08.04.2025, 18:25 ✶
- Może przy tobie przestałbym gardzić Krukonami - stwierdził aż nazbyt szybko i szczerze, dopiero wtedy zdając sobie sprawę z tego, co palnął.
W istocie niespecjalnie lubił się z przedstawicielami domu Roweny Ravenclaw. Ze szczególnym uwzględnieniem Prudentiusa - brata bliźniaka nieszczęsnej Ellie, dla której zostawiła go jego ostatnia niedoszła dziewczyna. No, choć może było to dużo bardziej skomplikowane, bo tak naprawdę oboje zadecydowali o tym dokładnie w tym samym momencie. Ramona z dnia na dzień coraz bardziej go irytowała. Była z niej okropna plotkara. Poza tym miała prawdopodobnie najbardziej drażniący śmiech, jaki kiedykolwiek słyszał.
Nie to, co delikatny, subtelny chichot, jakim obdarzyła go Geraldine. Podczas, gdy śmiech Yaxleyówny można było porównać z delikatnymi dzwoneczkami albo muszelkami na jutowym sznurku poruszanymi przez morską bryzę. Potter śmiała się głośniej, bardziej drażniąco. Zupełnie jak uderzanie o siebie metalowymi kielichami wypełnionymi do przesady ciężkim alkoholem. Nie winem obiadowym, tylko czymś, po czym na drugi dzień miało się kaca. Ambroise zdecydowanie go przy niej miał. A przynajmniej tego moralnego, bo nigdy nie była jego wyśnioną dziewczyną.
Jego idealna dziewczyna stała tuż przed nim, zadzierając podbródek mocno w górę i zadając mu tak absurdalne pytania, że nie mógł na nie odpowiedzieć inaczej jak własną porcją absurdu. Oczywiście, że nie zamierzał ułatwiać jej sprawy, nawet jeśli coś innego cisnęło mu się na usta. Nawet, jeżeli będąc zupełnie szczerym, wolałby zrobić z nimi coś innego...
...z tymi ustami. Jej, jego. Ich obojga. Szczególnie, że byli tu sami. Nie musieli się pilnować. Tyle tylko, że ku jego rozczarowaniu to nigdy nie wchodziło w grę, prawda? Ich jedną wspólną grą być Quidditch.
- Czy ja wiem? No może trochę? - Z miną cwaniaczka, zmrużył oczy i przekrzywił głowę w bok, żeby posłać dziewczynie najbardziej oceniające spojrzenie, na jakie było go stać.
Wyjątkowo wymowne, emanujące dokładnie tym, czym chciał emanować. W końcu nie chciał patrzeć na nią zbyt łagodnie, bo jeszcze by go przejrzała. Nawet jeśli chciał, żeby dostrzegła, że patrzy tylko na nią, że dostrzega w niej kogoś więcej niż tylko kumpelę z drużyny i z piaskownicy...
...jednocześnie pragnął, żeby to stało się w inny sposób. Nie tak. Nie w momencie, w którym chyba jednak nie czuł się gotowy na to, by przyjąć odrzucenie. Tego dnia mieli odbyć najważniejszy mecz. Nie mogli się wcześniej pokłócić, bo od ich współpracy zależała ta największa wygrana. Wszyscy na nich liczyli. Może po wszystkim? Po fakcie? Może wtedy, gdy zostaną na chwilę sami?
Tak czy inaczej, nie teraz. Teraz świadomie spojrzał na nią z tymi łobuzerskimi litwinami w oczach. Zgrywał naprawdę pewnego siebie. Zupełnie tak, jakby jej obecność wcale na niego nie działała.
Zlustrował Geraldine wzrokiem od góry do dołu, co nie było trudne, bo była malutka. Naprawdę drobna. Gdyby zdecydował się przełamać fizyczny dystans, jaki w gruncie rzeczy tylko im przeszkadzał, mógłby z powodzeniem utopić ją w swoich rozbudowanych, silnych, umięśnionych ramionach. Tych, które tak dumnie teraz prężył, opierając się na miotle nad dziewczyną i patrząc na nią z niemalże idealnej perspektywy.
Prawie perfekcyjnej. Zupełnie tak jak ona. Była wspaniała, jedyna w swoim rodzaju. Nie znał drugiej takiej dziewczyny. Była wszystkim, czego mógłby oczekiwać od życia. Nie potrzebował nikogo ani niczego więcej. Wystarczyło tylko, aby choć raz spojrzała na niego tymi wielkimi, błękitnymi oczami w kształcie migdałów. Jedna sugestia, że mogłaby chcieć od niego dokładnie tego, czego on pragnął od niej i...
...ale to było niemożliwe. Nigdy nie spojrzałaby na niego w ten sposób. Zdawał sobie sprawę z tego, że patrząc w jej błękitne migdałowe oczy, robił dokładnie to - śnił o niebieskich migdałach. I to na jawie, nawet jeśli czasami wydawało mu się, że to wszystko jest tylko jednym, niesamowicie długim snem. Zarazem płynącym tak szybko, bo zaraz, tuż tuż, już niedługo mieli rozstać się w nim, idąc każde w swoją stronę. I jednocześnie tak przejmująco rozwlekłym jak jego próby dania Geraldine do zrozumienia, że czuje do niej coś więcej.
Miał wrażenie, że za każdym razem, gdy cokolwiek jej sugerował, ona zgrabnie uciekała mu w bok. Odskakiwała w wysoką trawę. Zupełnie niczym pasikonik. Znikała pośród zieleni. Jego ulubionego koloru, który nie bez powodu nim był. Pasował do jego nazwiska a jego nazwisko pasowało...
...no cóż. Pasowało do niej.
Znacznie bardziej niż do Ramony Pattie Potter. Patricia, co to w ogóle było za absurdalne imię. Zdecydowanie wolał Artemis. Artemisię. Artemisia absinthium. Bylica piołun. Absynt. Chętnie skosztowałby jej swymi ustami, by sprawdzić, czy w rzeczywistości też jest tak oszałamiająco słodka.
Cholera. Chyba zamilkł na zbyt długo, zawieszając spojrzenie na linii drzew i tracąc przez to te cenne sekundy, kiedy mógł upajać się tymi niebieskimi oczami jego najdroższej przyjaciółki. Ponownie wbił w nią intensywne spojrzenie, wzruszając ramionami.
- Jestem monogamistą. Nie wytrzymałbym z dwiema dziewczynami - odpowiedział gładko, całkowicie zgodnie z prawdą i ze swoimi zasadami.
Dwie na raz to byłoby za dużo, nawet jeśli spotkał się z takimi propozycjami. W istocie nie był nimi zainteresowany. Nie, gdy wiedział, że nawet grono dziewcząt nie zastąpiłoby mu tej jedynej. To ją chciał obwieszać bombkami. Nikogo innego.
- Gwarantuję ci, że nie przepuszczę sobie możliwości zobaczenia takiego widoku. Jeśli obiecasz mi, że faktycznie przefarbujesz włosy na świerkową zieleń, na pewno pojawię się na Yule. Masz to jak u Gringotta - zapewnił energicznie, starając się stłumić zarówno śmiech, jak i chęć powiedzenia jej, że Gringott nie jest dla niego jedynym miejscem, w którym coś skrywa.
Głęboko w jego wnętrzu, w samym środku rozbudowanej piersi, centralnie pod perfekcyjnie wyrzeźbionym ośmiopakiem (ach, te doskonałe geny) krył w sobie wręcz nieprzebrane pokłady uczuć do tej wyjątkowej dziewczyny. Była jedyna w swoim rodzaju. Nie byłaby sobą, gdyby była inna, ale jednocześnie była inna. Tak różna od wszystkich znanych mu dziewcząt.
Nie musiała nic robić. Chodziło o jej niesamowite wnętrze. O poczucie humoru, o naturalność zachowań. O to, że nigdy nie grała. Po prostu była sobą. Niezaprzeczalnie i bez skrępowania sobą. Podczas, gdy wszystkie inne dziewczyny skupiały się wyłącznie na tym, aby jak najlepiej przed nim wypaść, Geraldine nigdy nie udawała. Wiedział to.
Niestety z tego samego powodu zdawał sobie również sprawę z tego, że jego szanse u niej praktycznie nigdy nie istniały. Od samego początku uczyniła go swoim przyjacielem. Co z tego, że najlepszym? To była marna pociecha, bo nigdy do końca mu to nie odpowiadało. Tak się jednak złożyło, że zapominając przy niej języka w gębie, mimowolnie dał się zaszufladkować. Przypiąć sobie tę łatkę, podstawić jej drabinkę, pochylić lokowana głowę o lwiej grzywie i dać dziewczynie się po niej poklepać. Jakiekolwiek szanse powodzenia zostały pogrzebane dokładnie w tamtym momencie.
I nawet jeśli ten dzień z początku wydawał się zupełnie inny, ta wyjątkowa atmosfera nagle zaczęła zanikać. Nadzieje na to, że dziś będzie inaczej zgasły niczym zapałka rozpalona na zimnym marcowym wietrze. Zapach siarki nadal wisiał w powietrzu, lecz jedynie przez to, że na powrót znaleźli się u bram piekła, jakim było stanie obok siebie i niemożność zrobienia czegokolwiek więcej. Mógł wyłącznie kolejny raz oślepić ją swoim szerokim uśmiechem, ruchem głowy wskazując na trzymaną miotłę.
- Powiedziałbym, że masz szanse, żeby samej też do mnie dołączyć, ale właśnie grzebiesz je w ziemi, zbędnie gadając - wyszczerzył zęby, posyłając dziewczynie prowokacyjne spojrzenie i wzruszając ramionami; ot co. - Choć z zielonymi włosami może od ręki wezmą cię do reprezentacji Irlandii - rzucił jeszcze, wyciągając rękę, żeby klepnąć dziewczynę w ramię.
Po bratersku, tak? Bo byli tylko kolegami.
W istocie niespecjalnie lubił się z przedstawicielami domu Roweny Ravenclaw. Ze szczególnym uwzględnieniem Prudentiusa - brata bliźniaka nieszczęsnej Ellie, dla której zostawiła go jego ostatnia niedoszła dziewczyna. No, choć może było to dużo bardziej skomplikowane, bo tak naprawdę oboje zadecydowali o tym dokładnie w tym samym momencie. Ramona z dnia na dzień coraz bardziej go irytowała. Była z niej okropna plotkara. Poza tym miała prawdopodobnie najbardziej drażniący śmiech, jaki kiedykolwiek słyszał.
Nie to, co delikatny, subtelny chichot, jakim obdarzyła go Geraldine. Podczas, gdy śmiech Yaxleyówny można było porównać z delikatnymi dzwoneczkami albo muszelkami na jutowym sznurku poruszanymi przez morską bryzę. Potter śmiała się głośniej, bardziej drażniąco. Zupełnie jak uderzanie o siebie metalowymi kielichami wypełnionymi do przesady ciężkim alkoholem. Nie winem obiadowym, tylko czymś, po czym na drugi dzień miało się kaca. Ambroise zdecydowanie go przy niej miał. A przynajmniej tego moralnego, bo nigdy nie była jego wyśnioną dziewczyną.
Jego idealna dziewczyna stała tuż przed nim, zadzierając podbródek mocno w górę i zadając mu tak absurdalne pytania, że nie mógł na nie odpowiedzieć inaczej jak własną porcją absurdu. Oczywiście, że nie zamierzał ułatwiać jej sprawy, nawet jeśli coś innego cisnęło mu się na usta. Nawet, jeżeli będąc zupełnie szczerym, wolałby zrobić z nimi coś innego...
...z tymi ustami. Jej, jego. Ich obojga. Szczególnie, że byli tu sami. Nie musieli się pilnować. Tyle tylko, że ku jego rozczarowaniu to nigdy nie wchodziło w grę, prawda? Ich jedną wspólną grą być Quidditch.
- Czy ja wiem? No może trochę? - Z miną cwaniaczka, zmrużył oczy i przekrzywił głowę w bok, żeby posłać dziewczynie najbardziej oceniające spojrzenie, na jakie było go stać.
Wyjątkowo wymowne, emanujące dokładnie tym, czym chciał emanować. W końcu nie chciał patrzeć na nią zbyt łagodnie, bo jeszcze by go przejrzała. Nawet jeśli chciał, żeby dostrzegła, że patrzy tylko na nią, że dostrzega w niej kogoś więcej niż tylko kumpelę z drużyny i z piaskownicy...
...jednocześnie pragnął, żeby to stało się w inny sposób. Nie tak. Nie w momencie, w którym chyba jednak nie czuł się gotowy na to, by przyjąć odrzucenie. Tego dnia mieli odbyć najważniejszy mecz. Nie mogli się wcześniej pokłócić, bo od ich współpracy zależała ta największa wygrana. Wszyscy na nich liczyli. Może po wszystkim? Po fakcie? Może wtedy, gdy zostaną na chwilę sami?
Tak czy inaczej, nie teraz. Teraz świadomie spojrzał na nią z tymi łobuzerskimi litwinami w oczach. Zgrywał naprawdę pewnego siebie. Zupełnie tak, jakby jej obecność wcale na niego nie działała.
Zlustrował Geraldine wzrokiem od góry do dołu, co nie było trudne, bo była malutka. Naprawdę drobna. Gdyby zdecydował się przełamać fizyczny dystans, jaki w gruncie rzeczy tylko im przeszkadzał, mógłby z powodzeniem utopić ją w swoich rozbudowanych, silnych, umięśnionych ramionach. Tych, które tak dumnie teraz prężył, opierając się na miotle nad dziewczyną i patrząc na nią z niemalże idealnej perspektywy.
Prawie perfekcyjnej. Zupełnie tak jak ona. Była wspaniała, jedyna w swoim rodzaju. Nie znał drugiej takiej dziewczyny. Była wszystkim, czego mógłby oczekiwać od życia. Nie potrzebował nikogo ani niczego więcej. Wystarczyło tylko, aby choć raz spojrzała na niego tymi wielkimi, błękitnymi oczami w kształcie migdałów. Jedna sugestia, że mogłaby chcieć od niego dokładnie tego, czego on pragnął od niej i...
...ale to było niemożliwe. Nigdy nie spojrzałaby na niego w ten sposób. Zdawał sobie sprawę z tego, że patrząc w jej błękitne migdałowe oczy, robił dokładnie to - śnił o niebieskich migdałach. I to na jawie, nawet jeśli czasami wydawało mu się, że to wszystko jest tylko jednym, niesamowicie długim snem. Zarazem płynącym tak szybko, bo zaraz, tuż tuż, już niedługo mieli rozstać się w nim, idąc każde w swoją stronę. I jednocześnie tak przejmująco rozwlekłym jak jego próby dania Geraldine do zrozumienia, że czuje do niej coś więcej.
Miał wrażenie, że za każdym razem, gdy cokolwiek jej sugerował, ona zgrabnie uciekała mu w bok. Odskakiwała w wysoką trawę. Zupełnie niczym pasikonik. Znikała pośród zieleni. Jego ulubionego koloru, który nie bez powodu nim był. Pasował do jego nazwiska a jego nazwisko pasowało...
...no cóż. Pasowało do niej.
Znacznie bardziej niż do Ramony Pattie Potter. Patricia, co to w ogóle było za absurdalne imię. Zdecydowanie wolał Artemis. Artemisię. Artemisia absinthium. Bylica piołun. Absynt. Chętnie skosztowałby jej swymi ustami, by sprawdzić, czy w rzeczywistości też jest tak oszałamiająco słodka.
Cholera. Chyba zamilkł na zbyt długo, zawieszając spojrzenie na linii drzew i tracąc przez to te cenne sekundy, kiedy mógł upajać się tymi niebieskimi oczami jego najdroższej przyjaciółki. Ponownie wbił w nią intensywne spojrzenie, wzruszając ramionami.
- Jestem monogamistą. Nie wytrzymałbym z dwiema dziewczynami - odpowiedział gładko, całkowicie zgodnie z prawdą i ze swoimi zasadami.
Dwie na raz to byłoby za dużo, nawet jeśli spotkał się z takimi propozycjami. W istocie nie był nimi zainteresowany. Nie, gdy wiedział, że nawet grono dziewcząt nie zastąpiłoby mu tej jedynej. To ją chciał obwieszać bombkami. Nikogo innego.
- Gwarantuję ci, że nie przepuszczę sobie możliwości zobaczenia takiego widoku. Jeśli obiecasz mi, że faktycznie przefarbujesz włosy na świerkową zieleń, na pewno pojawię się na Yule. Masz to jak u Gringotta - zapewnił energicznie, starając się stłumić zarówno śmiech, jak i chęć powiedzenia jej, że Gringott nie jest dla niego jedynym miejscem, w którym coś skrywa.
Głęboko w jego wnętrzu, w samym środku rozbudowanej piersi, centralnie pod perfekcyjnie wyrzeźbionym ośmiopakiem (ach, te doskonałe geny) krył w sobie wręcz nieprzebrane pokłady uczuć do tej wyjątkowej dziewczyny. Była jedyna w swoim rodzaju. Nie byłaby sobą, gdyby była inna, ale jednocześnie była inna. Tak różna od wszystkich znanych mu dziewcząt.
Nie musiała nic robić. Chodziło o jej niesamowite wnętrze. O poczucie humoru, o naturalność zachowań. O to, że nigdy nie grała. Po prostu była sobą. Niezaprzeczalnie i bez skrępowania sobą. Podczas, gdy wszystkie inne dziewczyny skupiały się wyłącznie na tym, aby jak najlepiej przed nim wypaść, Geraldine nigdy nie udawała. Wiedział to.
Niestety z tego samego powodu zdawał sobie również sprawę z tego, że jego szanse u niej praktycznie nigdy nie istniały. Od samego początku uczyniła go swoim przyjacielem. Co z tego, że najlepszym? To była marna pociecha, bo nigdy do końca mu to nie odpowiadało. Tak się jednak złożyło, że zapominając przy niej języka w gębie, mimowolnie dał się zaszufladkować. Przypiąć sobie tę łatkę, podstawić jej drabinkę, pochylić lokowana głowę o lwiej grzywie i dać dziewczynie się po niej poklepać. Jakiekolwiek szanse powodzenia zostały pogrzebane dokładnie w tamtym momencie.
I nawet jeśli ten dzień z początku wydawał się zupełnie inny, ta wyjątkowa atmosfera nagle zaczęła zanikać. Nadzieje na to, że dziś będzie inaczej zgasły niczym zapałka rozpalona na zimnym marcowym wietrze. Zapach siarki nadal wisiał w powietrzu, lecz jedynie przez to, że na powrót znaleźli się u bram piekła, jakim było stanie obok siebie i niemożność zrobienia czegokolwiek więcej. Mógł wyłącznie kolejny raz oślepić ją swoim szerokim uśmiechem, ruchem głowy wskazując na trzymaną miotłę.
- Powiedziałbym, że masz szanse, żeby samej też do mnie dołączyć, ale właśnie grzebiesz je w ziemi, zbędnie gadając - wyszczerzył zęby, posyłając dziewczynie prowokacyjne spojrzenie i wzruszając ramionami; ot co. - Choć z zielonymi włosami może od ręki wezmą cię do reprezentacji Irlandii - rzucił jeszcze, wyciągając rękę, żeby klepnąć dziewczynę w ramię.
Po bratersku, tak? Bo byli tylko kolegami.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down