11.04.2025, 13:10 ✶
Aidan prychnął, jakby ta rozmowa zaczynała go irytować. Taki już był: niecierpliwy, nierzadko opryskliwy i zbyt pewny siebie. I pewnie zostałby przez innych uznany za gbura i zadufanego w sobie dupka, gdyby Victoria go nie znała - sam fakt, że wypytywał o rodzinę i ten niepokój w oczach świadczyły o tym, że martwił się. I w dupie miał swoje bezpieczeństwo.
- A wyglądam, jakby nie było w porządku? Fizycznie, psychicznie - jest okej - powiedział, ocierając czoło z kropelek potu. Na wspomnienie o Atreusie tylko przewrócił oczami. - No tak, Bulstrode. Przerwało nam połączenie, jakaś baba na mnie wpadła i nie zdążyłem mu przekazać, że wszystko okej, bo musiałem ratować ją przed linczem. Ludzie ochujeli, Vika, rzucają się sobie do gardeł tylko dlatego, że kojarzą nasze nazwiska. Mnie też obrzucono błotem.
Wzruszył ramionami, bo chociaż go to wkurwiło niemiłosiernie, to nie zamierzał się tym przejmować dłużej niż kilka sekund.
- Nie wybieram się na tamten świat, spokojnie. Ale miło wiedzieć, że już się na mnie nie gniewasz - usta Parkinsona wykrzywił uśmiech. Szach-mat, wystarczyło by ktoś powiedział Vice, że umiera, a ta już zapominała o tym, jak bardzo uderzył w jej godność i ego. Idealnie dla niego. - W Mungu sobie poradzą, w to nie wątpię. Byłaś w ministerstwie, jak sytuacja?
Chciał wiedzieć, bo przecież go tam nie było. Był w knajpie i pił niedobre, rozwodnione piwo, jak to wszystko się zaczęło. A potem stracił już rachubę ile osób uratował, a ile spłonęło na jego oczach.
Chciał wyciągnąć ręce w kierunku kuzynki i zamknąć ją w uścisku, poczuć jej przyjemnie chłodną skórę na swojej, lecz nie zdążył. Ludzie mogli opluwać ich wyzwiskami, lecz gdy zawalały się kolejne drewniane schody: szukali mundurów. A takowy miała na sobie Lestrange. Ktoś podbiegł do rozmawiającej dwójki krewnych i wyciągnął dłonie w kierunku Victorii.
- Pomocy, proszę! Tam... Tam jest mój ojciec, na piętrze, schody płoną! - była to dziewczyna, na oko młodsza od Aidana. Całkowicie umorusana i opalona w popiele. Płakała i drżała, a dłonią wskazywała na płonący budynek - płonął w środku, to zapewne te drewniane schody, o których mówiła.
- A wyglądam, jakby nie było w porządku? Fizycznie, psychicznie - jest okej - powiedział, ocierając czoło z kropelek potu. Na wspomnienie o Atreusie tylko przewrócił oczami. - No tak, Bulstrode. Przerwało nam połączenie, jakaś baba na mnie wpadła i nie zdążyłem mu przekazać, że wszystko okej, bo musiałem ratować ją przed linczem. Ludzie ochujeli, Vika, rzucają się sobie do gardeł tylko dlatego, że kojarzą nasze nazwiska. Mnie też obrzucono błotem.
Wzruszył ramionami, bo chociaż go to wkurwiło niemiłosiernie, to nie zamierzał się tym przejmować dłużej niż kilka sekund.
- Nie wybieram się na tamten świat, spokojnie. Ale miło wiedzieć, że już się na mnie nie gniewasz - usta Parkinsona wykrzywił uśmiech. Szach-mat, wystarczyło by ktoś powiedział Vice, że umiera, a ta już zapominała o tym, jak bardzo uderzył w jej godność i ego. Idealnie dla niego. - W Mungu sobie poradzą, w to nie wątpię. Byłaś w ministerstwie, jak sytuacja?
Chciał wiedzieć, bo przecież go tam nie było. Był w knajpie i pił niedobre, rozwodnione piwo, jak to wszystko się zaczęło. A potem stracił już rachubę ile osób uratował, a ile spłonęło na jego oczach.
Chciał wyciągnąć ręce w kierunku kuzynki i zamknąć ją w uścisku, poczuć jej przyjemnie chłodną skórę na swojej, lecz nie zdążył. Ludzie mogli opluwać ich wyzwiskami, lecz gdy zawalały się kolejne drewniane schody: szukali mundurów. A takowy miała na sobie Lestrange. Ktoś podbiegł do rozmawiającej dwójki krewnych i wyciągnął dłonie w kierunku Victorii.
- Pomocy, proszę! Tam... Tam jest mój ojciec, na piętrze, schody płoną! - była to dziewczyna, na oko młodsza od Aidana. Całkowicie umorusana i opalona w popiele. Płakała i drżała, a dłonią wskazywała na płonący budynek - płonął w środku, to zapewne te drewniane schody, o których mówiła.