11.04.2025, 10:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2025, 11:23 przez Rodolphus Lestrange.)
Komplementy były tutaj zbędne - zarówno on, jak i i jego towarzysze, doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak dobrą robotę wykonywali. W jaki sposób działali i że działali w imię wyższego dobra. Lestrange'owi zdarzyło się czytać wcześniej o poczynaniach Grindelwalda, który również tłumaczył swoje działania wyższą ideą. To, co się działo poza granicami kraju i w Durmstrangu nie było tak oczywiste, jak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka, lecz Rodolphus wiedział, że z Gellertem mieli sporo wspólnego: wszyscy, zarówno śmierciożercy, jak i ich mistrz. Z tą różnicą, że ich mistrz był lepszy i zdecydowanie zajmował w tej chwili zaszczytne miejsce numer jeden, jeżeli chodzi o najbardziej niebezpiecznych czarnoksiężników na całym świecie. Tak było w jego głowie, a w głowach innych? Cóż, po tej nocy również i w ich.
Gdy jego cruciatus uderzył w mężczyznę, pod maską pojawił się grymas zniecierpliwienia. Nie obrzydzenia, a zniecierpliwienia właśnie - Rodolphus był, mówiąc krótko, pierdolonym psycholem, który lubował się w krwi i cierpieniu. Nie robiło na nim wrażenia to, że ciało nieznajomego wyginało się na wszystkie strony, rozrywane niewyobrażalnym bólem. Czerpał z tego przyjemność i wyjątkowo trzymał gębę na kłódkę, nie pierdoląc na prawo i lewo, że była to niepotrzebna przemoc. Przemoc zawsze była potrzebna, żeby pokazać swoją dominację. Jednak zniecierpliwienie pod maską jasno pokazywało mu samemu: ile jeszcze? Co mają robić potem? Krew wrzała w jego żyłach, a oczy zaczynały lustrować okolicę w poszukiwaniu innych obiektów, którym należałoby pokazać, gdzie ich miejsce.
- Okolica jest czysta - poinformował, gdy jego towarzysz rozkazał mężczyźnie wstać. On jednak miał inny plan. Położył Stanleyowi dłoń na ramieniu - czystą, warto tu zaznaczyć, bo w przeciwieństwie do Mulcibera on nie ubrudził sobie rączek juchą. - Daj mi pół minuty.
Jego ton głosu nie brzmiał jak prośba - był wyprany z emocji, lecz lekko drgał, z tym że ciężko było określić, co to była za emocja. Vipera podszedł lekkim krokiem do ich ofiary, kiwając przy tym na Alexandra różdżką.
- Pamiętasz tę szlamę, Warda? - zapytał głosem dla odmiany miękkim, niemalże pieszczotliwym. Gdyby nie miał na sobie maski, pewnie teraz widać by było, jak słodko się uśmiechał i jaka psychoza błyszczała w tych stalowych oczach. - Wtedy nam przerwano. Teraz nam to nie grozi.
Maska pozostawała niewzruszona, ale usta Rodolphusa rozciągnęły się w uśmiechu. Kucnął przy wybrańcu, zaciskając pewnie palce na rózdżce. Mógłby coś powiedzieć, ale... Po co? Patrzył spomiędzy szparek w masce na jego twarz - tak zrezygnowaną i wypełnioną bólem po ostatnim cruciatusie, tym razem rzuconym przez Borgina. A potem uniósł różdżkę i przesunął ją w stronę skroni mężczyzny. Tak, on już nie będzie mówić. Teraz czas, żeby pozbawić go słuchu. Ale najpierw trochę zabawy. Ciekawe, co miał we wspomnieniach? Planował zadać mu przy tym jak najwięcej bólu - może jeszcze będzie się bronić?
Rzucam na Zauroczenie, przewaga legilimencja, PO
Rzut PO 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Edycja o konsekwencje na prośbę mg:
Był zły. Zły, bo nie stało się nic. Wiedział co miało się dziać gdy korzystał z Legilimencji, a teraz jego ofiara patrzyła na niego w oczekiwaniu, a on... Nie czuł, żeby mógł wejść do jego umysłu.