08.04.2025, 22:02 ✶
Wbrew pozorom nie sądził, że ich rozmowa praktycznie od razu skieruje się na te tory. Gdy odezwał się do przytulonej do niego dziewczyny, miał raczej na myśli bardzo spokojne podkreślenie swojego stanowiska. To, co powiedział jej już wczoraj, ale dzisiaj było między nimi zupełnie inaczej, więc wydawało mu się, że powinien zrobić to ponownie.
Powtórzyć wydźwięk tamtej wypowiedzi. Zapewnienia, może czegoś na kształt obietnicy. Nie wiedział jak to nazwać, ale nie potrzebował tego robić. Chodziło o to, czego był pewien. Nieważne, co by się działo, nie miał o niej zapomnieć. Dokładnie tak jak nie miał wahać się na myśl, czy ta Geraldine, którą widzi jest jego realną.
Zbyt wiele ich łączyło. Nie potrzebował jej dotykać, nie musiał na nią patrzeć. Był po prostu pewien tego, że to nie było wyłącznie złudzeniami. Nie myślał. Nie. Nie spekulował.
- Ja to wiem - odpowiedział tak naturalnie, by nie pozostawić Geraldine przestrzeni nawet na krztę wątpliwości, co do szczerości jego słów.
Zresztą, czyż nie to sobie obiecali? Mieli być ze sobą szczerzy. Naprawdę szczerzy. Tym razem nawet odnośnie tych najgłębszych myśli, które niegdyś nie zawsze wypowiadali. Nie mieli tendencji do tego, żeby rozmawiać o uczuciach. Przynajmniej nie całkiem, nie o wszystkich. Teraz chyba to zmieniali.
- Mogę się tylko domyślać - kiwnął głową, przymykając oczy tylko po to, żeby zaraz skierować wzrok z powrotem na dziewczynę i jeszcze bardziej ją do siebie przygarnąć.
Spokojnie, może trochę uspokajająco, ale nie tak, jakby uważał ją za słabą czy mogącą się rozsypać. Po prostu chciał, żeby poczuła, że są tu razem. Bezpieczni. Sami. Jeszcze bliżej, bardziej, mocniej.
To było trudne, niemalże niemożliwe, bo leżeli naprawdę blisko siebie, splątani w swoich objęciach, jednak nie do końca chodziło mu o to, aby fizycznie całkowicie ją w siebie wtulić. To był nie tylko cielesny gest. Nie to było myślą, która mu przyświecała. Chciał, żeby poczuła się blisko. Znalazła się tu myślami. Nie tam, tylko tutaj, nawet jeśli dalej o tym rozmawiali.
- Był silny. Kurewsko silny. Potrafił wejść do głowy, wzbudzić obawę, karmić się tymi najgłębszymi lękami - przyznał powoli, biorąc mimowolny oddech przez nos, bo po tych kilku zdaniach niemal bezwiednie zacisnął usta.
Potrzebował chwili, żeby je ponownie otworzyć, nabierając powietrza po raz kolejny zanim się odezwał.
- Ale to są tylko lęki, nic więcej. Karmił się obawami, nie prawdą - a przynajmniej w to zdecydowanie chciał wierzyć, nie zamierzając tego nadmiernie analizować.
Najważniejsze, że stamtąd wyszli. Razem. Wspólnymi siłami. Wynieśli z jaskini coś więcej niż to, co mogło ich przytłoczyć. Opuścili Snowdonię z czymś innym niż tylko złymi wspomnieniami. I nie musieli tam już więcej wracać.
Przynajmniej przez jakiś czas, bo warto byłoby, by to kiedyś zrobili. Najlepiej we troje, mając pod ręką kogoś, kto zna się na temacie. Tyle tylko, że to była decyzja na później. O odpowiednim czasie mieli zadecydować już sami, nie pod wpływem przymusu. Na nowo nic nie musieli.
- Naprawdę wkurzył czy naprawdę, naprawdę wkurzył? Jest różnica, wiesz - spytał, spoglądając na nią przez przymrużone powieki. - Naprawdę nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby tak faktycznie cię wkurzyć, Bruyère, zważywszy na to, co już udało mi się zrobić - uniósł brwi, całkowicie świadomy tego, co jej zasugerował: miała do niego niezaprzeczalną słabość.
Wybaczała mu. Z początku trudno było dać temu wiarę, ale naprawdę mu wybaczała. Więcej niż on wybaczył sobie. Prawdopodobnie znacznie więcej niż kiedykolwiek miał sobie wybaczyć.
Mimo wszystkiego, co o sobie wiedzieli i co razem przeszli, to wciąż było coś, czym czuł się zaskoczony. Szczęśliwy, tak, ale jednocześnie nie mógł zaprzeczyć przed samym sobą, że nadal mieszała mu tym w głowie. Zapewne miała to robić jeszcze miesiącami, ale chyba był na to gotowy.
- A wciąż tu jesteś. Moja - dokończył całkiem swobodnie jak na to, co działo się między nimi praktycznie aż do tego dnia.
Jeszcze wczoraj nie pomyślałby, że może mówić o tym tak lekko, niemalże swobodnie. Co prawda zdawał sobie sprawę z tego, że było to wywołane po części tymi różowymi okularami, które na nowo dziś założyli a częściowo zmęczeniem, błogością i ciepłem ciała przytulonej do niego dziewczyny. Jej zapachem nieodmiennie kojarzącym mu się z domem. Włosami łaskoczącymi jego skórę.
Nawet widokiem tego jednego zacieku na suficie. Tego, który do złudzenia przypominał nierozwinięty pąk piwonii. Był tam nieodmiennie od wielu lat. Praktycznie od czasu tej olbrzymiej zawieruchy, jaka rozpętała się w Londynie. Jednej z największych burz, które przeżył w mieście. Wszystko wtedy płynęło, ociekało wodą albo latało w powietrzu. A jednak w gruncie rzeczy to był całkiem dobry dzień.
Kiedy tak naprawdę wracał pamięcią do lat, jakie ze sobą spędzili, mieli dobre życie. Nie zawsze spokojne. Często bardziej chaotyczne od większości ludzi, ale w tym wszystkim byli przede wszystkim przy sobie. Mogli na siebie liczyć, stali po swojej stronie a tworząc jeden front radzili sobie z większością tego, co później zaczęło go przytłaczać.
Był ten jeden moment, gdy wszystko stało się tak kurewsko trudne, że niemal nie do udźwignięcia. Nie chciał wracać do tego pamięcią, katować się tymi wspomnieniami. Szczególnie teraz, gdy wszystko zaczęło się uspokajać. Było lepiej, było dobrze.
Bez wątpienia potrzebowali porozmawiać na wiele różnych tematów, ale nie teraz, nie dziś. Dzisiaj mieli siebie. Byli dla siebie w ten jeden konkretny sposób. Cała reszta mogła poczekać. Poza tym potrzebowali zająć się pojedynczymi kwestiami na raz, żeby nie wpaść w pułapkę nagromadzonych wyzwań.
Obecnie mówili o jednym. Chciał, by mogło tak pozostać. Przynajmniej do czasu, gdy rozprawią się z tym tematem.
- To urocze - odrzekł, wkładając w tę wypowiedź tyle miękkości, ile tylko był w stanie.
Rewanżował się. Raczej nie było to dla niego niczym niezwykłym, prawda? Może oboje trochę się zmienili, byli inni niż przed laty, ale nie pod wszelkimi względami. W niektórych byli wciąż tacy sami.
Powtórzyć wydźwięk tamtej wypowiedzi. Zapewnienia, może czegoś na kształt obietnicy. Nie wiedział jak to nazwać, ale nie potrzebował tego robić. Chodziło o to, czego był pewien. Nieważne, co by się działo, nie miał o niej zapomnieć. Dokładnie tak jak nie miał wahać się na myśl, czy ta Geraldine, którą widzi jest jego realną.
Zbyt wiele ich łączyło. Nie potrzebował jej dotykać, nie musiał na nią patrzeć. Był po prostu pewien tego, że to nie było wyłącznie złudzeniami. Nie myślał. Nie. Nie spekulował.
- Ja to wiem - odpowiedział tak naturalnie, by nie pozostawić Geraldine przestrzeni nawet na krztę wątpliwości, co do szczerości jego słów.
Zresztą, czyż nie to sobie obiecali? Mieli być ze sobą szczerzy. Naprawdę szczerzy. Tym razem nawet odnośnie tych najgłębszych myśli, które niegdyś nie zawsze wypowiadali. Nie mieli tendencji do tego, żeby rozmawiać o uczuciach. Przynajmniej nie całkiem, nie o wszystkich. Teraz chyba to zmieniali.
- Mogę się tylko domyślać - kiwnął głową, przymykając oczy tylko po to, żeby zaraz skierować wzrok z powrotem na dziewczynę i jeszcze bardziej ją do siebie przygarnąć.
Spokojnie, może trochę uspokajająco, ale nie tak, jakby uważał ją za słabą czy mogącą się rozsypać. Po prostu chciał, żeby poczuła, że są tu razem. Bezpieczni. Sami. Jeszcze bliżej, bardziej, mocniej.
To było trudne, niemalże niemożliwe, bo leżeli naprawdę blisko siebie, splątani w swoich objęciach, jednak nie do końca chodziło mu o to, aby fizycznie całkowicie ją w siebie wtulić. To był nie tylko cielesny gest. Nie to było myślą, która mu przyświecała. Chciał, żeby poczuła się blisko. Znalazła się tu myślami. Nie tam, tylko tutaj, nawet jeśli dalej o tym rozmawiali.
- Był silny. Kurewsko silny. Potrafił wejść do głowy, wzbudzić obawę, karmić się tymi najgłębszymi lękami - przyznał powoli, biorąc mimowolny oddech przez nos, bo po tych kilku zdaniach niemal bezwiednie zacisnął usta.
Potrzebował chwili, żeby je ponownie otworzyć, nabierając powietrza po raz kolejny zanim się odezwał.
- Ale to są tylko lęki, nic więcej. Karmił się obawami, nie prawdą - a przynajmniej w to zdecydowanie chciał wierzyć, nie zamierzając tego nadmiernie analizować.
Najważniejsze, że stamtąd wyszli. Razem. Wspólnymi siłami. Wynieśli z jaskini coś więcej niż to, co mogło ich przytłoczyć. Opuścili Snowdonię z czymś innym niż tylko złymi wspomnieniami. I nie musieli tam już więcej wracać.
Przynajmniej przez jakiś czas, bo warto byłoby, by to kiedyś zrobili. Najlepiej we troje, mając pod ręką kogoś, kto zna się na temacie. Tyle tylko, że to była decyzja na później. O odpowiednim czasie mieli zadecydować już sami, nie pod wpływem przymusu. Na nowo nic nie musieli.
- Naprawdę wkurzył czy naprawdę, naprawdę wkurzył? Jest różnica, wiesz - spytał, spoglądając na nią przez przymrużone powieki. - Naprawdę nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby tak faktycznie cię wkurzyć, Bruyère, zważywszy na to, co już udało mi się zrobić - uniósł brwi, całkowicie świadomy tego, co jej zasugerował: miała do niego niezaprzeczalną słabość.
Wybaczała mu. Z początku trudno było dać temu wiarę, ale naprawdę mu wybaczała. Więcej niż on wybaczył sobie. Prawdopodobnie znacznie więcej niż kiedykolwiek miał sobie wybaczyć.
Mimo wszystkiego, co o sobie wiedzieli i co razem przeszli, to wciąż było coś, czym czuł się zaskoczony. Szczęśliwy, tak, ale jednocześnie nie mógł zaprzeczyć przed samym sobą, że nadal mieszała mu tym w głowie. Zapewne miała to robić jeszcze miesiącami, ale chyba był na to gotowy.
- A wciąż tu jesteś. Moja - dokończył całkiem swobodnie jak na to, co działo się między nimi praktycznie aż do tego dnia.
Jeszcze wczoraj nie pomyślałby, że może mówić o tym tak lekko, niemalże swobodnie. Co prawda zdawał sobie sprawę z tego, że było to wywołane po części tymi różowymi okularami, które na nowo dziś założyli a częściowo zmęczeniem, błogością i ciepłem ciała przytulonej do niego dziewczyny. Jej zapachem nieodmiennie kojarzącym mu się z domem. Włosami łaskoczącymi jego skórę.
Nawet widokiem tego jednego zacieku na suficie. Tego, który do złudzenia przypominał nierozwinięty pąk piwonii. Był tam nieodmiennie od wielu lat. Praktycznie od czasu tej olbrzymiej zawieruchy, jaka rozpętała się w Londynie. Jednej z największych burz, które przeżył w mieście. Wszystko wtedy płynęło, ociekało wodą albo latało w powietrzu. A jednak w gruncie rzeczy to był całkiem dobry dzień.
Kiedy tak naprawdę wracał pamięcią do lat, jakie ze sobą spędzili, mieli dobre życie. Nie zawsze spokojne. Często bardziej chaotyczne od większości ludzi, ale w tym wszystkim byli przede wszystkim przy sobie. Mogli na siebie liczyć, stali po swojej stronie a tworząc jeden front radzili sobie z większością tego, co później zaczęło go przytłaczać.
Był ten jeden moment, gdy wszystko stało się tak kurewsko trudne, że niemal nie do udźwignięcia. Nie chciał wracać do tego pamięcią, katować się tymi wspomnieniami. Szczególnie teraz, gdy wszystko zaczęło się uspokajać. Było lepiej, było dobrze.
Bez wątpienia potrzebowali porozmawiać na wiele różnych tematów, ale nie teraz, nie dziś. Dzisiaj mieli siebie. Byli dla siebie w ten jeden konkretny sposób. Cała reszta mogła poczekać. Poza tym potrzebowali zająć się pojedynczymi kwestiami na raz, żeby nie wpaść w pułapkę nagromadzonych wyzwań.
Obecnie mówili o jednym. Chciał, by mogło tak pozostać. Przynajmniej do czasu, gdy rozprawią się z tym tematem.
- To urocze - odrzekł, wkładając w tę wypowiedź tyle miękkości, ile tylko był w stanie.
Rewanżował się. Raczej nie było to dla niego niczym niezwykłym, prawda? Może oboje trochę się zmienili, byli inni niż przed laty, ale nie pod wszelkimi względami. W niektórych byli wciąż tacy sami.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down