To, że należeli do domu Godryka Gryffindora nie tłumaczyło tego, że w czasach nauki w Hogwarcie byli idiotami, pewnymi siebie, zadzierającymi nosa, po to aby udowodnić, że mogą wszystko. Ktoś musiał im pokazać, że wcale tak nie było. Padło na nią, bo musiała dzierżyć to wspaniałe miano prefekta. Nie, żeby szczególnie jej na tym zależało, ale skoro już trafiła w to zacne grono, to wypadało, aby spełniała swoje obowiązki. Mimo, że dużo bardziej wolałaby siedzieć w bibliotece między książkami i niczym się nie przejmować. Nie musiałaby się wtedy obawiać tego, że wpadnie na któregoś z ich bandy. Wtedy byli naprawdę okropni. Nie sądziła, że utrzymają ze sobą kontakt na dłużej, nie wyglądali jej na osoby dla których takie więzi nawiązane w szkole były dość istotne, jednak tutaj źle ich oceniła. Miała świadomość, że brat nadal utrzymywał kontakt ze swoimi przyjaciółmi, może poza Rookwoodem, który zniknął, to znaczy z tego, co słyszała to rozwijał swoją karierę naukową w Australii, oczywiście, że musiał dostać jakąś niesamowitą ofertę, gdzieś bardzo daleko. Rodziny jak jego miały koneksje na całym świecie. Dużo łatwiej było tym chłoptasiom z bogatych domów robić wielką karierę. Nie powinna im zazdrościć, ale nie miała wątpliwości, że tacy jak oni mieli dużo prościej. Wystarczyło szepnąć słówko odpowiednim osobom, a bardzo szybko mogli zacząć piąć się po szczeblach kariery, gdy ona na wszystko zapracowała sama.
- Dziwi mnie to, że się im dałeś. - Właściwie, czy, aż tak powinno? No, Elias był niby dorosły, tylko trudno było się uchronić przed podobnymi metodami w domu pełnym medyków, czy farmaceutów. Nie mógł uciec przed czujnym okiem ich rodziców. - Cieszę się z tego, że zdajesz sobie sprawę, iż nic nie ukryje się przed moim czujnym okiem, znalazłabym Twoje wszystkie przypadłości, szkoda, że nie chciałeś skorzystać z okazji. - Jego wybór, jeśli wolał chodzić po obcych lekarzach, jeśli nie ufał jej na tyle, to nie była jej sprawa, była przecież wyłącznie jego młodszą siostrą, to nie tak, że większość swojego dorosłego życia spędziła lecząc innych...
Prudence podchodziła bardzo profesjonalnie do swojego zawodu, może mogłaby nieco nastraszyć swojego brata, ale tylko przez chwilę, tylko odrobinę, szybko wróciłaby do stawiania właściwej diagnozy, ale nie było o czym dyskutować, bo wolał chodzić do obcych, jego strata.
- Nie wydaje mi się, żeby to był mój szczęśliwy dzień Elias. - Zwłaszcza, że znaleźli się w samym centrum manifestacji, w którym zdecydowanie wolałaby nie być. - Podziękuję za takie szczęśliwe dni. - Nawet jeśli jej brat miał akurat dzisiaj dzień dobroci dla Prudence, czy coś, co też nie zdarzało się zbyt często.
- Dobry pomysł.- Nie miała w zwyczaju tak po prostu akceptować tego, co mówił. Tym razem zgadzała się z nim w stu procentach. Musieli stąd spadać, zwinąć się, jak najszybciej, nie dać się porwać temu tłumowi manifestujących ludzi.
Tym bardziej, że gdzieś z tyłu zaczęły się zamieszki. Widziała na niebie zaklęcia, które zaczęły fruwać w powietrzu. Powinni jak najszybciej stąd zwiać.
Trzymała mocno dłoń brata, nie chcąc go zgubić, całkiem nieźle szło mu przepychanie się przez wszechobecny tłum.
W końcu dotarli do bocznej alejki, z której szybko się teleportowali. Mieli przecież obiad do zjedzenia. Na szczęście nie okazało się to aż takie trudne, dzięki temu, że niemalże całe życie spędzili w tym miejscu. Bardzo dobrze znali Londyn.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control