• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#11
11.04.2025, 17:34  ✶  
Powrót do tamtych chwil nie był łatwy. Szczególnie, gdy w rzeczywistości nie minęło wcale tak dużo czasu, odkąd opuścili jaskinię. Trudno było mu w to uwierzyć, ale to był tylko tydzień. Aż tydzień, podczas którego poruszyli tyle tematów. Tak wiele się zmieniło od chwili teleportacji ze Snowdonii. Nigdy nie pomyślałby, że wyjdą stamtąd w ten sposób. Razem. Zmierzając do tego, by już tak pozostało.
- To? - Odbił tylko dlatego, że mógł to zrobić, ale przecież mogła się tego po nim spodziewać, czyż nie?
Już raz stwierdził, że należy to właściwie nazywać. I nawet, jeśli wtedy się kłócili a teraz rozmawiali miękko, cicho i spokojnie, zdecydowanie się ze sobą spoufalając, Ambroise zdecydowanie podtrzymywał tamto zdanie. Kochał ją, zawsze miał ją kochać, to, co ich połączyło było miłością. Jedyną w swoim rodzaju. Mieli wyjątkowe szczęście, że zdali sobie z tego sprawę we właściwym momencie. Mimo, że dosyć długo się temu sprzeciwiał, wewnętrzne czuł się naprawdę dobrze wreszcie się temu poddając.
- Chyba? - Powtórzył, kolejny raz unosząc brew. - To najlepsze pierdolone porównanie, na jakie było mnie stać. Jedyne w swoim rodzaju - tak, całkowicie celowo wtrącił w to przekleństwo, nawet jeśli nie był skory zbyt często ich używać.
W tym wypadku po to, żeby choć trochę rozluźnić atmosferę. Nie chciał pogrążać się w tych wszystkich ponurych wspomnieniach. Nie do tego zmierzał. Chciał poruszyć temat i go zakończyć. Raz na zawsze zamykając kwestię tego, czy będzie o niej pamiętać. Miał. Zawsze miał. Był tego pewien.
- Widzisz? - Dopowiedział, nadal starając się mówić w tym samym tonie. - Nie możesz mi już nigdy powiedzieć, że jestem zbyt uparty. Całkowicie słusznie mnie tam wzięłaś, nawet mi nie ufając - choć czy tak naprawdę?
Ufali sobie. Zawsze sobie ufali. Nawet udając, że jest inaczej.
- Byłem tym obcym elementem. Twoim asem - przytaknął bez skrępowania, tak zadowolony z tego faktu jak to tylko było możliwe. - Pozwólmy, że nie będziemy z tego ponownie korzystać. Tobie mam zdecydowanie więcej do zaoferowania - ale już to wiedziała, prawda?
Oferowali sobie znacznie więcej niż tą chwilową bliskość. Teraz po prostu znowu sięgali po to, co najsłuszniejsze. Dawali sobie to wszystko, na co zasługiwali.
Nie chciał znowu się odsuwać. Nawet po to, żeby być elementem zaskoczenia w walce z nieczystymi siłami. Zdecydowanie było lepiej, gdy znajdowali się tuż obok siebie. Mogli na bieżąco reagować na kryzysy. Razem. Znacznie skuteczniej. Jeszcze zanim przybierały tak gwałtowną formę. Robili to przez lata.
- Drugą i tak sobie wezmę, wiesz? - Odparł, nieznacznie unosząc przy tym brew i zawieszając spojrzenie na Geraldine. - Nie możesz wziąć parteru, bo tam jest kuchnia. Kuchnia jest moja, kwestionujesz to? - Oczywiście, że sobie z nią teraz po prostu pogrywał, bo tak naprawdę w żadnym wypadku nie robiło mu to jakiejkolwiek różnicy. - Kuchnia, składzik, całe podwórko z ogródkiem. Ganek może być twój... ...i tak zastawiasz go swoimi rzeczami. Możesz wziąć dolną łazienkę z wanną. I tak bierzesz dłuższe kąpiele. Moja będzie górna. Na telewizorze oglądamy tylko tych twoich mugoli, ale mam tam swoje książki, więc salon jest wspólny. Tak samo jak sypialnia. Oranżerię biorę dla siebie, tobie może przypaść w udziale cały strych, jeśli go wreszcie posprzątamy. Pokój gościnny to neutralny grunt, jest wspólny. A co do tego drugiego to - urwał, nie zamierzając w tym momencie zajmować się aż tak dalekosiężnymi planami, ale...
...chyba oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że tamto pomieszczenie nie bez powodu nie zostało jeszcze przerobione na ten cały gabinet, o którym kiedyś rozmawiali. Stało puste i tak było najlepiej.
- Plaża wspólna. Wrzosowisko? Niby nie jest nasze, ale poniekąd jest? Zaanektowaliśmy je wspólnymi siłami, więc chyba jest wspólne. O czymś zapomniałem? - Nie musiał być tak szczegółowy, ale w pewnym sensie sprawiało mu to całkiem dużą frajdę, więc nie zamierzał jej sobie szczędzić ani tym bardziej odbierać.
A potem usłyszał te słowa i...
...parsknął. Głośno i dosadnie, prawie zanosząc się śmiechem z niedowierzania. Kilkukrotnie krótko szczekając, gdy zaniósł się niezbyt dobrze tłumionym rechotem. Nie spodziewał się tego, choć prawdopodobnie powinien, w zachowaniu opanowania nie pomagało mu też to, w jaki sposób ujęła to jego dziewczyna. Ten jej ton głosu, te wszystkie zdania...
...kiedy wreszcie się opanował, po prostu kiwnął głową, gryząc wnętrza policzków od wewnątrz, żeby znowu nie parsknąć.
- Mhm. Zrobimy ognisko podczas Mabon i to tam spalimy - niby nie musieli czekać, ale w pewnym sensie temat najbliższego sabatu pojawiał się w ich rozmowach na tyle często, że żal byłoby nie wykorzystać tej okazji.
Odejścia lata i zarazem ostatniego pożegnania z tymi wszystkimi miesiącami. Z niepotrzebnym dystansem.
- Tak, wystarczy to zrobić - stwierdził po chwili, żeby być już całkowicie jasnym. - Wobec tego nie musimy zajmować się żadnymi formalnościami - kiwnął głową, jednocześnie wbijając wzrok w dziewczynę, żeby uraczyć ją tymi następnymi słowami. - To i tak było tylko na wszelki wypadek, wiesz, inaczej tak łatwo bym ci tego nie zostawił. Ktoś musiał płacić rachunki i podatki, i tak dalej, i tak dalej - oczywiście, że w tym momencie nie uciekał się do mówienia o wszystkim, co nim kierowało, gdy przez półtora roku nie podjął tematu rozliczenia kwestii ich wspólnego domu.
Ale przecież wiedziała, czemu tak naprawdę tego nie zrobił. To było ważne miejsce. I dla niego, i dla niej. Ich wspólny dom. Poza dzieckiem chrzestnym, ostatnie przypomnienie o tym, co ich łączyło. Nie byli ze sobą formalnie związani. Nie mieli ślubu. Teoretycznie łatwo było porzucić wszystko, zacząć życie osobno.
Jednocześnie w takim układzie, posiadanie domu zapisanego na nich oboje było podchwytliwe. Wystarczyło, że któremukolwiek z nich cokolwiek się stanie i to drugie miałoby problem. Dlatego przepisał jej swoją połowę tuż przed wypadem do Snowdonii. Nie dlatego, że naprawdę chciał odciąć się od tej części swojego życia. Za nic.
- Nie, ale szkoda byłoby nie skorzystać z okazji, prawda? - Obiecali sobie szczerość, więc teraz posłał jej szeroki uśmiech, wzruszając ramionami.
Mógł umieścić klauzulę tego pierwszego małżeństwa w ich pakcie. Nie mogła mu tego zabronić. Sama zrezygnowała z negocjacji zanim ustalili wszystkie warunki. A skoro już nazywała to zawieraniem cyrografu z diabłem to chyba nie obowiązywały go żadne reguły moralne, prawda?
- Wiesz, że jestem oportunistą - stwierdził bez wahania, zgodnie ze stanem faktycznym i z tym, co z pewnością doskonale wiedziała.
W końcu spędzili ze sobą naprawdę wiele lat. Niby wcześniej nie byli związani żadnymi oficjalnymi paktami, ale w tym momencie to chyba uległo mimowolnej zmianie. Co prawda jeszcze nic ze sobą nie podpisali, nie mieli na to raczej zbyt wielkiego parcia, dopiero zaczęli uzgadniać ze sobą warunki dotyczące wspólnej przyszłości, ale fakty pozostawały faktami. W tym wypadku kiedyś naprawdę powinni wreszcie sformalizować swój związek.
- Sugerujesz mi, że gardzisz takimi paktami? - Wbrew pozorom, tym razem całkiem gładko sobie z tego żartował.
Nie potrzebował upewniać się, co do tego jak wygląda rzeczywistość. To też poniekąd już sobie wcześniej wysrali. Zdawał sobie sprawę z tego, że podszedł zbyt zachowawczo do kwestii kamyka. Nie musiał aż tak długo z tym czekać. Skoro mieli zbieżne oczekiwania odnośnie późniejszych etapów życia, tutaj także chyba byli na tej samej stronie.
- No, na pewno nie. Mogłabyś to dodatkowo podkręcić paroma kontrowersyjnymi decyzjami. Przekazać pół majątku na rzecz charłaków, drugą dla mugoli. Gwarantuję, że wtedy to już w ogóle nigdy by o tobie nie zapomnieli - klasnął językiem o podniebienie, przygryzając policzki od wewnątrz, żeby nie uśmiechnąć się zbyt szeroko.
Sam nie do końca wierzył we własne słowa, ale w końcu lubili karmić się kontrowersjami, co nie? To z pewnością byłoby dosyć spektakularne rozwiązanie. I przy tym zupełnie nie wchodzące w grę, dlatego wyjątkowo łatwo było o nim mówić. Nie miało się spełnić. Nie, jeśli za jakiś czas mogli nie być już sami.
- Za kilka lat? - Odparł gładko z nieznacznym uśmiechem, doskonale zdając sobie sprawę, że to dosyć śmiała sugestia jak na to, co dopiero zaczynali odzyskiwać, ale z drugiej strony.
Przecież już rozmawiali na ten temat. Nie tak spokojnie. Poniekąd po to, żeby się nawzajem zranić, ale nie dało się ukryć, że przekazali sobie dosyć istotną informację: był czas, gdy oboje tego chcieli. I nawet jeśli obecnie wszystko było zbyt skomplikowane, żeby robić tak śmiałe założenia, magiczna wojna nie miała przecież trwać wiecznie, prawda?
Grindelwald był silny, prawdopodobnie znacznie silniejszy, a i tak upadł. Po jednym tyranie następowały czasy spokoju, później nadchodził kolejny, ale i on upadał. Kiedyś wreszcie musiał na powrót zagościć spokój. Wtedy i prawdopodobnie tylko wtedy, bo przecież byli całkiem odpowiedzialni, mogli pomyśleć o tym, co jej teraz zasugerował.
Nie być tylko formalnym małżeństwem, lecz także stać się więcej niż dwuosobową rodziną. Pomyśleć o pąklach. O przekazaniu wszystkiego dalej. O czymś, co może teraz wydawało się dosyć absurdalne, ale skoro nawiązali do tego tematu to nie zamierzał zarzekać się, że nie chce tego wcale. Nawet, jeśli jeszcze kilkanaście dni temu mówił przyjaciółce o tym, że zupełnie nie nadaje się do tej roli, to mogło się zmienić.
Potrzebowali tylko większej stabilności. Spokojniejszego świata. Nie chaosu, który dział się na każdym kroku. Wtedy może?
- Gdy to wszystko się uspokoi. Czemu by nie? - Stwierdził tak po prostu, bardzo lekko kręcąc przy tym głową, bo mimo wszystko ten temat rozwinął się całkiem szybko.
Tym bardziej, że jeszcze wczorajszego wieczoru zupełnie nie wiedzieli, na czym stoją. A parę dni wcześniej wyrzucali sobie tę wizję sprzed lat w formie bolesnej, kąśliwej wtrętki. Czegoś w rodzaju najgorszego możliwego wyrzutu, jaki mogli sobie zrobić. Nie wydawało mu się, żeby którekolwiek zapomniało słowa, jakie sobie wtedy powiedzieli. Zapiekły naprawdę mocno. Tyle tylko, że w tym momencie chyba udowadniali sobie, że nie miały większego sensu.
Byli rodziną. Mogli nią być w znacznie głębszym stopniu. Nie teraz, ale kiedyś w przyszłości. Dokładnie wtedy, kiedy by tego chcieli. Decydowali o tym sami. Wystarczyło tylko, żeby tym razem mówili o swoich planach na przyszłość. To, co wcześniej było skomplikowane, w gruncie rzeczy było wyjątkowo prostsze. Dużo bardziej niż część pozostałych tematów.
Parsknął cicho, słysząc odpowiedzi Geraldine i niemalże bezwiednie wywracając oczami. Nawet nie próbował skomentować ani jej nagłego bycia miłą, ani sugestii rozczłonkowania mu kumpla. Służyć wskazówkami dotyczącymi dobrego wychowania także nie miał zamiaru. Szczególnie, że wiedział, że Aloysius czy tam Benjy w dalszym ciągu je zna. Po prostu ma na nie wyjebane. Poniekąd dostał sztywniejsze i bardziej czystokrwiste wychowanie od Ambroisa. Nie dało się tego ukryć, choć informacja od Geraldine, że nie zadawała się z Rookwoodami wydawała mu się na swój sposób zaskakująca.
- Źle - odpowiedział krótko, poniekąd dosyć sucho, zgodnie z faktami. - Jeśli miałbym stawiać zakłady na to, kto jest najbardziej zawziętymi poplecznikami Czarnego Dzbana, postawiłbym cały majątek na tamtych ludzi - bez zająknięcia, bez chwili zastanowienia, bez mrugnięcia okiem, tak po prostu. - Zwłaszcza na Thaddeusa. Starego Aloysiusa. Niestety teraz został z samymi córkami, bo miał tylko jednego syna, więc nie ma komu przekazywać swoich mądrości - to samo w sobie było całkiem wymowne, jednak nie zamierzał posiłkować się wyłącznie ogólnikami, skoro już poruszyli ten temat.
Szczególnie, gdy Geraldine dodała to jedno zdanie, z którym jednocześnie mógł i nie mógł się zgodzić. To była skomplikowana sytuacja. A on...
...cóż, nie wchodził wcześniej w kłótnię między swoimi najbliższymi osobami. Mimo wszystko nadal uznawał Loysa za kogoś takiego. Rina natomiast była dla niego najistotniejsza. Jednak w tym momencie postanowił rozwinąć temat. Mimo wszystko, mieli spędzić ze sobą co najmniej kilkanaście dni podczas odwyku Astarotha. Mogli się nie lubić, nie być swoimi największymi fanami, ale wypadało, by nie skakali sobie do gardeł, przerzucając się wyrzutami.
- Wiesz jak to jest z psami? - Nie oczekiwał odpowiedzi, powracając do tematu w taki a nie inny sposób, bo chyba nie widział porównania, które mogłoby lepiej do niej trafić. - Takimi trzymanymi krótko? Na uwięzi. Kopanymi, musztrowanymi, trenowanymi pod walki? - Nie chciał zbyt mocno zagłębiać się w temat, który dotyczył go tylko po części, w tym wypadku postanawiając posłużyć się metaforami, nawet jeśli nie był w nie najlepszy.
Kontynuował jednak, wpatrując się przez chwilę w sufit.
- Rookie zerwał się z łańcucha. Przy Alice. A ona miała dla niego wyciągniętą rękę, ciepłe słowo, karmiła go... ...głupi dupek nie widział, że kłamstwami. Atakował nas, żeby jej bronić. Pewnie wreszcie by otrzeźwiał, ale wtedy wpadli. Ożenił się z nią tuż przed wakacjami na ostatnim roku Hogwartu. W wolny weekend w Londynie. Wyciągnął nas na wypad, wszyscy tam byliśmy. Możesz spytać Corneliusa, jak to wyglądało i co było potem - stwierdził, choć nie sądził, aby musiała czy zamierzała to robić; ten telegraficzny skrót miał jej wystarczyć. - To był przedostatni miesiąc, gdy jeszcze byliśmy wszyscy razem. Stanął w szranki z ojcem. Nie wiem, czego się spodziewał, ale Thaddeus był w stanie ich zabić. Może nie własnego dzieciaka. Jedyny syn, wiesz... ...ale szlamę i mieszańca? Pomyłkę, skazę na rodowym drzewie? - Parsknął cicho pod nosem, nie sądząc, że pozostawało tu miejsce na zbyt wiele złudzeń. - Corio załatwił im papiery. Spierdolili z kraju, bo nie było szans na to, żeby tu zostali. Nie bez konsekwencji swoich własnych chujowych wyborów - zakończył powoli, kiwając głową.
W jego umyśle to dosyć jasno się spinało. Tak naprawdę nie potrzebował dodawać wiele więcej.
- Była, choć podejrzewam, że nadal jest tylko jedna osoba, do której nie skakał. Co śmieszniejsze: kobieta. Niedoszła żona jego starszego brata. Nawet jako dzieciakom, nietrudno było nam zauważyć, że panicznie się jej bał. Wiesz, kto to taki? - Rzucił w ramach rozluźnienia atmosfery, zdając sobie sprawę z tego, że Geraldine nie dysponuje zbyt wieloma typami, więc najpewniej od razu strzeli w dziesiątkę.
- Tu mógłby być koniec, ale wracamy do punktu wyjścia. Jak mówiłem: nie ma już Alice. Spodziewasz się, czemu? - Spytał, ani nie powstrzymując goryczy, ani tak właściwie nie zamierzając czekać na odpowiedź; parsknął cicho z niedowierzaniem, po prostu kończąc historię. - Znudził jej się. Naiwny patafian nie był zgodny z oczekiwaniami wielkiej panny, która marzyła o rezydencji z ogrodem i ciepłym przyjęciu w gronie elity. Myślała, że złapała Merlina za kostki. Po kilku latach poszła w długą z jakimś innym frajerem. Skończyła się wielka miłość - w jego oczach tak to zawsze wyglądało, gdy zadawało się z ludźmi zupełnie nie z tego samego świata, innej klasy, o innych wartościach.
W tym konkretnym przypadku: z mugolaczkami. Tak po prawdzie, to była jedna z tych historii, które wpłynęły na to, że sam też przez długi czas unikał zaangażowania emocjonalnego. Kolejny dowód, że lepiej było być samemu niż mierzyć się z konsekwencjami. A jednak w tym momencie był szczęśliwy. Życie obróciło się na jego korzyść, mimo wszystkiego, co zrobił. Być może stanął przed wyzwaniami, ale miał szczęście. Zdawał sobie z tego sprawę.
- Nie liczą - przytaknął, jakoś nie czując potrzeby zbytniego zagłębiania się w te analizy.
Tak jak z tym ich niesławnym półtorej godziny, które prawdopodobnie już właśnie mijało, tak z całą resztą wcale nie potrzebował tego robić. Już nie. Nie musiał spoglądać na kalendarz i mierzyć się z myślą, że upłynęło tak wiele wody, odkąd wszystko się skomplikowało. Teraz było już prościej. I miało być. Cała reszta nie miała znaczenia. No, może poza tymi kilkoma specjalnymi dniami, ale o tym nie musieli mówić, prawda? Zawsze po prostu je uwzględniali. Reszta historii pisała się sama.
- Wiesz, że cię wtedy okłamywałem, prawda? - Rzucił luźno w odpowiedzi, sięgając ręką, żeby odgadnąć Rinie włosy z policzka, muskając palcami jej wargi. - Kłamałem w żywe oczy. Naprawdę trudno mi było trzymać ręce przy sobie - zresztą bezwiednie przesuwał je wtedy wzdłuż jej nogi, tego też nie dało się nie zauważyć, nawet jeśli z jakiegoś powodu starali się udawać, że jest inaczej, otaczali się ramami i granicami.
A było tak blisko.
- Tamten gorset - napomknął, uśmiechając się do siebie pod nosem na samo wspomnienie wrażenia, jakie na nim zrobił - rwałbym go zębami, dokładnie to miałem na myśli przy tych niekonwencjonalnych sposobach pomocy. Mogłabyś czasem jakiś założyć, wiesz? Lubię kiecki z gorsetami - no, skoro już byli ze sobą szczerzy to musiał jej o tym napomknąć: nosiła zdecydowanie za mało kreacji podobnych do tamtej. - Za rzadko po nie sięgasz. Marnujesz potencjał, zwłaszcza z tymi cyckami - teraz już mógł to mówić, tak?
No, zachwycał się jej cyckami. Tak wtedy, tak teraz.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (18194), Geraldine Greengrass-Yaxley (13261)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 14:52
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 19:13
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 22:02
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 16:46
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 18:35
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 20:10
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 22:45
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.04.2025, 18:27
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.04.2025, 21:45
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 14:44
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 17:34
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 19:29
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 21:38
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.04.2025, 08:49
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.04.2025, 14:25
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.04.2025, 21:41
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.04.2025, 00:18
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.04.2025, 21:12

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa