• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B

[8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
10.04.2025, 14:34  ✶  
Brunetka, której imienia nawet nie znałem, wydawała się dziwnie spokojna. Nie wiedziałem, jak powinienem to interpretować - czy była opanowana, czy też może znów odleciała w dysocjację. Nie znałem jej i jej tendencji, nie miałem o niej bladego pojęcia, bo kompletnie przypadkowo stałem się jej ochroną, ale obietnica została złożona - nie miało znaczenia, kim była nieznajoma, bo ja nie zwykłem rzucać słów na wiatr. Liczyło się to, że poprzysięgłem, że nie pozwolę, by ta noc zakończyła się dla niej tragicznie, i tego słowa zamierzałem dotrzymać. Mogłem nie mieć w sobie za wiele empatii, być nieprzesadnie przyjacielski, mieć bardzo giętki kręgosłup moralny, dużo różnych innych tendencji uznawanych za destrukcyjne i niepożądane, ale nie byłem niesłowny. Wiedziałem, że każda minuta w tym piekle mogła być ostatnią - dookoła nas szalał ogień, więc nie zamierzałem krztwoprzysiężyć... Zupełnie tak, jakby ten nagły przejaw heroizmu i człowieczeństwa wobec przypadkowej osoby miał zapewnić mi miejsce na górze, a nie na dole, tak w razie czego... Mhm, no, tak - jasne. Błyskawiczne redemption arc, czy coś, no raczej nie było to dla mnie, ale przynajmniej mogłem podawać, że jestem lepszym człowiekiem, niż w rzeczywistości. Zawsze coś.
Krzyki, dźwięki tłuczonego szkła, huk wybuchów mieszały się z trzaskiem płonących budynków.  Przechodziliśmy obok zniszczonych witryn, w których resztkach szkieł odbijały się płomienie. Powietrze przesiąknięte było dymem, a języki ognia tańczyły na dachach pobliskich budynków. Z każdą chwilą zdawało się, że świat wokół nas staje się coraz bardziej niebezpieczny. Nagle w powietrzu rozległ się ogłuszający huk, potem kolejny, następny i jeszcze jeden - te były wywołane ludzką działalnością, a nie działaniem żywiołu - niektórzy rzucali w powietrze płonące butelki, inni miotali zaklęcia, które miały na celu sianie zniszczenia, atak albo obronę przed agresorami. Z każdą chwilą chaos stawał się coraz bardziej intensywny.
Czułem, jak ciało nieznajomej jeszcze bardziej się napina - nie musiałem nic robić, bo mówiła mi, że wszystko jest w porządku, zgodziła się z moimi słowami, ale nie mogłem pozwolić, by strach całkiem ją ogarnął. Musiałem rozwinąć temat, chociaż mój głos był stłumiony przez chustkę owiniętą wokół mojej twarzy. Miałem nadzieję, że mimo to usłyszy w nim stanowczość. Wiedziałem, że muszę z nią rozmawiać. Po pierwsze, żeby nie pozwolić jej skupić się na panice, która nas otaczała, a po drugie, by zminimalizować długofalowe skutki przeżycia tej nocy. Traumy i koszmary, szczególnie te na jawie pod postacią lęków prześladowczych to paskudna sprawa - coś o tym wiedziałem i nie mogłem na to pozwolić - nie w moim towarzystwie. Zbyt wiele razy widziałem, jak panika zjada ludzi - jak ich rozrywa na strzępy. Czułem, że na plecach mam nie tylko jej ciężar, ale także odpowiedzialność, której nie mogłem zrzucić. Spojrzałem na nią przez ramię, próbując dostrzec jej oczy, które mogłyby zdradzić, jak się czuje.
- Szłuchaj, ja to losumiem. - Rzuciłem, nieco oschle, próbując być tak głośny, żeby mój głos przebił się ponad chaosem. Chociaż wypowiedziane słowa były szorstkie, starałem się, by brzmiały uspokajająco, ponieważ miałem wrażenie, że jej własny spokój był jedynie maską, a pod nią kryła się panika, która mogła ją zjeść żywcem. Naprawdę rozumiałem ten lęk, no, przynajmniej tak mi się wydawało - wiedziałem z praktycznego doświadczenia, że w obliczu chaosu i zagrożenia nie ma nic bardziej przerażającego niż poczucie bezsilności, a ona była bezradna. Zdana na mnie - na obcego człowieka, któremu musiała zaufać. To musiało być trudne, szczególnie, że na ogół ludzie mi nie ufali i to raczej nie bezpodstawnie. Umówmy się - czasy, kiedy mogłem być brany za misia minęły bezpowrotnie, a i wtedy mogłem mieć jakieś... Co najwyżej dwanaście lat, nie więcej. Później przeszedłem przez etap bycia szkolnym dupkiem z drużyny i bufonem z wyższej klasy w jednym. Na koniec zostając tym, kim byłem w tym momencie - osobą, którą miałem szanse pozostać do śmierci. Zwłaszcza mając na uwadze, że ta mogła nadejść nawet już tej nocy.
- I... Nie, twoje obawy nie są ilacjonalne. - Zacząłem, starając się utrzymać spokojny ton, ale jednocześnie mówić głośno, mimo tego, że gardło miałem coraz bardziej zdarte od dymu. - Kaszde obawy mają szwoje podstawy, losumiem to. To, sze powiem, sze on tego nie zlobi, nic nie znaszy. Nie wiem, kim jeszt ten szłowiek, nie widziałem go, nie wiem, co w nim wywołuje twoje lęki, ale biorę je na powasznie. Tylko, sze... Nie spełnią się, pszynajmniej nie dzisiaj. Jutlo tesz nie, ani pojutsze, a póśniej pomyślimy, w posządku? Jeszli nadal usnasz je za zasadne, to będziemy szię tym pszejmowaś, m'kay? - Czułem, że moje słowa, choć trudne do wyartykułowania przez ból w gardle, miały sens.
Zatrzymałem się na moment, by rozejrzeć się dookoła nas. Nigdzie nie było widać bezpiecznego przejścia. Kilka metrów dalej  płonące butelki przelatywały nad głowami ludzi, a w powietrzu czuć było żar, swąd i niemal gryzącą w nos woń strachu. Ogień lizał mury kamienic,  dym unosił się w górę, tworząc złowrogie chmury przysłaniające widok. Przekroczyłem zwalony fragment ściany, kilka cegieł, starając się nie zwolnić kroku, co prawie okazało się błędem, bo niemal wpadłem na kawałek płonącej belki, który znikąd wyrósł mi pod nogami. Przeskoczyłem przez niego w ostatniej chwili, czując, jak ciało kobiety lekko się przesuwa na moich plecach. Spojrzałem za siebie, by ocenić sytuację - całe szczęście, nic się nie stało.
Wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać. Musiałem dotrzeć do bezpiecznego miejsca, zanim ta noc stanie się jeszcze bardziej nieprzewidywalna.
- Ofelowano mi loda, to na pewno, tak własiwie, nie zliszę, ile razy, tak, ale... Lisaka? Nie, nie wydaje mi szię. - Odpowiedziałem odruchowo, wciąż na tyle skupiony na drodze, że palnąłem to zupełnie bez zastanowienia, nie myśląc o tym, co mówię, ani nie przyswajając znaczenia moich własnych słów - na domiar wszystkiego, prawie od razu wyrzuciłem je z głowy, chociaż w innych okolicznościach prawdopodobnie, szczególnie przy tej konkretnej kobiecie, nawet mnie by to zażenowało. Był to humor niskich lotów, który nie pasował do ludzi tej klasy, ani do poziomu naszej relacji, która nie istniała, poza tą nocą i jeszcze jednym spotkaniem, ani tak właściwie to do... Niczego, poza wrażeniem troglodyty, które usiłowałem sprawiać, kiedy to wydawało mi się wygodne - bo nie teraz. Teraz zrobiłem to nieświadomie.
Zaraz po moich słowach usłyszałem głośny wybuch. Mój instynkt kazał mi przytrzymać ją mocniej, nie obracać się w tamtym kierunku, tylko przyspieszyć kroku, by ominąć bokiem zbliżającą się grupę agresywnych mężczyzn, którzy rzucali płonącymi butelkami w tłum. Zobaczyłem, jak jeden z nich unosi rękę, a w jej dłoni zalśnił zapalony prowizoryczny lont. Moja prawa ręka automatycznie zsunęła się w dół i zacisnęła się na łydce kobiety, tuż obok kieszeni skórzanej kurtki - mimo tego, że zdawałem sobie sprawę z bezsensowności tego posunięcia, bo i tak nie zdążyłbym sięgnąć po różdżkę, utrzymać nieznajomej, rzucić zaklęcia i uniknąć uderzenia. Należało się wycofać - szybko przeszukałem myślami wszystkie możliwe trasy, które mogłyby nas wyprowadzić z tego piekła. Mimo, że czułem na sobie wzrok przerażonych twarzy, które mijały nas w panice, chyba oczekując wsparcia, nie mogłem pozwolić sobie na wahanie. Musiałem znaleźć inną drogę, więc zboczyłem w bok, prowadząc nas w stronę wąskiej alejki.
Dokładnie w momencie, w którym zrobiłem krok w stronę ciemnej uliczki, drzwi pobliskiego sklepu otworzyły się z hukiem. W środku stał mężczyzna, wołając o pomoc - jego twarz była pokryta brudem i krwią, wymachiwał rękami, wskazując energicznie, prawie panicznie, na coś wewnątrz. Jego słowa były zniekształcone przez wszechobecny hałas. Słyszałem jak ludzie w tłumie wołają o pomoc, jak krzyczą, by ratować swoich bliskich. Odwróciłem wzrok - spojrzałem przed siebie, nie chcąc dać się ponieść emocjom. Znałem te ulice, znałem ten świat. Żyłem w nim przez długi czas, jeszcze jako inna osoba, trudno było patrzeć na to, co się dzieje, ale teraz, w obliczu ognia i zniszczenia, musiałem wykazać się zimną krwią.
Wziąłem głęboki oddech, starając się nie myśleć o tym, co zostawiamy za sobą. Znałem tę nową część miasta, jak własną kieszeń, ale nigdy nie widziałem jej w takim stanie. Spróbowałem skupić się wokół jednego celu - kostnicy w ministerstwie magii. To było jedyne miejsce, gdzie mogłem zostawić moją towarzyszkę, a sam zniknąć w cieniu, i powoli się do niego zbliżaliśmy, prowadząc całkiem interesującą rozmowę do momentu, kiedy...
Zamarłem - coś w jej głosie sprawiło, że poczułem, jak moje serce na moment przestaje bić. Zmrużyłem oczy, próbując się skupić. To była pułapka - wiedziałem o tym. Wciągnąłem powietrze, starając się zignorować dym, który wdzierał się w płuca. Rozmawialiśmy całkiem luźno, wydawało mi się, że potrafię być otwarty, a ona odpowiadała mi z zadziwiającym spokojem, ale te jej ostatnie słowa wytrąciły mnie z rytmu. W mojej głowie natychmiast zapaliła się lampka ostrzegawcza. Musiałem się skupić, brać na  siebie ciężar tej sytuacji, ale to, co powiedziała, sprawiło, że poczułem, jak moja twarz sztywnieje, a mięśnie twardnieją i napinają się. To zdanie wywołało we mnie falę niechęci. Kłopoty - właśnie w nie wpadłem i skończyłem niosąc ją przez ten cały pierdolnik, nie potrzebowałem kolejnych. Nie zamierzałem znów przechodzić przez ten sam piekielny cykl. Pomagałem jej, bo tak mi się wydawało, że powinienem uczynić - związałem nasze losy, może w jakimś sensie szukałem odskoczni od własnych demonów. Redemption arc - co nie? Tyle, że nie byłem żadnym księciem na białym koniu, a ona nie była damą w opałach. Była po prostu kobietą, która znalazła się w złym miejscu o złym czasie, a ja byłem tym, który postanowił jej pomóc.
- Słuchaj, nie myśl, że jesteś mi potrzebna. To tylko chwilowa sytuacja, ja cię tylko pocieszam. Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo, czego. - Powiedziałem w myślach, chociaż na zewnątrz milczałem, szukając słów do wyartykułowania. Nie odpowiedziałem jej od razu, byłem na to zbyt rozsądny - jeszcze chwilę układałem sobie myśli w głowie. Nie zamierzałem jej krzywdzić, ale wiedziałem, że muszę być jasny. Nie chciałem, by miała jakieś dziwne, idealistyczne złudzenia. Te fantazje o twardzielach, którzy w końcu się otworzą i pozwolą komuś wejść do swojego serca, zawsze kończą się tym samym - zdradą, rozczarowaniem i utratą zaufania. Była jedna taka. Zostawiła mnie, potraktowała jak nieudany eksperyment, jakby każda chwila spędzona ze mną była stratą czasu. Nie potrzebowałem więcej bycia czyjąś „ciekawą odmianą”. Chciałem odpowiedzieć coś złośliwego, żeby ją utemperować, ale zamiast tego milczałem, czując, jak napięcie w moim ciele narasta.
W końcu, po kilku długich chwilach milczenia, powiedziałem tylko:
- Nie wydaje mi szię. - Mruknąłem, a mój głos był chłodny, niemal zniechęcony. Nie sądziłem, żeby kiedykolwiek spotkała mnie w sytuacji, w której sobie bez niej nie poradzę. Oczywiście, że poradzę - zawsze sobie radziłem. Nie potrzebowałem nikogo, kto miałby mi towarzyszyć. Wiedziałem, co robić. Wiedziałem, jak przetrwać. Tak trudno to było zauważyć? Z trudem przedzierałem się przez panikujący tłum, ale wciąż dawałem radę. W przeciwieństwie do innych - ludzie biegli w przeciwnych kierunkach, miotali się, krzycząc i szukając schronienia. Zacisnąłem zęby, a moje ramiona napięły się, gdy przestawiłem się na myślenie o tym, co muszę zrobić, by dotrzeć do celu.
- Jusz jesteszmy kwita. Ocaliłaś mi kolano, dlatecho mogę cię nieść. - Dolowiedziałem lżej, starając się być rozluźniony, ale wewnątrz mnie narastała niechęć. Nie potrzebowałem jej pomocy - nie potrzebowałem nikogo, kto chciałby mnie ratować. Zawsze, gdy ktoś próbował mi pomóc, kończyło się to źle. Przypomniałem sobie, jak kilka lat temu, w podobnej sytuacji, przyjąłem wsparcie od kogoś, kto wydawał się być przyjacielem. Zaufanie, które wówczas okazałem, obróciło się przeciwko mnie. Tamta osoba nie tylko mnie zawiodła, ale i prawie zrujnowała moje życie. To nie była pomoc, to była zdrada. Od tamtej pory uznałem, że lepiej jest być samemu - z wyłączeniem jednego, jedynego współpracownika, który już nie żył. Poza nim miałem w pamięci obrazy dawnych kolegów z początkowych podróży, którzy wpadli w sidła moich problemów, tylko po to, by potem zniknęli z mojego życia. Znałem ten ból - znałem tę gorycz, jaką czuje się, gdy ktoś na siłę próbuje wyciągnąć cię z opresji, w której nawet nie jesteś, a potem odwraca się plecami do ciebie, kiedy faktycznie go potrzebujesz. Wiele razy myślałem, że ktoś mnie zrozumie, ale to zawsze kończyło się rozczarowaniem. Przełknąłem gorycz w gardle. Znałem tę grę, tę iluzję. Już wiele razy w moim życiu pojawiały się kobiety z marzeniami, które chciały mnie „uratować” - chciały być częścią mojego świata, żeby móc poczuć adrenalinę, jakby robiły coś niekoniecznie dobrego, za to niebezpiecznego, z dreszczykiem, były zafascynowane moją aurą, a ja? Byłem tylko projektem do zrealizowania. Nie potrzebowałem, żeby jakakolwiek kobieta wyciągała mnie z opałów. Nie zamierzałem być osobą, która potrzebuje wsparcia. Nie chciałem, by ktokolwiek myślał, że potrzebuję pomocy.
To nie było nic nietypowego, nawet, jeśli ta konkretna kobieta miała pierścionek zaręczynowy na palcu, nikt nie mógłby jej zabronić fantazjowania. Nie zarzucałem jej tego, ale cóż... Młode panny zawsze ciągnęły do mnie, jak ćmy do ognia. Wydawałem się dla nich tajemnicą, wyzwaniem, interesującym problemem, który mogłyby rozwiązać. Fantazjowały o twardzielu, który skrywał w sobie wrażliwość. I co z tego miało wynikać? Zawód. Zawód - taki, jaki przeżyłem, gdy moja żona, ta, która miała być moim wsparciem, po prostu odeszła. Zostawiła mnie jak nieudany eksperyment, niczym wyrzutka, którego nie da się naprawić.
Zamknąłem oczy na chwilę, próbując odsunąć te słowa. Zacisnąłem zęby, nie mogłem pozwolić, by ta rozmowa mnie rozproszyła. Czułem ciężar brunetki na plecach - jej ciało falowało z każdym moim krokiem, a ja starałem się iść prosto, nie myśląc o tym, że wcale jej nie znam. Czułem, że próbowała mnie zrozumieć, ale nie mogła. Nie miała pojęcia, z czym się zmagam, ani jak wiele wody upłynęło od moich ostatnich zawirowań, które raczej wykluczały chęć przyjmowania pomocy. Nie miała pojęcia, co to znaczy być w mojej skórze - jak to jest nosić na plecach ciężar nie tylko własnych wyborów, ale i wyborów innych. Jak to jest, gdy każda pomoc staje się pułapką - nawet ta teraz, moja w stosunku do niej. Nie miałem zamiaru wplątywać się w jej sprawy, a obietnica, którą złożyłem, nagle zaciążyła mi jak kamień. W głębi duszy czułem, że ta sytuacja zaczyna mnie przerastać. Nie znałem jej. Nie miałem pojęcia, co ją sprowadziło w tamto miejsce przy aptece, ani dlaczego zaoferowałem się z wsparciem. To była tylko chwila, chwila buntu przeciwko własnym zasadom. Nie chciałem tego żałować. Po prostu milczałem, czując, jak moje ramiona stają się sztywniejsze, a nogi cięższe. Zacisnąłem ramiona wokół niej, czując, jak moje mięśnie napinają się pod jej ciężarem.
Przez chwilę nic nie mówiłem, próbując przetrawić to, co się stało. Nie musiałem się z nią spoufalać, ale w jakiś sposób pragnąłem, by ta chwila stała się lżejsza. Zmusiłem się do uśmiechu, przynajmniej w myślach, podejmując ten nowy temat - był zdecydowanie mniej kontrowersyjny. Zacząłem mówić, próbując zniwelować napięcie, które wisiało w powietrzu.
Wiedziałem, że rozmawiamy o czymś kompletnie nieistotnym w obliczu tego, co się działo, ale czasami trzeba odsunąć na bok rzeczywistość, żeby nie zwariować. Niezła sytuacja, nie? Ale to nie pierwszy raz, gdy znalazłem się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie.
- Tak, tuskawki… Szą dosyć intensywne w smaku, jeśli mówimy o tych odpowiednich. - Rzuciłem, próbując przebić się przez chaos wokół nas. W moim głosie brzmiała lekkość, którą sam starałem się poczuć. - Choś to naplawdę zaleszy od ich lodzaju, gatunku i tak dalej... - Odpowiedziałem lekko, starając się, by ton mojego głosu nie zdradzał, co naprawdę myślę. W powietrzu unosił się zapach dymu i spalenizny, a krzyki ludzi z każdą chwilą stawały się coraz bardziej przytłaczające. - Osobiszcie wsiąsz wolę poszeszki, są baldziej cielpkie, mają chalaktel, ale tu zdesydowanie by nie pasowały. - Przyznałem, przystając na te truskawki w popcornie. Nie były aż takie absurdalne, chociaż temat sam w sobie taki był, zwłaszcza teraz.
Wiedziałem, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, była daleka od normalności. Ogień szalał za naszymi plecami, a dym wdzierał się do płuc z każdą chwilą coraz bardziej, ale nie skupiałem się na tym nazbyt mocno, próbując nie dawać się ponieść panice. Przecież to nie była pierwsza katastrofa, w której brałem udział - w moim fachu liczyła się zimna krew. To był sposób, żeby ją zachować.
- Mosze szeszywiście, to są baldzo kontlowelsyjne szplawy. - Przytaknąłem, przy czym jednocześnie zwróciłem wzrok z powrotem na otaczający nas chaos - na ludzi pędzących w panice i na dym wznoszący się ku niebu. Rozmawialiśmy o zwyczajnych, codziennych sprawach - o jedzeniu, preferencjach, które w normalnych okolicznościach mogłoby nas rozśmieszyć lub zdenerwować. Dziwne, ale to trochę pomagało oderwać się od tego, co działo się dookoła, jednocześnie nie tracąc równowagi. - Nie ma nic słego w ekspelymentowaniu, plawda? - Uśmiechnąłem się lekko, chociaż wiedziałem, że to nie był czas na żarty. Aczkolwiek to było całkiem zabawne, bo niektórzy nie mogli znieść widoku kawałka mięsa obok owocu, i reagowali na to do przesady absurdalnie, dopóki nie dali się przekonać do spróbowania tego w praktyce. W końcu, kto nie polubiłby grillowanego ananasa z wieprzowiną? Z drugiej strony... - Chosiasz szą pewne glanice, któlych nie powinno się pszekraszaś. Gaspacho s albusa i owoce mosza albo... Kiedysz plóbowałem jakiejś egsotysznej potlawy, któlą ktosz mi zaselwował. Coś s klewetkami. Nie wiem, co to było, ale nie mogłem tego sjeść. No i tu znów wlacamy do tematu połąszeń... - Zacząłem, urywając, bo nagle z moich myśli wyrwało mnie coś, co przypomniało mi o rzeczywistości. Zatrzymałem się na chwilę, starając się ocenić sytuację. Zmieniłem ton, zadając pytanie, które w końcu musiało się pojawić.
- Masz może jakiś identyfikator ministerstwa? - Zapytałem, czując, jak powaga sytuacji znów wraca. Tłum w przejściu, do którego zmierzaliśmy, był gęsty, zbyt gęsty. Zmrużyłem oczy, czując, że muszę być bardziej skupiony. W tym momencie nie było już miejsca na żarty. To, co działo się wokół nas, przybierało coraz mroczniejsze oblicze.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9815), Eutierria (252), Prudence Fenwick (10606)




Wiadomości w tym wątku
[8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 28.03.2025, 20:04
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 29.03.2025, 02:18
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 29.03.2025, 16:09
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 30.03.2025, 00:19
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Eutierria - 31.03.2025, 21:02
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 31.03.2025, 21:03
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 31.03.2025, 21:04
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 04.04.2025, 18:35
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 04.04.2025, 23:37
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 06.04.2025, 23:12
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 07.04.2025, 20:32
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Benjy Fenwick - 10.04.2025, 14:34
RE: [8/9/72] Time is like a fuse - short and burning fast. Armageddon's here | B.F i P.B - przez Prudence Fenwick - 10.04.2025, 20:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa