11.04.2025, 17:55 ✶
Coraz mniej ogarniała co się dzieje, więc siedziała cicho notując w pamięci o co powinna zapytać Asenę jak będzie mniej ludzi, chociaż szczerze powątpiewała, żeby zapamiętała całą listę pączkującą jak drożdżowe ciasto ugniecione rękami Lewisa. Gubiła koncentrację, szczególnie, że było coraz głośniej a zapach... zapach obecnie już był wystarczająco zmieszany, by mogła potwierdzić lub zaprzeczyć pytaniu Wilczycy. W Rejwachu zawsze był no... rejwach, ale teraz tak jakby zakotłowało się bardziej. Może to kwestia dnia tygodnia, może po prostu taki układ gwiazd. Ten cały pożar, niby normalna sprawa. Wypuściła z siebie powietrze wprawiając wargi w lekko niespokojny terkot, gdy próbowała na kimś z tłumu zawiesić oko jakkolwiek dłużej.
Wtedy podszedł do nich szef tego wszystkiego, mimowolnie się napięła (w takim dobrym sensie, to było napięcie pełne gotowości), bo mało było męskich figur w jej życiu, ale trzeba było przyznać, że kiedy pierwszy raz zamienili ze sobą słowo, to zapytała od razu, czy pan Woody był może 20 lat temu w Afryce (och bo tak słyszałam, ktoś wspominał, że Pan podróżował - skłamała bez mrugnięcia okiem bo przecież Nico Z Edynburga nie miała nic wspólnego z Tanzanią). Niestety nie był, co przyjęła ze smutkiem, szczęśliwie nie czyniło go to martwym, więc zwyczajnie cieszyła się jego obecnością gdzieś w okolicy. Podobnie było i teraz, a zrobiło jej się szalenie miło gdy się o nią zmartwił (o nią! Nikomu innemu tak nie powiedział!) i zalecił, że ma iść do domu. Nie miała serca mówić mu, że hehe to byłby kawał drogi (do hehe Edynburga oczywiście), czy też że jej worek jest za mały, żeby ją pomieścić. Czy coś. Zamiast tego skinęła posłusznie głową i podziękowała Asenie za grę. Zajrzała jeszcze do Lewisa (wcale nie po to, by zwędzić mu kawałek sera). Pomachała mu ręką i obiecała, że jutro zajrzy (oczywiście, że zajrzy, jak można było nie zajrzeć, skoro się mieszkało prawie, że na stałe od kilku dni w ścianach tej pięknej tawerny z brakiem dostępu do morza?).
Potem wróciła na salę, przypilnowała, żeby wszyscy byli zajęci sobą i rozmawianiem i nie patrzeniem na nią. Narzuciła płaszcz (obowiązkowo głęboki kaptur! Zupełnie jak sąsiedzi knajpy!) na siebie i worek. Te rude włosy, może to nie był taki dobry pomysł, żeby koniecznie być rudym? Lubiła jakoś się wyróżniać z tłumu, ale lepiej byłoby się absolutnie nie wyróżniać. Może warto byłoby przyjść tutaj jednak kiedyś Keyleth? Ale czy Lewis by ją polubił tak samo jak lubił Nico? A Asena? Poczuła zazdrość o samą siebie (matka zganiłaby ją bardzo za takie postrzeganie świata, ale tutaj w Anglii wiele rzeczy było inaczej niż pośród wrzącej sawanny) i wysmyknęła się na piętro, aby wyhaczyć odpowiedni moment i pozwolić płynąć ciału, pozwolić płynąć materii, pozwolić płynąć samej sobie i podjąć próbę przemiany w szczu... eee... znaczy we fretkę. Bardzo ładną zgrabną freteczkę, której na czole niezmiennie kręcił się pojedynczy loczek, odbicie posiadania przez samą Key burzy loków. Jeśli by się jej zaś udało, od razu czmychnęłaby w wydeptanej ścieżce do pokoju pana szefa. Jego ciśnięte gdziekolwiek bądź ubrania był zawsze przyjemnym miejscem na drzemeczkę.
Wtedy podszedł do nich szef tego wszystkiego, mimowolnie się napięła (w takim dobrym sensie, to było napięcie pełne gotowości), bo mało było męskich figur w jej życiu, ale trzeba było przyznać, że kiedy pierwszy raz zamienili ze sobą słowo, to zapytała od razu, czy pan Woody był może 20 lat temu w Afryce (och bo tak słyszałam, ktoś wspominał, że Pan podróżował - skłamała bez mrugnięcia okiem bo przecież Nico Z Edynburga nie miała nic wspólnego z Tanzanią). Niestety nie był, co przyjęła ze smutkiem, szczęśliwie nie czyniło go to martwym, więc zwyczajnie cieszyła się jego obecnością gdzieś w okolicy. Podobnie było i teraz, a zrobiło jej się szalenie miło gdy się o nią zmartwił (o nią! Nikomu innemu tak nie powiedział!) i zalecił, że ma iść do domu. Nie miała serca mówić mu, że hehe to byłby kawał drogi (do hehe Edynburga oczywiście), czy też że jej worek jest za mały, żeby ją pomieścić. Czy coś. Zamiast tego skinęła posłusznie głową i podziękowała Asenie za grę. Zajrzała jeszcze do Lewisa (wcale nie po to, by zwędzić mu kawałek sera). Pomachała mu ręką i obiecała, że jutro zajrzy (oczywiście, że zajrzy, jak można było nie zajrzeć, skoro się mieszkało prawie, że na stałe od kilku dni w ścianach tej pięknej tawerny z brakiem dostępu do morza?).
Potem wróciła na salę, przypilnowała, żeby wszyscy byli zajęci sobą i rozmawianiem i nie patrzeniem na nią. Narzuciła płaszcz (obowiązkowo głęboki kaptur! Zupełnie jak sąsiedzi knajpy!) na siebie i worek. Te rude włosy, może to nie był taki dobry pomysł, żeby koniecznie być rudym? Lubiła jakoś się wyróżniać z tłumu, ale lepiej byłoby się absolutnie nie wyróżniać. Może warto byłoby przyjść tutaj jednak kiedyś Keyleth? Ale czy Lewis by ją polubił tak samo jak lubił Nico? A Asena? Poczuła zazdrość o samą siebie (matka zganiłaby ją bardzo za takie postrzeganie świata, ale tutaj w Anglii wiele rzeczy było inaczej niż pośród wrzącej sawanny) i wysmyknęła się na piętro, aby wyhaczyć odpowiedni moment i pozwolić płynąć ciału, pozwolić płynąć materii, pozwolić płynąć samej sobie i podjąć próbę przemiany w szczu... eee... znaczy we fretkę. Bardzo ładną zgrabną freteczkę, której na czole niezmiennie kręcił się pojedynczy loczek, odbicie posiadania przez samą Key burzy loków. Jeśli by się jej zaś udało, od razu czmychnęłaby w wydeptanej ścieżce do pokoju pana szefa. Jego ciśnięte gdziekolwiek bądź ubrania był zawsze przyjemnym miejscem na drzemeczkę.
Transmutacja III - próba przemiany we Fretkę, przewaga Animag.
Rzut Z 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!