Struktura czasu była tak bardzo wątpliwa. Byle co mogło ją naruszyć. Jedna zgaszona świeca za dużo wprawiała świat w nowe linie, które nie powinny mieć miejsca. Morpheus starał się nie zastanawiać, ile nie-urodzonych dzieci miał na sumieniu, istnień, które nigdy nie zaistniały, chociaż powinny, bo złapał kogoś za ramię i zatrzymał go w drodze.
Znajoma twarz w przerażonym tłumie była mu pociechą, pewny siebie Jonathan, który potrafił obrócić wszystko w żart, w ostrą szpileczkę komentarza, bohaterski. Dotknięcie ramienia, kilka słów, które pokrzepiają, bo świat był tak bardzo niepewny, gdy płonęło wszystko. Nadal był roztrzęsiony, ale spychał swoje emocje głęboko w dół, nawet jeżeli zbierało mu się na wymioty.
Morpheus w ciemnej szacie, z troską w oczach, zniknął w stronę Pokątnej i zbyt szybko pojawił się przy fontannie.
To nie był ten sam Morpheus. Ten śmierdział spalenizną, a dolną połowę jego twarzy zasłaniała brudna, wilgotna szmata, przez którą ciężko mu się oddychało. W okolicach nosa mężczyzny postała brązowiejąca plama, a rozmierzwione szpakowate loki tylko nieznacznie przysłaniały krew, sączącą się z jego uszu. Jego całe ubranie było przypalone, w trzęsącej się dłoni trzymał różdżkę. Przekrwione oczy patrzyły na Selwyna dzikim spojrzeniem pełnym bólu. To nie był ten sam Morpheus.
Ten Morpheus cofnął się w czasie do Fontanny i chociaż tam stał, to wcześniej (później) przydarzyło mu się coś złego. Nietrudno sobie wyobrazić, co, gdy zamiast odpowiedzieć na nerwowy słowotok Jonathana, złapał go w niedźwiedzi uścisk i zacisnął dłoń na ubraniu urzędnika, przystawił twarz do jego ramienia i wydał z siebie zwierzęcy krzyk, nie dbając o to, że brudzi go popiołem, smrodem spalenizny i sadzą.
Ubranie Selwyna skutecznie go stłumiło, a Longbottom zaraz się opanował, odsuwając od niego na wyciągnięcie ramienia. Zdjął kawałek materiału, prawdopodobnie z jego własnej koszuli, z twarzy, zaczynając kaszleć, gorzej niż po ciągiem wypalonej paczce papierosów. Złożył się w pół, opierając dłonie na kolanach, próbując złapać oddech.
– Wiem. Już mi to mówiłeś... To znaczy... Powiesz mi to. Widziałem tylko Tessę, antykwariat stoi, jeszcze... – mówił prawie bez sensu. – Kurwa, nie zapytałem cię... nieważne.
Świat płonął, Morpheus przeklinał. Można ogłosić koniec świaa.
Przewaga rodowa: Zmieniacz czasu
Zwada: Słabe płuca