08.04.2025, 22:44 ✶
Wysoko na nocnym niebie, wzdłuż czarnej ściany dymu i popiołów, szybowała sylwetka w żółtej pelerynie, zbłąkana iskierka, która wyskoczyła z ogni trzaskających daleko w dole. Helloise trzymała kurs swojej miotły z dala od głównego traktu pożogi, lecz mimo to wiatry niosły na jej twarz oddech pożarów. Pył opływał ją w pędzie, gorące tchnienia pchały się do gardła, a wokół unosiły się dusze wyzionięte tej nocy. Czuła, jak ocierają się o nią, niesione w kłębach dymu na poszukiwanie nowych wcieleń, w których odrodzą się w kolejnych dniach. Ta myśl krzepiła czarownicę. Nie było na tyle ludzkich powłok, aby wszystkie ofiary mogły odrodzić się jako niemowlęta. Lecz gleba, gleba — ona zawsze przyjmuje nowe dusze, przezimuje je w swoim łonie, zaotoczkuje nasionami i na wiosnę strawieni przez płomienie czarodzieje wykiełkują, przynosząc Anglii urodzaj i obfitość na ziemi nawożonej popiołem ich szczątków.
Lecąc ku Londynowi, Helloise syciła się tym dziełem oczyszczenia i odrodzenia. To patrzyła na nie z oddali, podziwiając je w pełnej krasie, to zbliżała się doń, mieszając z popiołami. Przez nurzanie się w ekstatycznych zachwytach, zbaczanie ze stałej trasy oraz dociążenie miotły dwoma koszami eliksirów i maści, droga do stolicy sięgnęła dwu godzin. Gdy miasto zamajaczyło przed czarownicą, ta zaczęła zniżać lotu, kryjąc się przed wścibskimi oczyma w ciemnych kłębach. Chwilę kołowała przy magicznych dzielnicach, szukając wyrwy w pożarach, która pozwoliłaby jej bezpiecznie lądować. Nie musiała się spieszyć, miała jeszcze czas. Gdy wreszcie osiadła na ziemi, odprawiła miotłę z powrotem w niebo, aby ta czekała w bezpiecznym oddaleniu, nim zaklęcie właścicielki zawezwie ją z powrotem.
Helloise dość było oglądania dramatu z wysokości. Zapragnęła przejść sercem pożogi, zbliżyć się do niej. Przemykała pieszo ulicami miasta trawionego przez ognie. Zewsząd otoczyły ją głosy potępieńcze, raz czy drugi dobiegł jej głuchy huk walącej się w oddali kondygnacji budynku. Jej oczy załzawiły, próbując pozbywać się popiołów wypluwanych z ognistych trzewi. Czuła w gardle drapanie i gorąc, jakby w jej własnym przełyku rósł ogień. Osmolone palce mocno zaciskała na różdżce. Pod jej paznokciami czerniała krew mężczyzny, którego spotkała wcześniej tego wieczora. Wśród natapirowanych włosów poszarzałych od pyłu wciąż błyskały zaplątane kawałki szkła, policzki oblepiały ciemne smugi zaschniętej krwi i sadzy, ochrowa pelerynka straciła swój kolor.
Zatrzymywała się przyczajona tu i tam, aby obserwować ludzi szklistymi oczyma odbijającymi płomienie i cienie zgliszcz. Ludzi przejętych zwierzęcym strachem, ludzi lamentujących nad straconymi dobytkami, ludzi nawołujących swoich ukochanych. Niektórzy uwiajli się pełni zacięcia do niesienia pomocy, inni siedzieli pokurczeni i puści na schodach prowadzących w głąb szkieletów czarnych domów.
Niektórzy gniewni zwrócili się ku atawizmom.
Widziała to w ślepiach bestii, które wyrwały kobietę z jednej z kamienic. Wytargały na bruk, rzuciły jak szmacianą lalkę, osaczyły, przygotowując się na żer. Ich grubo ciosane mordy ściągała nienawiść ślepego dzikusa, którego to wzburzenie odarło z honoru, w jaki obłudnie stroił się na co dzień. Dzikus odarł więc z szat kobietę, pękły z jękiem szwy sukni, a pod spodem ukazało się białe ciało. I widziała Helloise, że to tylko bardziej ich rozwścieczyło: czystość i piękno odartej czarownicy milcząco przypominało oszalałemu zwierzęciu, że jest niższym. Ta kobieta należała do orszaku ulubienic Matki, ją Matka ocaliła od ognia, który ich miał oczyścić i uczynić doskonalszymi. Lecz niepojętym jest dla bestii plan boski, nie rozumie oszalała trzoda doniosłości swojej roli. Zdecydowali, wymieniając swe nieludzkie okrzyki, że dobro należy pokalać, aby stało się im podobne. Znali tylko świat na kolanach, więc i kobietę posłali na kolana. Wyciągnęli po nią łapy, ucztowali na jej błaganiach i szamotaninie, gdy próbowała opierać się losowi, jaki jej szykowali: naznaczyć jak bydło, upodlić, odrzeć z godności i posilić się nią, a może skonsumowanie jej przyda im trochę tej godności.
Helloise wyciągnęła spomiędzy fałd swojej szaty trójkątny kawał szkła okryty brunatną szmatą, który zabrała z podłogi chaty. Odsłoniła szpic, owinęła podstawę grubo materiałem, nim zacisnęła na niej wolną dłoń, jak i bestia zaciskała swoją na rękojeści noża mającego ryć w ciele czystokrwistej czarownicy. Mieczem wojujesz, od miecza zginiesz.
Gdy do sceny dołączyła nowa kobieta, Scarlett, która cisnęła ku jednemu z mugolaków mocne zaklęcie, Helloise ujrzała w tym znak. Wyszła z ukrycia z wyciągniętą różdżką, aby od razu spróbować unieszkodliwić kolejnego z napastników.
Rzut na kształtowanie. Helloise próbuje wyczarować pędy, które spętają jednego z mugolaków.
Lecąc ku Londynowi, Helloise syciła się tym dziełem oczyszczenia i odrodzenia. To patrzyła na nie z oddali, podziwiając je w pełnej krasie, to zbliżała się doń, mieszając z popiołami. Przez nurzanie się w ekstatycznych zachwytach, zbaczanie ze stałej trasy oraz dociążenie miotły dwoma koszami eliksirów i maści, droga do stolicy sięgnęła dwu godzin. Gdy miasto zamajaczyło przed czarownicą, ta zaczęła zniżać lotu, kryjąc się przed wścibskimi oczyma w ciemnych kłębach. Chwilę kołowała przy magicznych dzielnicach, szukając wyrwy w pożarach, która pozwoliłaby jej bezpiecznie lądować. Nie musiała się spieszyć, miała jeszcze czas. Gdy wreszcie osiadła na ziemi, odprawiła miotłę z powrotem w niebo, aby ta czekała w bezpiecznym oddaleniu, nim zaklęcie właścicielki zawezwie ją z powrotem.
Helloise dość było oglądania dramatu z wysokości. Zapragnęła przejść sercem pożogi, zbliżyć się do niej. Przemykała pieszo ulicami miasta trawionego przez ognie. Zewsząd otoczyły ją głosy potępieńcze, raz czy drugi dobiegł jej głuchy huk walącej się w oddali kondygnacji budynku. Jej oczy załzawiły, próbując pozbywać się popiołów wypluwanych z ognistych trzewi. Czuła w gardle drapanie i gorąc, jakby w jej własnym przełyku rósł ogień. Osmolone palce mocno zaciskała na różdżce. Pod jej paznokciami czerniała krew mężczyzny, którego spotkała wcześniej tego wieczora. Wśród natapirowanych włosów poszarzałych od pyłu wciąż błyskały zaplątane kawałki szkła, policzki oblepiały ciemne smugi zaschniętej krwi i sadzy, ochrowa pelerynka straciła swój kolor.
Zatrzymywała się przyczajona tu i tam, aby obserwować ludzi szklistymi oczyma odbijającymi płomienie i cienie zgliszcz. Ludzi przejętych zwierzęcym strachem, ludzi lamentujących nad straconymi dobytkami, ludzi nawołujących swoich ukochanych. Niektórzy uwiajli się pełni zacięcia do niesienia pomocy, inni siedzieli pokurczeni i puści na schodach prowadzących w głąb szkieletów czarnych domów.
Niektórzy gniewni zwrócili się ku atawizmom.
Widziała to w ślepiach bestii, które wyrwały kobietę z jednej z kamienic. Wytargały na bruk, rzuciły jak szmacianą lalkę, osaczyły, przygotowując się na żer. Ich grubo ciosane mordy ściągała nienawiść ślepego dzikusa, którego to wzburzenie odarło z honoru, w jaki obłudnie stroił się na co dzień. Dzikus odarł więc z szat kobietę, pękły z jękiem szwy sukni, a pod spodem ukazało się białe ciało. I widziała Helloise, że to tylko bardziej ich rozwścieczyło: czystość i piękno odartej czarownicy milcząco przypominało oszalałemu zwierzęciu, że jest niższym. Ta kobieta należała do orszaku ulubienic Matki, ją Matka ocaliła od ognia, który ich miał oczyścić i uczynić doskonalszymi. Lecz niepojętym jest dla bestii plan boski, nie rozumie oszalała trzoda doniosłości swojej roli. Zdecydowali, wymieniając swe nieludzkie okrzyki, że dobro należy pokalać, aby stało się im podobne. Znali tylko świat na kolanach, więc i kobietę posłali na kolana. Wyciągnęli po nią łapy, ucztowali na jej błaganiach i szamotaninie, gdy próbowała opierać się losowi, jaki jej szykowali: naznaczyć jak bydło, upodlić, odrzeć z godności i posilić się nią, a może skonsumowanie jej przyda im trochę tej godności.
Helloise wyciągnęła spomiędzy fałd swojej szaty trójkątny kawał szkła okryty brunatną szmatą, który zabrała z podłogi chaty. Odsłoniła szpic, owinęła podstawę grubo materiałem, nim zacisnęła na niej wolną dłoń, jak i bestia zaciskała swoją na rękojeści noża mającego ryć w ciele czystokrwistej czarownicy. Mieczem wojujesz, od miecza zginiesz.
Gdy do sceny dołączyła nowa kobieta, Scarlett, która cisnęła ku jednemu z mugolaków mocne zaklęcie, Helloise ujrzała w tym znak. Wyszła z ukrycia z wyciągniętą różdżką, aby od razu spróbować unieszkodliwić kolejnego z napastników.
Rzut na kształtowanie. Helloise próbuje wyczarować pędy, które spętają jednego z mugolaków.
Rzut N 1d100 - 65
Sukces!
Sukces!
dotknij trawy