10.04.2025, 20:44 ✶
Helloise darzyła sympatią zarówno Monę, jak i Leviathana. Wbrew pozorom, jakie mogła sprawiać czarownica, której myśli zdawały się zawsze błądzić po lesie, goście byli mile widziani w chatce na kurzej stopce. Lubiła podejmować ich tutaj, na swoim terenie, w oddaleniu od cywilizacji, w której funkcjonowali na co dzień. Człowiek — a czarodziej w szczególności — był jedną z najpiękniejszych istot stworzonych przez Matkę. To jedynie porządek, który ów człowiek wokół siebie zaprowadził, nie budził w Heli ciepłych skojarzeń. Wabiła więc do swojego zakątka mróweczki z zabetonowanego Londynu, wiodła je do lasu, jeśli tylko była sposobność. Przypominała im, że nie są plastikowymi laleczkami, lecz dziełem Natury i tu należą.
Do rodziny nie miała żalu, raczej litowała się nad nimi, widząc, jak wciąż funkcjonują w trybach konformistycznej machiny społeczeństwa. Przychodzili i nie pozwalali jej zapomnieć. Leviathan nie pozwalał zapomnieć, że wciąż czegoś się od niej wymaga; Mona, że Rowle potrafili nie tylko brać i wymagać, ale również dawać i dbać.
— Dobrze, jedz. Trzeba jeść — wymamrotała chaotycznie Helloise, lecz jej wzrok już zwiedzał wnętrze torby przyniesionej przez bratanicę.
Sięgnęła do niej ręką i wylosowała jeden z motków, który złożyła sobie na kolanach. Na jej twarz spłynęło zbłąkane widmo uśmiechu, szczerego i przyziemnego, rozpraszającego mętną melancholię. Kobieta odnalazła początek ciemnozielonej włóczki i powoli, jak zahipnotyzowana nawinęła ją na swoje rozczapierzone palce.
Motek obrócił się na jej kolanach, gdy uniosła rękę z nicią na wysokość twarzy Mony.
— To twój kolor. — Wsunęła dłoń między jej loki, aby w pełni nacieszyć się tym połączeniem barw. — Metamorfozy. Jak jesień zielone dąbrowie spala na rudo. To twój kolor, bardzo pięknie. — Pokiwała głową, aprobując własną opinię, po czym wycofała rękę. — Potrzebny ci taki szal.
Od torby jej uwagę odciągnął temat Ministerstwa. Spuściła wzrok i wymamrotała coś niezrozumiałego pod nosem, klątwę bądź złą wróżbę, coby stu diabłów zeszło i porwało urzędników.
— Bawią mnie. Tabliczki. Rozwiesili tabliczki, że nie wchodzić. Zrywam je, jak zaglądam. Jak u siebie je rozwiesili. Knieja nie należy do nich. Jakim prawem ją znakują? Znakowanie to jeden z najbrutalniejszych wynalazków ludzi. Znakują, znakują. Bydło na ubój, drzwo na wycinkę, siebie nawzajem i granicę, gdzie komu wolno, a gdzie komu nie. Kto znakującym udzielił prawa do znakowania? — Helloise łatwo popadała w dygresje zrodzone z wolnych skojarzeń, lecz nie to było clou tego problemu. — Weszłabym, gdyby to byli tylko oni. Nie zważam na ich znaki. Próbowałam wejść, oczywiście, że próbowałam. Nie wszystko w Kniei jest człowiekowi przyjazne. I słusznie, bo rozbestwiłby się. Tego, co nieprzyjazne w Kniei nie boję się, lecz Złego Ducha… Złe Duchy posiadły las, nie należą do lasu. Wejść tam… — Była widocznie rozdarta własną bezradnością, zła i rozczarowana niemocą. — Musiałam odejść. Nie mogę Jej pomóc. Ale oni mogą, oczywiście, że mogą. Mają zastępy egzorcystów, swoje tajne departamenty i arsenały. Potężni, potężni urzędnicy — wysyczała jadowicie, a z tyłu jej głowy zarysował się Lazarus Rowle i jego pycha. — A tu tyle czasu pozwalają się widmom panoszyć. Pozwalają, żeby pod drzewami spacerowały monstra, a nad koronami warował krwawy księżyc. To co? Niechęć czy niemoc?
Jej oczy uciekły za okno, na Knieję, jakby chciały ją prześwietlić na wylot, mimo że z tej odległości była jedynie zwartą czarną ścianą, z której nie dało się wyczytać szczegółów.
— Redaktor Lockhart — odparła machinalnie, gdy padło pytanie o dziennikarkę. Nieco rozchmurzył ją ten temat. — Dostałam od niej deszcz w słoiczku. Poczęstowałabym cię, ale zachowuję go na jej wizytę. Wypijemy z herbatą, jak przyjdzie. — Rozmarzyła się tematem wizyty, przypominając sobie wymiętoszone skrawki listów, które przyniosła kilka dni wcześniej gęś.
Do rodziny nie miała żalu, raczej litowała się nad nimi, widząc, jak wciąż funkcjonują w trybach konformistycznej machiny społeczeństwa. Przychodzili i nie pozwalali jej zapomnieć. Leviathan nie pozwalał zapomnieć, że wciąż czegoś się od niej wymaga; Mona, że Rowle potrafili nie tylko brać i wymagać, ale również dawać i dbać.
— Dobrze, jedz. Trzeba jeść — wymamrotała chaotycznie Helloise, lecz jej wzrok już zwiedzał wnętrze torby przyniesionej przez bratanicę.
Sięgnęła do niej ręką i wylosowała jeden z motków, który złożyła sobie na kolanach. Na jej twarz spłynęło zbłąkane widmo uśmiechu, szczerego i przyziemnego, rozpraszającego mętną melancholię. Kobieta odnalazła początek ciemnozielonej włóczki i powoli, jak zahipnotyzowana nawinęła ją na swoje rozczapierzone palce.
Motek obrócił się na jej kolanach, gdy uniosła rękę z nicią na wysokość twarzy Mony.
— To twój kolor. — Wsunęła dłoń między jej loki, aby w pełni nacieszyć się tym połączeniem barw. — Metamorfozy. Jak jesień zielone dąbrowie spala na rudo. To twój kolor, bardzo pięknie. — Pokiwała głową, aprobując własną opinię, po czym wycofała rękę. — Potrzebny ci taki szal.
Od torby jej uwagę odciągnął temat Ministerstwa. Spuściła wzrok i wymamrotała coś niezrozumiałego pod nosem, klątwę bądź złą wróżbę, coby stu diabłów zeszło i porwało urzędników.
— Bawią mnie. Tabliczki. Rozwiesili tabliczki, że nie wchodzić. Zrywam je, jak zaglądam. Jak u siebie je rozwiesili. Knieja nie należy do nich. Jakim prawem ją znakują? Znakowanie to jeden z najbrutalniejszych wynalazków ludzi. Znakują, znakują. Bydło na ubój, drzwo na wycinkę, siebie nawzajem i granicę, gdzie komu wolno, a gdzie komu nie. Kto znakującym udzielił prawa do znakowania? — Helloise łatwo popadała w dygresje zrodzone z wolnych skojarzeń, lecz nie to było clou tego problemu. — Weszłabym, gdyby to byli tylko oni. Nie zważam na ich znaki. Próbowałam wejść, oczywiście, że próbowałam. Nie wszystko w Kniei jest człowiekowi przyjazne. I słusznie, bo rozbestwiłby się. Tego, co nieprzyjazne w Kniei nie boję się, lecz Złego Ducha… Złe Duchy posiadły las, nie należą do lasu. Wejść tam… — Była widocznie rozdarta własną bezradnością, zła i rozczarowana niemocą. — Musiałam odejść. Nie mogę Jej pomóc. Ale oni mogą, oczywiście, że mogą. Mają zastępy egzorcystów, swoje tajne departamenty i arsenały. Potężni, potężni urzędnicy — wysyczała jadowicie, a z tyłu jej głowy zarysował się Lazarus Rowle i jego pycha. — A tu tyle czasu pozwalają się widmom panoszyć. Pozwalają, żeby pod drzewami spacerowały monstra, a nad koronami warował krwawy księżyc. To co? Niechęć czy niemoc?
Jej oczy uciekły za okno, na Knieję, jakby chciały ją prześwietlić na wylot, mimo że z tej odległości była jedynie zwartą czarną ścianą, z której nie dało się wyczytać szczegółów.
— Redaktor Lockhart — odparła machinalnie, gdy padło pytanie o dziennikarkę. Nieco rozchmurzył ją ten temat. — Dostałam od niej deszcz w słoiczku. Poczęstowałabym cię, ale zachowuję go na jej wizytę. Wypijemy z herbatą, jak przyjdzie. — Rozmarzyła się tematem wizyty, przypominając sobie wymiętoszone skrawki listów, które przyniosła kilka dni wcześniej gęś.
dotknij trawy