10.04.2025, 21:45 ✶
- Wiem - stwierdził całkowicie poważnie, wbijając wzrok w sufit i milcząc przez chwilę, by spróbować zawalczyć z natrętnymi myślami, które mimo wszystko pojawiły mu się w głowie.
Nie do końca był w stanie ukryć to przed Geraldine, więc nie próbował tego robić. Z pewnością była w stanie wyczuć jego wewnętrzne spięcie, nawet przy tym względnie neutralnym tonie głosu.
To nie było łatwe. Prawdopodobnie nigdy nie miało być. Oboje spotkali się z czymś na kształt mentalnego gwałtu. Z rzeczami, z którymi ciężko było przejść do porządku dziennego. Zwłaszcza, gdy było się ludźmi ich pokroju, tak bardzo ceniącymi poczucie kontroli nad sytuacją.
A jednak w pewnym sensie musieli to zrobić: zaakceptować to, co się stało. Wyjaśnić sobie kilka kwestii, żeby nie musieć już ponownie wracać do tematu bez potrzeby. I przyjąć do wiadomości, że nie są w stanie zmienić przeszłości. Mogą za to wpłynąć na fakt, że ich ona nie przytłoczy.
Po tym, co stało się zeszłego wieczoru, Ambroise chciał, żeby Rina wiedziała, co tam się stało. Od jego strony, nie tylko od swojej własnej. Nie zamierzał zbytecznie wdawać się w wyciąganie na wierzch niepotrzebnych szczegółow, ale zamierzał postawić sprawę jasno.
- Zresztą powiedział wtedy coś takiego, co - urwał na chwilę, starając się zebrać myśli i przekuć je na kolejne całkiem spokojne słowa.
Z zewnątrz pozostawał opanowany, choć nie chłodny. Nie tym razem, teraz naprawdę usiłował być łagodny i wyrozumiały, żeby nie dokładać jej ciężaru.
Raczej był na swój sposób pogodzony z faktem, że musieli odbyć tę rozmowę. Prędzej czy później. To on postanowił zrobić to właśnie w tej chwili. Nie został postawiony przed faktem. To była jego własna decyzja, toteż zamierzał dokończyć swoją wypowiedź.
- Wcześniej to nie miało zbyt wiele sensu, wiesz. Nie przy tym, co działo się między nami - spróbował zrobić to od tej strony, mimowolnie sięgając do znacznie późniejszych wydarzeń, żeby ułatwić sobie mówienie na ten temat. - Ale w gruncie rzeczy tylko potwierdza słowa Florence? - Nie pytał, bo i nie powiedział jeszcze tego, do czego zmierzał.
A jednak jego ton zdecydowanie był pytający.
- Smakujemy tak samo - stwierdził wreszcie, posługując się bezpośrednim cytatem.
Smakowali tak samo. Byli tacy sami. To nie były ich nadinterpretacje, urojenia, myślenie życzeniowe. Inaczej tamten byt nie odniósłby się do tego faktu. Nie w ten sposób ani nie w żaden inny. Byli tacy sami.
- Dlatego naprawdę nie sądzę, wiesz, żeby cokolwiek było w stanie to naruszyć - może nie był ekspertem w tym zakresie, ale wypowiedzenie tych słów przyszło mu chyba najłatwiej z dotychczas wyłożonych.
Zdecydowanie miał swoje zdanie na ten temat. Być może wyjątkowo to wszystko upraszczał, ale nie sądził, aby to było aż tak znacznie bardziej skomplikowane.
- To tak jak rozpoznawanie siebie. Własnego odbicia - to było wyjątkowo poetyckie stwierdzenie, szczególnie jak na niego, ale chyba nie mógł ująć tego w inny sposób.
Wbrew wszelkim pozorom, to wydawało się najprostsze. Najbardziej naturalne, niewymuszone. Zgodne z realiami. Nie widywali się na co dzień przez ostatnie półtora roku, prawda? A mimo wszystko doskonale wiedział, gdy znalazła się w tym samym pomieszczeniu. Nikt nie musiał go o tym informować. Wiedział, kiedy z pozoru tylko minęli się w tłumie, nie wdając się w interakcję, nawet nie wymieniając się otwartymi spojrzeniami.
Był w stanie rozpoznać jej obecność, czuł ją praktycznie wszystkimi zmysłami. A gdy wreszcie znaleźli się w zasięgu swoich ramion, nie miał najmniejszego problemu, by wiedzieć. Tak samo jak w ogrodzie w Piaskownicy, gdy zajmował się jeżynami. Nie musiał się obracać.
- Możesz bardzo długo nie patrzeć w lustro, nie? - Chyba nie musiał już dalej operować żadnymi kolejnymi porównaniami, prawda?
Jeśli miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, wydawało mu się, że to powinno je rozwiać. Nie bez powodu podzielił się z nią tymi słowami, nawet jeśli nie musiał tego robić. Nie chciał, żeby miała jakiekolwiek wątpliwości, żeby zastanawiała się nad tym, co może być nieprzewidzianymi efektami ich spotkania z tamtym bytem.
- To go zaskoczyło - ale nic dziwnego, prawda?
Nie było go przy Geraldine, kiedy to wszystko się zaczęło. Nie obracali się wokół siebie. Przed momentem, gdy pojawili się wspólnie w jaskini, nie miał do czynienia z jej fałszywym bliźniakiem, więc nie było szans, aby ten wcześniej zainteresował się ich duchowymi powiązaniami. Nie, gdy fizycznie ich przy sobie nie było.
- Zbiło go z tropu. To i mój... ...talent. Ani przez moment nie zainteresował się wspomnieniami - do tego zmierzał, tak?
Do tego, żeby do samego końca ją w tym upewnić. Nawet, jeśli to nie przyszło mu tak łatwo. Cała rozmowa o tym była po prawdzie naprawdę cholernie skomplikowana. Ale musieli ją przeprowadzić. Tak jak wiele innych. Mogli zacząć od tych bardziej pocieszających? Ta poniekąd była właśnie taka.
- Odzyskania połowy domu - powtórzył za Geraldine powtarzającą za nim, nawet nie kryjąc przyjemności, jaką mu to sprawia; droczył się z nią, oczywiście, że się z nią droczył.
Jasne, mogli tak przerzucać się tymi samymi słowami nawet do wieczora. Tylko po co? Sens jego wypowiedzi był raczej jasny. Nie próbował posiłkować się żadnymi dyskretnymi sugestiami, robić podchodów i tak dalej. Ta myśl nie bez powodu pojawiła się w jego głowie, więc sformułował ją w dosyć klarowne zdanie.
- Wiesz, że to tak nie działa, prawda? - Spytał, teoretycznie wcale nie dziwiąc się jej żądaniom, aby on to wszystko załatwił, jednak w tym wypadku nie miał zbyt wiele do powiedzenia. - Nie mam pojęcia, do kogo złożyłaś papiery w celu dopięcia formalności i kiedy to zrobiłaś. Minęło już całkiem sporo czasu, ale może da się to jeszcze wycofać - to jednak były wyłącznie spekulacje oparte na bardzo szczątkowej wiedzy, jaką miał na ten temat.
Nie wiedział, kto stał po jej stronie załatwiania przepisania domu całkowicie na nią. Czy był to ich wspólny znajomy, czy ktoś zupełnie inny. Ten sam notariusz, u którego byli za pierwszym razem i którego on sam odwiedził, żeby zamknąć swoją część formalności. A może ktoś, z kim nie miał żadnych relacji, bo wolała nie zajmować się tym z osobą, którą oboje znali, gdy byli szczęśliwi.
Musiała mu to powiedzieć. Wtedy mógł zastanawiać się nad tym, w jaki sposób powinni to ugryźć. Bowiem nie dało się ukryć, że bez wątpienia trochę namieszał im w kwestii współwłasności. Miał słuszne intencje. Bardzo logicznie podszedł do sprawy, nie chcąc zostawić jej z problemem, gdyby nie wrócił z nią ze Snowdonii. Tyle tylko, że nie tylko wyszli stamtąd razem, ale też razem.
Chciał mieć z nią wspólny dom. Chciał łączyć z nią życie. Teoretycznie dało się to załatwić w jeszcze jeden sposób, ale to raczej nie był temat na teraz. Należało, by inaczej podeszli do sprawy. Jeszcze nie teraz, zdecydowanie nie tak. A jednak nie mógł udawać, że nie słyszy uwagi, jaką mu zwracała.
- Ano. Tak - nie, nie mógł powstrzymać się przed tymi słowami, jednocześnie praktycznie od razu posyłając dziewczynie spojrzenie spod uniesionych brwi i obdarzając ją całkiem wymownym uśmiechem.
Żelazna logika, prawda? Nie mógł jej odmówić tej wyjątkowej słuszności. To było bardzo logiczne. Nie mogła powtórnie wyjść za mąż, skoro nigdy nie zrobili tego po raz pierwszy. Tyle tylko, że nie do końca wiedział, w jaki sposób powinien interpretować jej słowa. Czy właśnie tego chciała? Nigdy się nie określiła, teraz też nie.
Jak mógł wiedzieć, czego od niego oczekiwała? Szczególnie, że na ten moment w dalszym ciągu wymieniali się zaczepkami. Nie rozmawiali o tym na poważnie. To nie było miejsce ani czas na taką rozmowę, choć może poniekąd tak?
- Cyrograf - stwierdził wreszcie tak po prostu, najprościej jak tylko się dało, palcami po skórze Riny, żeby dźgnąć ją w biodro. - Obiecałaś, że go ze mną podpiszesz - przypomniał zadziwiająco usłużnie i kulturalnie. - Zgodziłaś się na ślepo. Nigdy nie dyskutowaliśmy nad warunkami - a na pewno musieli to zrobić, tak?
Nie zamierzał ukrywać, że trochę napawał się takimi a nie innymi deklaracjami. Zdecydowanie chciał być jej jedynym mężczyzną. Mężem. Liczba pojedyncza. Może jeszcze nie teraz, ale w gruncie rzeczy czekali na to bardzo długo. W tym momencie, rozmawiając na naprawdę poważne tematy, praktycznie sami prosili się także o ten jeden.
- Niezmiernie mnie to cieszy, bo jesteśmy uwiązani - przypomniał, jakby nie wiedziała o tym dostatecznie mocno. - Kiedy to wszystko się skończy - zaczął powoli, przez chwilę zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami. - Wtedy wrócimy do tego tematu - w tym wypadku, postępując zgodnie z tym, co sobie obiecali, chyba powinni ubierać to w dosyć jasne słowa. - Do kwestii tego, by mieć komu przekazać majątek, nie potrzebując zadowalać się interesownymi szczylami. Choć nie ukrywam, że miałabyś z tego od cholery satysfakcji. A ja z tobą - zza Zasłony, nie?
Czy tam zza drzewa. Z miejsca, w którym mieli wylądować. Razem - w to akurat nie wątpił. Nie chciał być z dala od niej, nawet w zaświatach. Nie pragnął zostać drzewem, jeśli to oznaczałoby, że resztę wieczności spędzi bez swojej bratniej duszy. Niby tylko teoretyzowali o odległej śmierci, ale miał do tego dosyć jasny stosunek.
Poniekąd również będąc dosyć mocno przekonanym o tym, że oboje bardzo szybko po sobie zeszliby z tego świata. Nie musieli o tym rozmawiać. To, że spekulowali na temat tych pięciu lat było jeszcze bardziej nieprawdopodobne od tamtego, o czym mówili na ganku w Whitby. Z trudem mogli żyć osobno, mając świadomość, że ta druga osoba znajduje się gdzieś nie tak znowu daleko, ale też nie blisko. Za to wiedza, że nie było jej już na tym świecie? Nie wątpił, że wtedy i to drugie niezbyt długo pociągnęłoby samo.
Miał tę świadomość, to przekonanie, nawet po tamtym czerwcu rok temu, gdy prawie zszedł z tego świata. Gdyby nie pomoc przyjaciela, już by go tu nie było. Miał wyjątkowe szczęście, że otaczali go tacy ludzie. Mógł na nich liczyć, nawet jeśli nieczęsto korzystał z tej pomocy.
Gdyby jednak miał ponownie udawać się do Snowdonii, bez wątpienia skorzystałby z opcji przekonania Geraldine do tego, by wlazła tam nie tylko z nim, lecz także z dwoma mężczyznami z jego towarzystwa. Romulusa i Eliasa nie widział w takich warunkach, ale Cornelius i Aloysius? Z pewnością okazaliby się bardziej przydatni niż ich nieszczęśni faktyczni kompani. Nawet ze swoimi dosyć trudnymi charakterami i naleciałościami.
- Ta, jasne - odparł, ewidentnie nieprzekonany do tego, co usiłowała mu teraz wmówić.
Choć czy tak naprawdę w ogóle planowała zwieść go tymi słowami? Szczerze w to wątpił. Nie cierpiała tego człowieka. Wcale nie uważała, że Loys może być w porządku. Wiedziała, że zdawał sobie sprawę z jej opinii. Choć komentarz o lodówce całkiem go rozbawił. Raczej się tego nie spodziewał.
- Nie sądzę, by się tam zmieścił, wiesz? - Uniósł brew, chrząkając wymownie. - Już prędzej z zamrażarki w spiżarni - tej przeznaczonej na duże sztuki zwierząt, na które polowała, tam może i zmieściłaby jego brata.
Może nie najwyższego z nich wszystkich, bo prócz Eliasa wszyscy byli dosyć wysocy i dobrze zbudowani, ale zdecydowanie będącego kawałem dupka.
Takiego ciężko byłoby zamknąć w standardowej lodówce czy szafie.
- Jest też możliwość, że choć zatrzyma się gdzieś indziej, wbije nam do domu razem z drzwiami - zawyrokował zupełnie tak, jakby to była całkiem prawdopodobna opcja, bo tak po prawdzie mówiąc, wcale aż tak bardzo tego znowu nie wykluczał.
Nie po tym, co stało się na korytarzu w kamienicy a co zdecydowanie przekroczyło wszelkie możliwe granice dobrego wychowania. Nawet jeśli gdzieś tam poniekąd rozumiał pobudki kierujące jego jednym czy drugim przyjacielem. Tyle tylko, że w dalszym ciągu nie do końca mógł uwierzyć w to, że faktycznie postanowili w taki sposób podejść do rzekomego problemu, gdy istniało naprawdę wiele znacznie lepszych rozwiązań.
- Zachowywał się jak zadurzony szczeniak, ale w gruncie rzeczy chyba tego potrzebował. Wiesz jak to wygląda z Rookwoodami... ...dał się owinąć wokół palca, nie był święty, odpierdalał przez to naprawdę grube akcje, zasłaniając się uczuciami, ale ona zdecydowanie nie musiała wykorzystywać okazji - stwierdził po chwili, jednocześnie zauważalnie lekko przy tym odpływając myślami.
Milknąc praktycznie do momentu, w którym dziewczyna postanowiła podzielić się z nim swoimi spostrzeżeniami. Na tyle trafnymi, że odruchowo drgnęły mu kąciki ust, choć nie był to zbyt szeroki uśmiech. Ani wesoły. Nie, zdecydowanie nie okazywał wesołości w kwestii tego tematu. Jakżeby mógł.
- Mhm. Była - nie potrzebował wiele, żeby potwierdzić opinię Geraldine tym całkiem wymownym odmruknięciem. - Nawet większą niż ktokolwiek mógłby się spodziewać - dodał po chwili namysłu, parokrotnie mrugając przy tym oczami, żeby wybić się z tego chwilowego zawieszenia, uderzając przy tym językiem o podniebienie.
- Wiem - odrzekł prosto, nieznacznie wzruszając ramionami. - Mówię tylko, że nie zawsze to robisz i w takim wypadku - nie dokończył, zamiast tego wzruszając ramionami.
Mogła to interpretować tak jak chciała. On wiedział swoje. Jak zwykle, prawda?
- O jakieś siedem lat? Plus minus? - Odbił pytanie, nie do końca odczekując, że odpowie mu faktycznie licząc te minione lata, bo trudno byłoby to zrobić.
Poniekąd sam nie wiedział, w jaki sposób mieli liczyć swój staż. Czy sięgać do Hogwartu? Czy liczyć te półtora roku? Niepełne dwa lata, jeśli dodać tamten niechlubny sześćdziesiąty piąty, którego połowę spędzili na kłótniach i ciskaniu w siebie gromami?
- Całe szczęście, my jesteśmy ze sobą wyjątkowo zgodni - nie mógł jej o tym nie przypomnieć.
W końcu sama wielokrotnie powtarzała te słowa, więc ich negocjacje także musiały przebiec w lekki i przyjemny sposób. W innym wypadku rozwijałaby się z prawdą, twierdząc, że są w stanie z łatwością się dogadać. A obiecali sobie szczerość, tak?
No cóż, nawet nie ukrywała, że w dalszym ciągu nie kłopotała się próbami zrozumienia jego roślinnych odniesień. Tu zdecydowanie była szczera.
- Kiedy mówisz o tym w ten sposób, mam wrażenie, że zupełnie inaczej zapamiętaliśmy tamten wieczór - stwierdził znacząco, bo on zdecydowanie pamiętał wypowiadane tam słowa.
Jakże miałby zapomnieć. Szczególnie, że nie mówił wtedy wyłącznie o kwiatach. One były wyłącznie metaforą. Teraz już to wiedziała, prawda?
Nie do końca był w stanie ukryć to przed Geraldine, więc nie próbował tego robić. Z pewnością była w stanie wyczuć jego wewnętrzne spięcie, nawet przy tym względnie neutralnym tonie głosu.
To nie było łatwe. Prawdopodobnie nigdy nie miało być. Oboje spotkali się z czymś na kształt mentalnego gwałtu. Z rzeczami, z którymi ciężko było przejść do porządku dziennego. Zwłaszcza, gdy było się ludźmi ich pokroju, tak bardzo ceniącymi poczucie kontroli nad sytuacją.
A jednak w pewnym sensie musieli to zrobić: zaakceptować to, co się stało. Wyjaśnić sobie kilka kwestii, żeby nie musieć już ponownie wracać do tematu bez potrzeby. I przyjąć do wiadomości, że nie są w stanie zmienić przeszłości. Mogą za to wpłynąć na fakt, że ich ona nie przytłoczy.
Po tym, co stało się zeszłego wieczoru, Ambroise chciał, żeby Rina wiedziała, co tam się stało. Od jego strony, nie tylko od swojej własnej. Nie zamierzał zbytecznie wdawać się w wyciąganie na wierzch niepotrzebnych szczegółow, ale zamierzał postawić sprawę jasno.
- Zresztą powiedział wtedy coś takiego, co - urwał na chwilę, starając się zebrać myśli i przekuć je na kolejne całkiem spokojne słowa.
Z zewnątrz pozostawał opanowany, choć nie chłodny. Nie tym razem, teraz naprawdę usiłował być łagodny i wyrozumiały, żeby nie dokładać jej ciężaru.
Raczej był na swój sposób pogodzony z faktem, że musieli odbyć tę rozmowę. Prędzej czy później. To on postanowił zrobić to właśnie w tej chwili. Nie został postawiony przed faktem. To była jego własna decyzja, toteż zamierzał dokończyć swoją wypowiedź.
- Wcześniej to nie miało zbyt wiele sensu, wiesz. Nie przy tym, co działo się między nami - spróbował zrobić to od tej strony, mimowolnie sięgając do znacznie późniejszych wydarzeń, żeby ułatwić sobie mówienie na ten temat. - Ale w gruncie rzeczy tylko potwierdza słowa Florence? - Nie pytał, bo i nie powiedział jeszcze tego, do czego zmierzał.
A jednak jego ton zdecydowanie był pytający.
- Smakujemy tak samo - stwierdził wreszcie, posługując się bezpośrednim cytatem.
Smakowali tak samo. Byli tacy sami. To nie były ich nadinterpretacje, urojenia, myślenie życzeniowe. Inaczej tamten byt nie odniósłby się do tego faktu. Nie w ten sposób ani nie w żaden inny. Byli tacy sami.
- Dlatego naprawdę nie sądzę, wiesz, żeby cokolwiek było w stanie to naruszyć - może nie był ekspertem w tym zakresie, ale wypowiedzenie tych słów przyszło mu chyba najłatwiej z dotychczas wyłożonych.
Zdecydowanie miał swoje zdanie na ten temat. Być może wyjątkowo to wszystko upraszczał, ale nie sądził, aby to było aż tak znacznie bardziej skomplikowane.
- To tak jak rozpoznawanie siebie. Własnego odbicia - to było wyjątkowo poetyckie stwierdzenie, szczególnie jak na niego, ale chyba nie mógł ująć tego w inny sposób.
Wbrew wszelkim pozorom, to wydawało się najprostsze. Najbardziej naturalne, niewymuszone. Zgodne z realiami. Nie widywali się na co dzień przez ostatnie półtora roku, prawda? A mimo wszystko doskonale wiedział, gdy znalazła się w tym samym pomieszczeniu. Nikt nie musiał go o tym informować. Wiedział, kiedy z pozoru tylko minęli się w tłumie, nie wdając się w interakcję, nawet nie wymieniając się otwartymi spojrzeniami.
Był w stanie rozpoznać jej obecność, czuł ją praktycznie wszystkimi zmysłami. A gdy wreszcie znaleźli się w zasięgu swoich ramion, nie miał najmniejszego problemu, by wiedzieć. Tak samo jak w ogrodzie w Piaskownicy, gdy zajmował się jeżynami. Nie musiał się obracać.
- Możesz bardzo długo nie patrzeć w lustro, nie? - Chyba nie musiał już dalej operować żadnymi kolejnymi porównaniami, prawda?
Jeśli miała jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, wydawało mu się, że to powinno je rozwiać. Nie bez powodu podzielił się z nią tymi słowami, nawet jeśli nie musiał tego robić. Nie chciał, żeby miała jakiekolwiek wątpliwości, żeby zastanawiała się nad tym, co może być nieprzewidzianymi efektami ich spotkania z tamtym bytem.
- To go zaskoczyło - ale nic dziwnego, prawda?
Nie było go przy Geraldine, kiedy to wszystko się zaczęło. Nie obracali się wokół siebie. Przed momentem, gdy pojawili się wspólnie w jaskini, nie miał do czynienia z jej fałszywym bliźniakiem, więc nie było szans, aby ten wcześniej zainteresował się ich duchowymi powiązaniami. Nie, gdy fizycznie ich przy sobie nie było.
- Zbiło go z tropu. To i mój... ...talent. Ani przez moment nie zainteresował się wspomnieniami - do tego zmierzał, tak?
Do tego, żeby do samego końca ją w tym upewnić. Nawet, jeśli to nie przyszło mu tak łatwo. Cała rozmowa o tym była po prawdzie naprawdę cholernie skomplikowana. Ale musieli ją przeprowadzić. Tak jak wiele innych. Mogli zacząć od tych bardziej pocieszających? Ta poniekąd była właśnie taka.
- Odzyskania połowy domu - powtórzył za Geraldine powtarzającą za nim, nawet nie kryjąc przyjemności, jaką mu to sprawia; droczył się z nią, oczywiście, że się z nią droczył.
Jasne, mogli tak przerzucać się tymi samymi słowami nawet do wieczora. Tylko po co? Sens jego wypowiedzi był raczej jasny. Nie próbował posiłkować się żadnymi dyskretnymi sugestiami, robić podchodów i tak dalej. Ta myśl nie bez powodu pojawiła się w jego głowie, więc sformułował ją w dosyć klarowne zdanie.
- Wiesz, że to tak nie działa, prawda? - Spytał, teoretycznie wcale nie dziwiąc się jej żądaniom, aby on to wszystko załatwił, jednak w tym wypadku nie miał zbyt wiele do powiedzenia. - Nie mam pojęcia, do kogo złożyłaś papiery w celu dopięcia formalności i kiedy to zrobiłaś. Minęło już całkiem sporo czasu, ale może da się to jeszcze wycofać - to jednak były wyłącznie spekulacje oparte na bardzo szczątkowej wiedzy, jaką miał na ten temat.
Nie wiedział, kto stał po jej stronie załatwiania przepisania domu całkowicie na nią. Czy był to ich wspólny znajomy, czy ktoś zupełnie inny. Ten sam notariusz, u którego byli za pierwszym razem i którego on sam odwiedził, żeby zamknąć swoją część formalności. A może ktoś, z kim nie miał żadnych relacji, bo wolała nie zajmować się tym z osobą, którą oboje znali, gdy byli szczęśliwi.
Musiała mu to powiedzieć. Wtedy mógł zastanawiać się nad tym, w jaki sposób powinni to ugryźć. Bowiem nie dało się ukryć, że bez wątpienia trochę namieszał im w kwestii współwłasności. Miał słuszne intencje. Bardzo logicznie podszedł do sprawy, nie chcąc zostawić jej z problemem, gdyby nie wrócił z nią ze Snowdonii. Tyle tylko, że nie tylko wyszli stamtąd razem, ale też razem.
Chciał mieć z nią wspólny dom. Chciał łączyć z nią życie. Teoretycznie dało się to załatwić w jeszcze jeden sposób, ale to raczej nie był temat na teraz. Należało, by inaczej podeszli do sprawy. Jeszcze nie teraz, zdecydowanie nie tak. A jednak nie mógł udawać, że nie słyszy uwagi, jaką mu zwracała.
- Ano. Tak - nie, nie mógł powstrzymać się przed tymi słowami, jednocześnie praktycznie od razu posyłając dziewczynie spojrzenie spod uniesionych brwi i obdarzając ją całkiem wymownym uśmiechem.
Żelazna logika, prawda? Nie mógł jej odmówić tej wyjątkowej słuszności. To było bardzo logiczne. Nie mogła powtórnie wyjść za mąż, skoro nigdy nie zrobili tego po raz pierwszy. Tyle tylko, że nie do końca wiedział, w jaki sposób powinien interpretować jej słowa. Czy właśnie tego chciała? Nigdy się nie określiła, teraz też nie.
Jak mógł wiedzieć, czego od niego oczekiwała? Szczególnie, że na ten moment w dalszym ciągu wymieniali się zaczepkami. Nie rozmawiali o tym na poważnie. To nie było miejsce ani czas na taką rozmowę, choć może poniekąd tak?
- Cyrograf - stwierdził wreszcie tak po prostu, najprościej jak tylko się dało, palcami po skórze Riny, żeby dźgnąć ją w biodro. - Obiecałaś, że go ze mną podpiszesz - przypomniał zadziwiająco usłużnie i kulturalnie. - Zgodziłaś się na ślepo. Nigdy nie dyskutowaliśmy nad warunkami - a na pewno musieli to zrobić, tak?
Nie zamierzał ukrywać, że trochę napawał się takimi a nie innymi deklaracjami. Zdecydowanie chciał być jej jedynym mężczyzną. Mężem. Liczba pojedyncza. Może jeszcze nie teraz, ale w gruncie rzeczy czekali na to bardzo długo. W tym momencie, rozmawiając na naprawdę poważne tematy, praktycznie sami prosili się także o ten jeden.
- Niezmiernie mnie to cieszy, bo jesteśmy uwiązani - przypomniał, jakby nie wiedziała o tym dostatecznie mocno. - Kiedy to wszystko się skończy - zaczął powoli, przez chwilę zastanawiając się nad wypowiadanymi słowami. - Wtedy wrócimy do tego tematu - w tym wypadku, postępując zgodnie z tym, co sobie obiecali, chyba powinni ubierać to w dosyć jasne słowa. - Do kwestii tego, by mieć komu przekazać majątek, nie potrzebując zadowalać się interesownymi szczylami. Choć nie ukrywam, że miałabyś z tego od cholery satysfakcji. A ja z tobą - zza Zasłony, nie?
Czy tam zza drzewa. Z miejsca, w którym mieli wylądować. Razem - w to akurat nie wątpił. Nie chciał być z dala od niej, nawet w zaświatach. Nie pragnął zostać drzewem, jeśli to oznaczałoby, że resztę wieczności spędzi bez swojej bratniej duszy. Niby tylko teoretyzowali o odległej śmierci, ale miał do tego dosyć jasny stosunek.
Poniekąd również będąc dosyć mocno przekonanym o tym, że oboje bardzo szybko po sobie zeszliby z tego świata. Nie musieli o tym rozmawiać. To, że spekulowali na temat tych pięciu lat było jeszcze bardziej nieprawdopodobne od tamtego, o czym mówili na ganku w Whitby. Z trudem mogli żyć osobno, mając świadomość, że ta druga osoba znajduje się gdzieś nie tak znowu daleko, ale też nie blisko. Za to wiedza, że nie było jej już na tym świecie? Nie wątpił, że wtedy i to drugie niezbyt długo pociągnęłoby samo.
Miał tę świadomość, to przekonanie, nawet po tamtym czerwcu rok temu, gdy prawie zszedł z tego świata. Gdyby nie pomoc przyjaciela, już by go tu nie było. Miał wyjątkowe szczęście, że otaczali go tacy ludzie. Mógł na nich liczyć, nawet jeśli nieczęsto korzystał z tej pomocy.
Gdyby jednak miał ponownie udawać się do Snowdonii, bez wątpienia skorzystałby z opcji przekonania Geraldine do tego, by wlazła tam nie tylko z nim, lecz także z dwoma mężczyznami z jego towarzystwa. Romulusa i Eliasa nie widział w takich warunkach, ale Cornelius i Aloysius? Z pewnością okazaliby się bardziej przydatni niż ich nieszczęśni faktyczni kompani. Nawet ze swoimi dosyć trudnymi charakterami i naleciałościami.
- Ta, jasne - odparł, ewidentnie nieprzekonany do tego, co usiłowała mu teraz wmówić.
Choć czy tak naprawdę w ogóle planowała zwieść go tymi słowami? Szczerze w to wątpił. Nie cierpiała tego człowieka. Wcale nie uważała, że Loys może być w porządku. Wiedziała, że zdawał sobie sprawę z jej opinii. Choć komentarz o lodówce całkiem go rozbawił. Raczej się tego nie spodziewał.
- Nie sądzę, by się tam zmieścił, wiesz? - Uniósł brew, chrząkając wymownie. - Już prędzej z zamrażarki w spiżarni - tej przeznaczonej na duże sztuki zwierząt, na które polowała, tam może i zmieściłaby jego brata.
Może nie najwyższego z nich wszystkich, bo prócz Eliasa wszyscy byli dosyć wysocy i dobrze zbudowani, ale zdecydowanie będącego kawałem dupka.
Takiego ciężko byłoby zamknąć w standardowej lodówce czy szafie.
- Jest też możliwość, że choć zatrzyma się gdzieś indziej, wbije nam do domu razem z drzwiami - zawyrokował zupełnie tak, jakby to była całkiem prawdopodobna opcja, bo tak po prawdzie mówiąc, wcale aż tak bardzo tego znowu nie wykluczał.
Nie po tym, co stało się na korytarzu w kamienicy a co zdecydowanie przekroczyło wszelkie możliwe granice dobrego wychowania. Nawet jeśli gdzieś tam poniekąd rozumiał pobudki kierujące jego jednym czy drugim przyjacielem. Tyle tylko, że w dalszym ciągu nie do końca mógł uwierzyć w to, że faktycznie postanowili w taki sposób podejść do rzekomego problemu, gdy istniało naprawdę wiele znacznie lepszych rozwiązań.
- Zachowywał się jak zadurzony szczeniak, ale w gruncie rzeczy chyba tego potrzebował. Wiesz jak to wygląda z Rookwoodami... ...dał się owinąć wokół palca, nie był święty, odpierdalał przez to naprawdę grube akcje, zasłaniając się uczuciami, ale ona zdecydowanie nie musiała wykorzystywać okazji - stwierdził po chwili, jednocześnie zauważalnie lekko przy tym odpływając myślami.
Milknąc praktycznie do momentu, w którym dziewczyna postanowiła podzielić się z nim swoimi spostrzeżeniami. Na tyle trafnymi, że odruchowo drgnęły mu kąciki ust, choć nie był to zbyt szeroki uśmiech. Ani wesoły. Nie, zdecydowanie nie okazywał wesołości w kwestii tego tematu. Jakżeby mógł.
- Mhm. Była - nie potrzebował wiele, żeby potwierdzić opinię Geraldine tym całkiem wymownym odmruknięciem. - Nawet większą niż ktokolwiek mógłby się spodziewać - dodał po chwili namysłu, parokrotnie mrugając przy tym oczami, żeby wybić się z tego chwilowego zawieszenia, uderzając przy tym językiem o podniebienie.
- Wiem - odrzekł prosto, nieznacznie wzruszając ramionami. - Mówię tylko, że nie zawsze to robisz i w takim wypadku - nie dokończył, zamiast tego wzruszając ramionami.
Mogła to interpretować tak jak chciała. On wiedział swoje. Jak zwykle, prawda?
- O jakieś siedem lat? Plus minus? - Odbił pytanie, nie do końca odczekując, że odpowie mu faktycznie licząc te minione lata, bo trudno byłoby to zrobić.
Poniekąd sam nie wiedział, w jaki sposób mieli liczyć swój staż. Czy sięgać do Hogwartu? Czy liczyć te półtora roku? Niepełne dwa lata, jeśli dodać tamten niechlubny sześćdziesiąty piąty, którego połowę spędzili na kłótniach i ciskaniu w siebie gromami?
- Całe szczęście, my jesteśmy ze sobą wyjątkowo zgodni - nie mógł jej o tym nie przypomnieć.
W końcu sama wielokrotnie powtarzała te słowa, więc ich negocjacje także musiały przebiec w lekki i przyjemny sposób. W innym wypadku rozwijałaby się z prawdą, twierdząc, że są w stanie z łatwością się dogadać. A obiecali sobie szczerość, tak?
No cóż, nawet nie ukrywała, że w dalszym ciągu nie kłopotała się próbami zrozumienia jego roślinnych odniesień. Tu zdecydowanie była szczera.
- Kiedy mówisz o tym w ten sposób, mam wrażenie, że zupełnie inaczej zapamiętaliśmy tamten wieczór - stwierdził znacząco, bo on zdecydowanie pamiętał wypowiadane tam słowa.
Jakże miałby zapomnieć. Szczególnie, że nie mówił wtedy wyłącznie o kwiatach. One były wyłącznie metaforą. Teraz już to wiedziała, prawda?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down