycisk, to ta winda tym razem zawiezie mnie na miejsce?
Zapewne potwierdzili, więc pomknąłem już samotnie na swoje piętro.
Koniec sesji