09.04.2025, 22:45 ✶
Teoretycznie mieli jasność, prawda? Nigdy nie rozmawiali aż tak dokładnie na temat tego, na czym polega ta ich rzekoma klątwa, ale byli związani w ten sam sposób. Obustronnie. Tak samo.
Zatem nie wątpił, by którekolwiek z nich rzucało słowa na wiatr. On wiedział, że nigdy by jej z nikim nie pomylił. Nikt by go nie zwiódł. Ona czuła to ze swojej strony w stosunku do niego, też by to rozpoznała. Zdawała sobie sprawę z tego, o czym mówił, więc tu mieli jasność, tak? Przynajmniej część obaw do odsunięcia? To nie mogło być tak proste...
...i niestety nie było.
- Rozumiem - przytaknął prosto, najprościej jak tylko się dało, wbijając wzrok w twarz Geraldine. - Mi też próbował mieszać w głowie - nie musiał jej tego przypominać, szczególnie, że poniekąd właśnie z tego faktu wynikała znaczna część jej obaw.
Aż nazbyt dobrze wiedział, jakie to było wrażenie. A przecież miał z tym do czynienia w znacznie mniejszym stopniu. Demon nie atakował go raz za razem. Zrobił to wyłącznie jednokrotnie. Jednakże tyle w zupełności wystarczyło, żeby sprawić, że Ambroise w dalszym ciągu czuł się zbrukany. Wzięty przymusem, ogarnięty tamtym wrażeniem w taki sposób, że nawet wtedy, gdy zniknęło, nie odeszło na zawsze.
Pamiętał o tym. Może niemal praktycznie w całości wrócił do swojej dawnej postawy. W pewnym sensie wyszedł stamtąd dokładnie tak jak już kiedyś mówił: razem, na nowo zaczynając odnajdywać się w tym, co wydawało mu się, że bezpowrotnie utracił. Tego dnia już po prostu będąc szczęśliwszym człowiekiem niż wtedy pod koniec sierpnia.
Ale tak. Wydawało mu się, że rozumie, do czego pije dziewczyna. Ich doświadczenia nie były takie same. Jej było gorsze, bardziej wszechogarniające, sięgało głębiej. Do samych podstaw. Ku najbardziej parszywym lękom i obawom. Jednak w pewnym sensie czuł, że może się tego domyślać. Próbował to rozumieć. Naprawdę się starał. Tak wczoraj w nocy jak i w tej chwili.
Dlatego z nią rozmawiał, prawda? Musiała zdawać sobie sprawę z tego, że w innym wypadku nie poruszyłby tego tematu. Nie mówiłby o tym wszystkim, bo nigdy nie miał skłonności do tego, żeby się uzewnętrzniać. Raczej chował w sobie te wszystkie odczucia. Z zewnątrz starał się pozostawać na nie niewrażliwy. Sprawiać wrażenie, jakby ledwie go to liznęło. Ot, woda spływająca po kaczce.
Jednakże nie tego dnia. Dziś ją do siebie przytulał. Obejmował Yaxleyównę ramieniem, pozwalając jej leżeć mu na piersi i gładząc palcami skórę dziewczyny. I dziś z nią rozmawiał. Spokojnie, wyjątkowo łagodnie i opanowanie. Miał wrażenie, że w pewnym sensie całkiem wyrozumiale. Tak samo jak na początku zeszłego wieczoru, zanim wszystko się zjebało.
Dziś nie miało. Dzisiaj zamierzał być swoją najbardziej opanowaną wersją. Nie tylko nie chcąc popsuć im ich idealnego dnia, lecz także trwając przy tym postanowieniu, że będzie z nią szczery, jednocześnie dając jej taryfę ulgową, nawet jeśli żadnej u niego nie potrzebowała.
Mimo wszystko chciał rozmawiać. Mieli tak wiele tematów do poruszenia, że nie dało się tego uniknąć. A teraz mieli szansę zamknąć choć jeden. Przynajmniej wstępnie. Częściowo. Zrzucić z siebie chociaż fragment ciężaru. Oddalić przynajmniej kawałek obaw.
- Skoro zajęliśmy się tą jedną jedyną sprawą, która mogła to tak, teraz już tak - kiwnął głową po chwili namysłu, moment później znowu otwierając usta i...
...no cóż, zupełnie nie zamierzając powstrzymywać się przy tym przed drugą częścią przekazu.
- W takim razie możemy przejść do kwestii odzyskania połowy domu? - Tak, to było wyjątkowo szybko jak ma takie pytania, ale przecież go znała.
Mogła się tego spodziewać. Rzadko kiedy robił podchody, gdy w grę wchodziło coś tak istotnego jak sprawy do załatwienia. Poza remontem przydałoby się jeszcze zająć paroma innymi rzeczami, do których potrzebował co najmniej upoważnienia. A skoro całkowicie wykluczyli już opcję umierania przez najbliższe lata to raczej naprawdę chciał odzyskać i te prawa.
- Tak jak mówiłem - ochrząknął znacząco w ramach przypomnienia - moja rola polega na tym, żeby ci to umożliwić - przypomniał bardzo usłużnie jak na niego, rzecz jasna, spiesząc z jakże kreatywnym rozwinięciem. - Choćby po to, żebyś miała ze cztery... ...no, niech będzie z pięć... ...z pięć lat na bycie tym kuguarem. Uwodzicielską rodzynką. Ewentualnie na danie się wrobić w powtórne małżeństwo, które uświadomi ci, jakie miałaś szczęście ze mną - stwierdził bez namysłu, nawet nie próbując powstrzymać drżenia kącików ust, tylko po prostu szeroko się uśmiechając.
Oczywiście, tak naprawdę raczej sobie tego nie wyobrażał. Nie planował umierać w najbliższym czasie. Nie widział też opcji, wedle której jego kobieta byłaby czyjąś inną. Czy to za jego życia, czy nawet po śmierci. Rościł sobie prawa do bycia dokładnie tym, kim powinien dla niej być: jedyną, największą miłością. To działało w obie strony. Było bezsprzeczne i nie do podważenia.
Co prawda jednocześnie chciał, żeby była szczęśliwa także bez niego, ale z pewnością istniały inne sposoby niż ten konkretny, o którym teraz żartował, prawda? Szczególnie, gdy już było się starym i spełnionym życiowo, bo przecież właśnie do tego zmierzali.
Mieli spędzić ze sobą kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata. Nie chciał zakładać, ile tak właściwie. Już nie. Wolał tego nie robić, żyjąc w bardzo burzliwych czasach, ale nie wyobrażał sobie, by miało to trwać żałośnie krótko. Nie po tym, co przeszli. Nie przy tym, co dopiero zaczęli odzyskiwać.
Życie było kapryśne, brutalne, lubiło śmiać się prosto w twarz. Akurat oni wiedzieli o tym całkiem dużo. Prawdę mówiąc, najpewniej znacznie więcej od większości ludzi wiodących trochę inny, mniej chaotyczny tryb życia od nich.
Nie dało się ukryć, że oboje nie należeli do osób zajmujących się samymi bezpiecznymi sprawami. To znacząco wywindowywało ich szanse na to, że stanie się coś nieoczekiwanego.
- Zawsze włazisz - stwierdził bez ogródek, nawet nie zmieniając tonu głosu, w którym brzmiała po prostu neutralność. - Zdziwiłoby mnie, gdybyś nagle przestała włazić. To twój zawód - ot, stwierdzenie faktu, bo przecież ją znał i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że odwiedzała różne, najróżniejsze miejsca.
Rzadziej niż częściej nawet zdarzało mu się jej towarzyszyć. Tym samym, chcąc nie chcąc miał przynajmniej częściowy ogląd na sytuację. Wiedział, czym zajmuje się jego dziewczyna. Poniekąd ściągnięcie sobie czegoś na głowę było częścią ryzyka zawodowego, jakie podejmowała za każdym razem. Trafiła w złe miejsce o złym czasie. To mógł być każdy, kto zajmował się czymś choć trochę podobnym. Nie należało się o to obwiniać. To ona niemalże była tu ofiarą.
Jednakże nie zamierzał mówić tego na głos. Miał za to coś innego do dodania. Coś, przy czym całkiem lekko wzruszył ramionami.
- Prawdę mówiąc - bo przecież ustalili, że będą ze sobą szczerzy - to nie aż taka znowu głupota. Brawura? Może tak, ale głupota? Nie powiedziałabym. Robiłem znacznie... ...cóż... ...szacując szanse wywołania demona, opętania i innych atrakcji tego typu to... ...głupsze rzeczy. Znacznie, znacznie głupsze rzeczy. W twoim wypadku to był wypadek przy pracy. Z gatunku takich, jakie raczej nie zdarzają się zbyt często, ale nie ściągnęłaś tego na siebie celowo. To nie była twoja głupota - mógł nie znać całej historii, ale miał akurat tę pewność.
Jego dziewczyna zachowywała się pochopnie, ale nie była głupia. Nie chodziłaby po jaskiniach z pochodniami, czytając inskrypcje po łacinie i żartując sobie z możliwości wywołania jakiegoś bytu. Nie tłukłaby przypadkowych zapieczętowanych garnców dla zabawy. Nie zachowywałaby się w sposób, który mógłby uczynić ją całkowicie i niezaprzeczalnie odpowiedzialną za doznane krzywdy.
Nie była z gatunku tych osób. On też nie. Dlatego był tego pewien. Abstrahując od tego, że łacina była jej raczej obca.
Słysząc kolejne słowa Yaxleyówny, odruchowo parsknął pod nosem, dopiero w tym momencie zdając sobie sprawę z tego, że rzeczywiście tak to brzmiało. Zupełnie, jakby zamierzał ciągać ze sobą Rookwooda wszędzie. Poniekąd w tej chwili nawet zaciągając go do ich łóżka. No, pięknie. Naprawdę pięknie. Szczególnie, że słyszał ton głosu Geraldine.
- Rookie jest w porządku. Szczególnie bez Alice - prawdopodobnie nie mógłby być bardziej jasny w przekazie, który towarzyszył tej ostatniej wtrętce, ale jednocześnie wydawało mu się, że powinien uściślić to jeszcze bardziej. - Adelais Farley - potrzebował mówić więcej?
Nie wydawało mu się. Mogli z Geraldine przez lata nie skojarzyć się z tamtymi dzieciakami, jakimi byli w czasach szkolnych. Było to ich osobistym zonkiem. Czymś idealnie nadającym się na anegdotę, szczególnie że później kurwił na te same fajki, jakimi ją wtedy częstował. A jednak nie wydawało mu się, że rzucając tym konkretnym imieniem i nazwiskiem miał otrzymać pytające, skonfundowane spojrzenie.
Adelais Farley była Gryfonką. Jasne, starszą od jego dziewczyny, bo dzielącą rocznik z Ambroisem, jednak w tym całym żmijowatym jestestwie zaznaczała swoją obecność we wszystkich rocznikach. Tych mających okazję poznać ją jako młodszą oraz tych, dla których była starszą koleżanką. Energiczna, roześmiana, promienna, pełna dziewczęcego uroku. Większość z tych ludzi szczerze ją uwielbiała.
Tyle tylko, że byli jeszcze ci drudzy. On bez wątpienia się do nich zaliczał. Dla niego to była żmija. Po prostu żmija.
Z pewnością dawała się zapamiętać. Mógł tylko wyrokować, jako kogo potencjalnie zapamiętała ją Rina, ale nie sądził, by się mylił. Geraldine, jak i on miała nosa do ludzi. Co prawda ewidentnie nie zawsze temu zawierzała, co latami było dla niego kwestią do rozwiązania. Poczucie własnej wartości i te sprawy.
Miała cholernie rozwiniętą percepcję. W stosunku do ludzi także, ale z jakiegoś przedziwnego powodu czasami temu nie ufała. Nietrafiony wybór kompanów do starcia w jaskini był jednak właśnie tym: niechlubnym wyjątkiem świadczącym o tym jak źle wtedy było. Niczym więcej. Oboje dosyć mocno pogubili się przez ten cały czas. Świadczyły o tym nawet ich własne rozmowy. Stosunki w momencie zjawienia się w Snowdonii. Rzekomy brak zaufania.
Oczywiście, że widział, ile tak naprawdę dostrzegała. Ostatnio dodatkowo dowiadując się o czymś, co poniekąd na kilka naprawdę długich chwil rozłożyło go na łopatki. Wprawiło go w konsternację, później w coś na kształt gniewu i frustracji. Bo czemu do kurwy nędzy mu o tym nie powiedziała?
Tak czy inaczej, raczej nie wątpił w to, że w takim wypadku instynktownie wiedziałaby, z kim ma do czynienia. Nawet, jeśli nie podpadłaby tej pannie, co było całkiem prawdopodobne. Jeżeli podpadła jemu, zdecydowanie mogła podpaść też Alice. Tak czy siak, wydawało mu się bardziej niż pewne, że w jakimś stopniu miało jej to trochę rozjaśnić sytuację.
- Zresztą. Myślę, że gdybyście zaczęli trochę inaczej, moglibyście się całkiem nieźle dogadać - stwierdził mimo tego, że zdawał sobie sprawę z tego, jakie mogło to wywołać kontrowersje w ich rozmowie. - Na stopie zawodowej, wiesz - bowiem pod czysto towarzyskim kątem to było już dosyć podchwytliwe.
Z drugiej strony, skoro w mniejszym lub większym stopniu dogadywała się z resztą jego najbliższego towarzystwa to raczej bez problemu porozumiałaby się także z Aloysiusem. Tyle tylko, że nie w okolicznościach, które zaistniały. W nich nawet on miał kosę ze swoim własnym przyjacielem.
Być może niespecjalnie to okazywali, ale mieli sobie sporo do wyjaśnienia. Tyle tylko, że w lepszych okolicznościach niż te ostatnio. Może przy okazji zajmowania się odwykiem Astarotha, o ile Rookwood w ogóle zamierzał zgodzić się na to, aby ich w tym wesprzeć. Teoretycznie Greengrass nie wątpił, że tak, ale zawsze było te kilka procent niepewności do czasu zadania pytania.
To nie był ten sam przypadek, co jego ostatnie półtora roku. To było piętnaście lat okazjonalnego korespondowania. Znali się, miał zaufanie do przyjaciela, ale zawsze musiał brać pod uwagę to, że ten może mieć już swoje zobowiązania. Planował o nie po prostu spytać, jednak nie dziś. Prawdopodobnie pod koniec tygodnia, bo teraz...
...teraz skupiał się na czymś innym. Miał znacznie przyjemniejsze kwestie do rozwiązania.
Parsknął po raz kolejny, wymownie przenosząc wzrok w kierunku sufitu i nabierając powietrza przez nos. Jasne. W porządku. Mógł się domyślić, ale nie zamierzał formułować swojego zdania na głos. Skoro już tak sobie pogrywali...
- Czekaj, czekaj. Nie próbujesz się teraz wycofać - groził, zdecydowanie groził, nie pytał.
Nawet jeśli teoretycznie użył tylko tego nieznacznie oburzonego tonu, zdecydowanie nie było tam znaku zapytania. Nie. Jednocześnie całkowicie perfidnie zarzucał jej chęć wycofania się z ich paktu i dawał dziewczynie do zrozumienia, jak małe szanse ma, aby to zrobić.
Groźby nie miały nic zmienić. Umowa została przyklepana. Ewidentnie musiał wrócić do twardego egzekwowania warunków.
- Oboma na raz? - Odbił bez chwili zawahania, nieznacznie wzruszając ramionami. - Jestem pośrednikiem. Przekazywanie rzeczy to moja rola. Swoje też wypada załatwiać osobiście, nie uważasz? - Raczej nie mogła mieć tu specjalnie innego zdania, chociaż ten temat zaliczał się do grona dosyć kontrowersyjnych.
Tych, do których rozwijania nigdy nie miał szczególnych tendencji. Zresztą nie bez przyczyny. O tym też już kiedyś rozmawiali. Nie miał problemu z jasnym określaniem tego, na czym polega ta jego dodatkowa fucha. Nigdy nie robił z tego tajemnicy. Geraldine praktycznie od samego początku to wiedziała. Tyle tylko, że jednocześnie nigdy nie wchodził z nią w to głębiej.
Nawet mając świadomość tego, że w tym momencie to, co mu powiedziała zabrzmiało odrobinę zbyt prawdziwie. Za bardzo realistycznie. Już nie do końca jak żarty o cyrografach a jak całkiem brutalna prawda. Posłańcom cholernie często się dostawało. Częściej niż tym, którzy tylko podpisywali umowy i zlecenia.
Liczył jednak, że w tym momencie wyłącznie on zwrócił na to uwagę. Jego odpowiedź zabrzmiała lekko, gładko. Raczej nie dawał im powodów do specjalnego roztrząsania tego, co kryje się pod spodem.
Zaraz zresztą zeszli z tego wzajemnego przerzucania się twierdzeniami dotyczącymi ich rzekomego podpisania (bądź też nie) paktu i ewentualnych konsekwencji przekazywania informacji jako osoba nim związana (ponownie - bądź też nie) sprowadzając to wszystko do jednej konkluzji: jego dziewczyna była śmiertelnie urocza.
No i bez wątpienia niebezpieczna?
- Aconitum napellus. Już kiedyś o tym rozmawialiśmy, pamiętasz? - Odpowiedział gładko, wracając myślami do tamtego dnia...
...a właściwie to do wieczoru. Do fontanny szumiącej za plecami, przytłumionych świateł, ciepłego powiewu wiatru i atmosfery, która może trochę zbyt mocno utrudniała im skupianie się na rozmowie. Być może to wcale nie było takie dziwne, jeśli tego nie zapamiętała.
- Akonit. Tojad. Piękna, urocza roślinka. Potrafi być śmiertelnie trująca - skoro już powiedział a, oczywiście, że pokusił się o dalsze wyjaśnienia.
Musiała mu to wybaczyć. Znana przypadłość, prawda?
Zatem nie wątpił, by którekolwiek z nich rzucało słowa na wiatr. On wiedział, że nigdy by jej z nikim nie pomylił. Nikt by go nie zwiódł. Ona czuła to ze swojej strony w stosunku do niego, też by to rozpoznała. Zdawała sobie sprawę z tego, o czym mówił, więc tu mieli jasność, tak? Przynajmniej część obaw do odsunięcia? To nie mogło być tak proste...
...i niestety nie było.
- Rozumiem - przytaknął prosto, najprościej jak tylko się dało, wbijając wzrok w twarz Geraldine. - Mi też próbował mieszać w głowie - nie musiał jej tego przypominać, szczególnie, że poniekąd właśnie z tego faktu wynikała znaczna część jej obaw.
Aż nazbyt dobrze wiedział, jakie to było wrażenie. A przecież miał z tym do czynienia w znacznie mniejszym stopniu. Demon nie atakował go raz za razem. Zrobił to wyłącznie jednokrotnie. Jednakże tyle w zupełności wystarczyło, żeby sprawić, że Ambroise w dalszym ciągu czuł się zbrukany. Wzięty przymusem, ogarnięty tamtym wrażeniem w taki sposób, że nawet wtedy, gdy zniknęło, nie odeszło na zawsze.
Pamiętał o tym. Może niemal praktycznie w całości wrócił do swojej dawnej postawy. W pewnym sensie wyszedł stamtąd dokładnie tak jak już kiedyś mówił: razem, na nowo zaczynając odnajdywać się w tym, co wydawało mu się, że bezpowrotnie utracił. Tego dnia już po prostu będąc szczęśliwszym człowiekiem niż wtedy pod koniec sierpnia.
Ale tak. Wydawało mu się, że rozumie, do czego pije dziewczyna. Ich doświadczenia nie były takie same. Jej było gorsze, bardziej wszechogarniające, sięgało głębiej. Do samych podstaw. Ku najbardziej parszywym lękom i obawom. Jednak w pewnym sensie czuł, że może się tego domyślać. Próbował to rozumieć. Naprawdę się starał. Tak wczoraj w nocy jak i w tej chwili.
Dlatego z nią rozmawiał, prawda? Musiała zdawać sobie sprawę z tego, że w innym wypadku nie poruszyłby tego tematu. Nie mówiłby o tym wszystkim, bo nigdy nie miał skłonności do tego, żeby się uzewnętrzniać. Raczej chował w sobie te wszystkie odczucia. Z zewnątrz starał się pozostawać na nie niewrażliwy. Sprawiać wrażenie, jakby ledwie go to liznęło. Ot, woda spływająca po kaczce.
Jednakże nie tego dnia. Dziś ją do siebie przytulał. Obejmował Yaxleyównę ramieniem, pozwalając jej leżeć mu na piersi i gładząc palcami skórę dziewczyny. I dziś z nią rozmawiał. Spokojnie, wyjątkowo łagodnie i opanowanie. Miał wrażenie, że w pewnym sensie całkiem wyrozumiale. Tak samo jak na początku zeszłego wieczoru, zanim wszystko się zjebało.
Dziś nie miało. Dzisiaj zamierzał być swoją najbardziej opanowaną wersją. Nie tylko nie chcąc popsuć im ich idealnego dnia, lecz także trwając przy tym postanowieniu, że będzie z nią szczery, jednocześnie dając jej taryfę ulgową, nawet jeśli żadnej u niego nie potrzebowała.
Mimo wszystko chciał rozmawiać. Mieli tak wiele tematów do poruszenia, że nie dało się tego uniknąć. A teraz mieli szansę zamknąć choć jeden. Przynajmniej wstępnie. Częściowo. Zrzucić z siebie chociaż fragment ciężaru. Oddalić przynajmniej kawałek obaw.
- Skoro zajęliśmy się tą jedną jedyną sprawą, która mogła to tak, teraz już tak - kiwnął głową po chwili namysłu, moment później znowu otwierając usta i...
...no cóż, zupełnie nie zamierzając powstrzymywać się przy tym przed drugą częścią przekazu.
- W takim razie możemy przejść do kwestii odzyskania połowy domu? - Tak, to było wyjątkowo szybko jak ma takie pytania, ale przecież go znała.
Mogła się tego spodziewać. Rzadko kiedy robił podchody, gdy w grę wchodziło coś tak istotnego jak sprawy do załatwienia. Poza remontem przydałoby się jeszcze zająć paroma innymi rzeczami, do których potrzebował co najmniej upoważnienia. A skoro całkowicie wykluczyli już opcję umierania przez najbliższe lata to raczej naprawdę chciał odzyskać i te prawa.
- Tak jak mówiłem - ochrząknął znacząco w ramach przypomnienia - moja rola polega na tym, żeby ci to umożliwić - przypomniał bardzo usłużnie jak na niego, rzecz jasna, spiesząc z jakże kreatywnym rozwinięciem. - Choćby po to, żebyś miała ze cztery... ...no, niech będzie z pięć... ...z pięć lat na bycie tym kuguarem. Uwodzicielską rodzynką. Ewentualnie na danie się wrobić w powtórne małżeństwo, które uświadomi ci, jakie miałaś szczęście ze mną - stwierdził bez namysłu, nawet nie próbując powstrzymać drżenia kącików ust, tylko po prostu szeroko się uśmiechając.
Oczywiście, tak naprawdę raczej sobie tego nie wyobrażał. Nie planował umierać w najbliższym czasie. Nie widział też opcji, wedle której jego kobieta byłaby czyjąś inną. Czy to za jego życia, czy nawet po śmierci. Rościł sobie prawa do bycia dokładnie tym, kim powinien dla niej być: jedyną, największą miłością. To działało w obie strony. Było bezsprzeczne i nie do podważenia.
Co prawda jednocześnie chciał, żeby była szczęśliwa także bez niego, ale z pewnością istniały inne sposoby niż ten konkretny, o którym teraz żartował, prawda? Szczególnie, gdy już było się starym i spełnionym życiowo, bo przecież właśnie do tego zmierzali.
Mieli spędzić ze sobą kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata. Nie chciał zakładać, ile tak właściwie. Już nie. Wolał tego nie robić, żyjąc w bardzo burzliwych czasach, ale nie wyobrażał sobie, by miało to trwać żałośnie krótko. Nie po tym, co przeszli. Nie przy tym, co dopiero zaczęli odzyskiwać.
Życie było kapryśne, brutalne, lubiło śmiać się prosto w twarz. Akurat oni wiedzieli o tym całkiem dużo. Prawdę mówiąc, najpewniej znacznie więcej od większości ludzi wiodących trochę inny, mniej chaotyczny tryb życia od nich.
Nie dało się ukryć, że oboje nie należeli do osób zajmujących się samymi bezpiecznymi sprawami. To znacząco wywindowywało ich szanse na to, że stanie się coś nieoczekiwanego.
- Zawsze włazisz - stwierdził bez ogródek, nawet nie zmieniając tonu głosu, w którym brzmiała po prostu neutralność. - Zdziwiłoby mnie, gdybyś nagle przestała włazić. To twój zawód - ot, stwierdzenie faktu, bo przecież ją znał i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że odwiedzała różne, najróżniejsze miejsca.
Rzadziej niż częściej nawet zdarzało mu się jej towarzyszyć. Tym samym, chcąc nie chcąc miał przynajmniej częściowy ogląd na sytuację. Wiedział, czym zajmuje się jego dziewczyna. Poniekąd ściągnięcie sobie czegoś na głowę było częścią ryzyka zawodowego, jakie podejmowała za każdym razem. Trafiła w złe miejsce o złym czasie. To mógł być każdy, kto zajmował się czymś choć trochę podobnym. Nie należało się o to obwiniać. To ona niemalże była tu ofiarą.
Jednakże nie zamierzał mówić tego na głos. Miał za to coś innego do dodania. Coś, przy czym całkiem lekko wzruszył ramionami.
- Prawdę mówiąc - bo przecież ustalili, że będą ze sobą szczerzy - to nie aż taka znowu głupota. Brawura? Może tak, ale głupota? Nie powiedziałabym. Robiłem znacznie... ...cóż... ...szacując szanse wywołania demona, opętania i innych atrakcji tego typu to... ...głupsze rzeczy. Znacznie, znacznie głupsze rzeczy. W twoim wypadku to był wypadek przy pracy. Z gatunku takich, jakie raczej nie zdarzają się zbyt często, ale nie ściągnęłaś tego na siebie celowo. To nie była twoja głupota - mógł nie znać całej historii, ale miał akurat tę pewność.
Jego dziewczyna zachowywała się pochopnie, ale nie była głupia. Nie chodziłaby po jaskiniach z pochodniami, czytając inskrypcje po łacinie i żartując sobie z możliwości wywołania jakiegoś bytu. Nie tłukłaby przypadkowych zapieczętowanych garnców dla zabawy. Nie zachowywałaby się w sposób, który mógłby uczynić ją całkowicie i niezaprzeczalnie odpowiedzialną za doznane krzywdy.
Nie była z gatunku tych osób. On też nie. Dlatego był tego pewien. Abstrahując od tego, że łacina była jej raczej obca.
Słysząc kolejne słowa Yaxleyówny, odruchowo parsknął pod nosem, dopiero w tym momencie zdając sobie sprawę z tego, że rzeczywiście tak to brzmiało. Zupełnie, jakby zamierzał ciągać ze sobą Rookwooda wszędzie. Poniekąd w tej chwili nawet zaciągając go do ich łóżka. No, pięknie. Naprawdę pięknie. Szczególnie, że słyszał ton głosu Geraldine.
- Rookie jest w porządku. Szczególnie bez Alice - prawdopodobnie nie mógłby być bardziej jasny w przekazie, który towarzyszył tej ostatniej wtrętce, ale jednocześnie wydawało mu się, że powinien uściślić to jeszcze bardziej. - Adelais Farley - potrzebował mówić więcej?
Nie wydawało mu się. Mogli z Geraldine przez lata nie skojarzyć się z tamtymi dzieciakami, jakimi byli w czasach szkolnych. Było to ich osobistym zonkiem. Czymś idealnie nadającym się na anegdotę, szczególnie że później kurwił na te same fajki, jakimi ją wtedy częstował. A jednak nie wydawało mu się, że rzucając tym konkretnym imieniem i nazwiskiem miał otrzymać pytające, skonfundowane spojrzenie.
Adelais Farley była Gryfonką. Jasne, starszą od jego dziewczyny, bo dzielącą rocznik z Ambroisem, jednak w tym całym żmijowatym jestestwie zaznaczała swoją obecność we wszystkich rocznikach. Tych mających okazję poznać ją jako młodszą oraz tych, dla których była starszą koleżanką. Energiczna, roześmiana, promienna, pełna dziewczęcego uroku. Większość z tych ludzi szczerze ją uwielbiała.
Tyle tylko, że byli jeszcze ci drudzy. On bez wątpienia się do nich zaliczał. Dla niego to była żmija. Po prostu żmija.
Z pewnością dawała się zapamiętać. Mógł tylko wyrokować, jako kogo potencjalnie zapamiętała ją Rina, ale nie sądził, by się mylił. Geraldine, jak i on miała nosa do ludzi. Co prawda ewidentnie nie zawsze temu zawierzała, co latami było dla niego kwestią do rozwiązania. Poczucie własnej wartości i te sprawy.
Miała cholernie rozwiniętą percepcję. W stosunku do ludzi także, ale z jakiegoś przedziwnego powodu czasami temu nie ufała. Nietrafiony wybór kompanów do starcia w jaskini był jednak właśnie tym: niechlubnym wyjątkiem świadczącym o tym jak źle wtedy było. Niczym więcej. Oboje dosyć mocno pogubili się przez ten cały czas. Świadczyły o tym nawet ich własne rozmowy. Stosunki w momencie zjawienia się w Snowdonii. Rzekomy brak zaufania.
Oczywiście, że widział, ile tak naprawdę dostrzegała. Ostatnio dodatkowo dowiadując się o czymś, co poniekąd na kilka naprawdę długich chwil rozłożyło go na łopatki. Wprawiło go w konsternację, później w coś na kształt gniewu i frustracji. Bo czemu do kurwy nędzy mu o tym nie powiedziała?
Tak czy inaczej, raczej nie wątpił w to, że w takim wypadku instynktownie wiedziałaby, z kim ma do czynienia. Nawet, jeśli nie podpadłaby tej pannie, co było całkiem prawdopodobne. Jeżeli podpadła jemu, zdecydowanie mogła podpaść też Alice. Tak czy siak, wydawało mu się bardziej niż pewne, że w jakimś stopniu miało jej to trochę rozjaśnić sytuację.
- Zresztą. Myślę, że gdybyście zaczęli trochę inaczej, moglibyście się całkiem nieźle dogadać - stwierdził mimo tego, że zdawał sobie sprawę z tego, jakie mogło to wywołać kontrowersje w ich rozmowie. - Na stopie zawodowej, wiesz - bowiem pod czysto towarzyskim kątem to było już dosyć podchwytliwe.
Z drugiej strony, skoro w mniejszym lub większym stopniu dogadywała się z resztą jego najbliższego towarzystwa to raczej bez problemu porozumiałaby się także z Aloysiusem. Tyle tylko, że nie w okolicznościach, które zaistniały. W nich nawet on miał kosę ze swoim własnym przyjacielem.
Być może niespecjalnie to okazywali, ale mieli sobie sporo do wyjaśnienia. Tyle tylko, że w lepszych okolicznościach niż te ostatnio. Może przy okazji zajmowania się odwykiem Astarotha, o ile Rookwood w ogóle zamierzał zgodzić się na to, aby ich w tym wesprzeć. Teoretycznie Greengrass nie wątpił, że tak, ale zawsze było te kilka procent niepewności do czasu zadania pytania.
To nie był ten sam przypadek, co jego ostatnie półtora roku. To było piętnaście lat okazjonalnego korespondowania. Znali się, miał zaufanie do przyjaciela, ale zawsze musiał brać pod uwagę to, że ten może mieć już swoje zobowiązania. Planował o nie po prostu spytać, jednak nie dziś. Prawdopodobnie pod koniec tygodnia, bo teraz...
...teraz skupiał się na czymś innym. Miał znacznie przyjemniejsze kwestie do rozwiązania.
Parsknął po raz kolejny, wymownie przenosząc wzrok w kierunku sufitu i nabierając powietrza przez nos. Jasne. W porządku. Mógł się domyślić, ale nie zamierzał formułować swojego zdania na głos. Skoro już tak sobie pogrywali...
- Czekaj, czekaj. Nie próbujesz się teraz wycofać - groził, zdecydowanie groził, nie pytał.
Nawet jeśli teoretycznie użył tylko tego nieznacznie oburzonego tonu, zdecydowanie nie było tam znaku zapytania. Nie. Jednocześnie całkowicie perfidnie zarzucał jej chęć wycofania się z ich paktu i dawał dziewczynie do zrozumienia, jak małe szanse ma, aby to zrobić.
Groźby nie miały nic zmienić. Umowa została przyklepana. Ewidentnie musiał wrócić do twardego egzekwowania warunków.
- Oboma na raz? - Odbił bez chwili zawahania, nieznacznie wzruszając ramionami. - Jestem pośrednikiem. Przekazywanie rzeczy to moja rola. Swoje też wypada załatwiać osobiście, nie uważasz? - Raczej nie mogła mieć tu specjalnie innego zdania, chociaż ten temat zaliczał się do grona dosyć kontrowersyjnych.
Tych, do których rozwijania nigdy nie miał szczególnych tendencji. Zresztą nie bez przyczyny. O tym też już kiedyś rozmawiali. Nie miał problemu z jasnym określaniem tego, na czym polega ta jego dodatkowa fucha. Nigdy nie robił z tego tajemnicy. Geraldine praktycznie od samego początku to wiedziała. Tyle tylko, że jednocześnie nigdy nie wchodził z nią w to głębiej.
Nawet mając świadomość tego, że w tym momencie to, co mu powiedziała zabrzmiało odrobinę zbyt prawdziwie. Za bardzo realistycznie. Już nie do końca jak żarty o cyrografach a jak całkiem brutalna prawda. Posłańcom cholernie często się dostawało. Częściej niż tym, którzy tylko podpisywali umowy i zlecenia.
Liczył jednak, że w tym momencie wyłącznie on zwrócił na to uwagę. Jego odpowiedź zabrzmiała lekko, gładko. Raczej nie dawał im powodów do specjalnego roztrząsania tego, co kryje się pod spodem.
Zaraz zresztą zeszli z tego wzajemnego przerzucania się twierdzeniami dotyczącymi ich rzekomego podpisania (bądź też nie) paktu i ewentualnych konsekwencji przekazywania informacji jako osoba nim związana (ponownie - bądź też nie) sprowadzając to wszystko do jednej konkluzji: jego dziewczyna była śmiertelnie urocza.
No i bez wątpienia niebezpieczna?
- Aconitum napellus. Już kiedyś o tym rozmawialiśmy, pamiętasz? - Odpowiedział gładko, wracając myślami do tamtego dnia...
...a właściwie to do wieczoru. Do fontanny szumiącej za plecami, przytłumionych świateł, ciepłego powiewu wiatru i atmosfery, która może trochę zbyt mocno utrudniała im skupianie się na rozmowie. Być może to wcale nie było takie dziwne, jeśli tego nie zapamiętała.
- Akonit. Tojad. Piękna, urocza roślinka. Potrafi być śmiertelnie trująca - skoro już powiedział a, oczywiście, że pokusił się o dalsze wyjaśnienia.
Musiała mu to wybaczyć. Znana przypadłość, prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down