Deszcz to nieszczególnie było zjawisko, które Guinevere ukochała. Przez te kilka miesięcy, w których mieszkała w Anglii, zdążyła już zauważyć, że na Wyspach Brytyjskich deszcz, albo szare, ciężkie chmury i spora wilgotność, to była standardowa pogoda. Kiedy rzeczywiście na dłuższy czas wychodziło słońce – o to było wtedy święto lasu. Rozumiała już czemu Anglicy są tacy sztywni: najwyraźniej mieli niedobór promieni słonecznych, nawet jeśli przebywali na dworze, a nie w smutnych podziemiach Ministerstwa Magii. Wilgotność niespecjalnie jej przeszkadzała, bo w delcie Nilu bywała nawet jeszcze wyższa, tyle tylko, że i temperatury bywały tam odpowiednie, by nie marznąć. W Anglii zaś Ginny potrafiła odczuwać gęsią skórkę i to wcale nie ze względu na podniecenie, a chłód.
Ślęczała właśnie w głównym namiocie nad starym tekstem, próbując przepisać go i przerysować dziwne rysuneczki, tworząc kopię, by nie musieli pracować na oryginale, którego nikt nie chciał ubrudzić, ani – tym bardziej – zniszczyć, kiedy jeden z pracowników działający przy murach, wparował do środka wcale nie szukając Shafiqa. Dobrze wiedzieli, że Cathal siedzi obecnie pod ziemią i że lepiej mu nie przeszkadzać, jeśli to nic pilnego – ale jakież było jej zdziwienie, gdy usłyszała, że szukają właśnie jej. Nell, jak się okazało, była zajęta czymś innym, a skoro dokopali się do czegoś, a takie rzeczy bywały przewrotne, to woleli mieć uzdrowiciela pod ręką.
McGonagall ostrożnie odłożyła swoje przybory, za pomocą których wykonywała kopię, zabezpieczyła oryginalny pergamin i dopiero, gdy upewniła się, że wszystko jest jak należy, była gotowa, by wyjść. Na terenie obozu, jeśli zamierzała być gdzieś na dłużej, to zabierała też swoje narzędzia medyczne i nie inaczej było tym razem – pojawiła się więc na miejscu prac ze swoją drewnianą skrzynką, którą zabierała, gdy gdzieś z kimś szła.
Usłyszała końcówkę słów Tima i sama uśmiechnęła się pod nosem.
– W końcu ktoś cię skutecznie wyciągnął spod ziemi. Może częściej trzeba zwoływać akcje pod tytułem „chyba mamy tu coś ciekawego”, bo niedługo zapomnisz, jak wygląda słońce – rzuciła do Shafiqa w ramach przywitania i uśmiechnęła się ciepło do Timmy’ego, do którego się zresztą zwróciła: – Co tu mamy? Aż tak się boicie, że coś wybuchnie, że mnie też odciągacie od pracy? – to była już zwyczajowa zaczepka ze strony Ginny, która tak naprawdę nie miała nic przeciwko rozprostowaniu kości. Zresztą… była przecież uzdrowicielem i to była jej główna funkcja, to że miała też inne umiejętności, to był tylko bonus. Mrugnęła zresztą do mężczyzny, dając znać, że to tylko taki nieszkodliwy żarcik… zupełnie nieświadoma słów, które wypowiedziała i jaki ciężar będą ze sobą niosły.