• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#13
11.04.2025, 21:38  ✶  
Miłość. Tak, to było znacznie lepsze słowo, nawet jeśli na ogół nie musieli posiłkować się żadnymi deklaracjami, żeby wiedzieć, co ich łączy. W ostatnich dniach robili to wyjątkowo często, ale chyba właśnie tego potrzebowali? Poniekąd nadrabiali czas spędzony osobno, próbując wyjaśnić sobie swoje pobudki i podjęte decyzje, jednocześnie raz za razem sięgając po te słowa. Kocham cię padło niezliczenie wiele razy. Więcej niż kiedykolwiek przez długie lata. Brzmiało dobrze. Wyjątkowo dobrze. Bardzo na miejscu.
- Wiem, że przepadasz za poetami - stwierdził bezbłędnie, bo przecież zdawał sobie sprawę z tego, jak wielką miała słabość do wierszokletów i artystów, prawda?
Wcale nie trzasnęłaby ich w twarz drzwiami. Wcale.
- Wiem, że tak naprawdę mi ufałaś i mało brakowało, żebyśmy wylądowali na biurku w Dolinie Godryka. Tak lepiej? - Wtedy też mogłaby mu napisać list.
Tyle tylko, że swoimi zgrabnymi pośladkami utytłanymi w kałamarzu. Odbitymi na umieszczonym tam pergaminie chaotycznie przesuwanym to w jedną, to w drugą, gdy sięgałby ku tym jej przeklętym obcisłym spodniom, żeby spróbować je z niej zdjąć. Wybrali natomiast znacznie trudniejszą, bardziej skomplikowaną ścieżkę. Jak zwykle zresztą. Ale może właśnie tego potrzebowali?
Nie dało się ukryć, że prędzej czy później musieli ponownie się do siebie zbliżyć, ale robiąc to w Whitby tuż po opuszczeniu Snowdonii, ich pierwsze wspólne godziny były znacznie bardziej łagodne. Czułe i spokojne, niemalże jak narkotyczny sen, czemu sprzyjało także tamto wyczerpanie i coś na kształt głębokiego szoku. Dzięki temu nie kwestionowali tego, że nadal się kochają. Kłócili się żarliwie, to fakt, ale o inne rzeczy.
Kocham cię zabrzmiało bardziej szczerze, gdy było powiązane z opiekuńczymi gestami, nawet jeśli później nadeszła lawina wyrzutów. Gdyby zrobili to w tych wcześniejszych okolicznościach, kto wie, gdzie by teraz stali...
...czy tam leżeli.
- Nie - zaprzeczył od razu, mrużąc przy tym oczy i posyłając dziewczynie niezbyt zadowolone spojrzenie. - Nie mam króliczych zębów i jeśli mi to sugerujesz - to chyba wiedziała, co miało się stać, prawda?
Bardzo możliwe, że miał całkiem duże zęby, zwłaszcza przednie, ale nie, zdecydowanie nie był królikiem, którego mogłaby wyciągać z kapelusza. Zresztą już jej powiedział, do czego mogła go ewentualnie porównywać.
- Jeśli już to jestem twoim psem gończym - nie miał najmniejszego problemu z użyciem tego porównania; zarówno teraz, jak i wtedy w tamtym momencie zupełnej wściekłości. - Czy tam obronnym. Tym i tym. Zależy od potrzeb - to porównanie ani trochę w niego nie godziło, bo czemu miałoby?
Było wyjątkowo trafne. Nieważne, w którym momencie ich relacji. Czy wtedy, gdy byli razem, czy w momencie łudzenia się, że są swoimi najlepszymi przyjaciółmi albo tylko sojusznikami. Łaził za nią, pałętał się za jej długimi nogami, nawet jeśli był przy tym niespecjalnie skory do rozmowy albo wręcz tak jak w Snowdonii: nabzdyczony.
Tak, z tego też zdawał sobie sprawę. Nie zamierzał mówić o tym na głos, bo było to już za nimi, ale w tamtym momencie robił wszystko, żeby pokazać swój niechętny, ale konieczny udział w sprawie. To nie było zbyt wysokie zachowanie, ale oboje raczej nie świecili wtedy przykładem na to, w jaki sposób powinni zachowywać się ludzie, którzy nadal są w sobie kurewsko zakochani.
- Nie musimy wychodzić dzisiaj z domu - stwierdził gładko, nie wahając się ani przez moment, bo skoro już oferowała zajęcie się weryfikacją jego oferty, to lepiej wypadało, by byli przy tym sami w czterech ścianach mieszkania.
Nie to, żeby nie był w stanie dopuścić do siebie wizji innych okoliczności, ale na to zdecydowanie mieli czas. Dużo czasu.
- Dwie półki na księżycówkę i ognistą, jedna na domowe wino, ale w zamian dasz mi postawić kilka doniczek z krzakami na strychu - to była wyjątkowo korzystna oferta, tak?
Szczególnie, że poniekąd oboje na tym korzystali, dzieląc się wspomnianymi dobrami.
- Mój podział jest najlepszy. A ten pokój - urwał, nie musząc wchodzić jej w słowo, nawet jeśli ona wcześniej weszła w nie jemu.
Tu nie potrzebował mieć ostatniego zdania. Nie, gdy było takie same. Nie wątpił, że nie miała na myśli Astarotha. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, dokąd zmierzali zanim to wszystko się rozpadło i teraz chyba też. Może nie od razu, bo zdecydowanie potrzebowali czasu dla siebie, aby wszystko pozlepiać i naprawić, ale z pewnością w nie tak długim czasie.
- Tak, jesteś najbardziej przezorną, zachowawczą osobą, jaką znam - przytaknął całkiem poważnie, tyle tylko, że z jednoczesnymi kurwikami w oczach, bo mimo wszystko trochę go to bawiło.
Szczególnie, że jak na ten moment wszystko zdawało się układać się niemalże samo. Nie musieli przejmować się żadnymi papierami, zbędnymi formalnościami i ich cofaniem. W tym wypadku podobało mu się, że z tym zwlekała. Nie mogła postąpić lepiej.
- Wiem, Ma Moitié, dlatego ja w tym domu zajmuję się takimi rzeczami - ujął to bardzo prosto i bez większego wysiłku, bo w gruncie rzeczy nijak tu to nie przeszkadzało.
Oboje naturalnie dzielili się obowiązkami. Nie zamierzał narzekać na to, że coś takiego przypadło mu w udziale, bo jeśli chodzi o takie sprawy, może nie był wielkim wielbicielem papierologii, ale był do niej całkowicie przyzwyczajony. Dom rodzinny, Mung, prywatną działalność, pokątne sprawy. To wszystko wymagało tego typu kontroli, więc ją sprawował. Ot co. Koniec historii.
- Doskonale, bo ja też - kiwnął głową, jednocześnie wbijając w nią wzrok i bez uprzedzenia obdarzając ją kolejnymi słowami, które same cisnęły mu się na język. - Najpierw przyjdę po twoje dziewictwo - no, jak to się robiło po ślubie, tak?
Bo rzecz jasna musiała być dziewicą. Jak każda młoda panna z dobrego domu wchodząca w związek małżeński, nosząca biel do ślubu i tak dalej.
- A potem po duszę - tu też mieli zupełną jasność, prawda?
Tak to już było z tymi wszystkimi paktami. Po zawarciu pierwszego małżeństwa mógł liczyć na jedną część umowy. Po wygaśnięciu jej drugiego, na pozostały fragment. Za to ten mityczny młody frajer, były kochanek, mąż numer dwa nie mógł liczyć na nic. To była całkiem zabawna wizja. Głupia, ale zabawna. Zwłaszcza, jeśli powiązali ją jeszcze z charłakami i szlamią chołotą.
- Kontrowersje są warte każdych pieniędzy - przytaknął bez wahania.
W końcu się na nich znał, tak? Mogła ufać jego eksperckim opiniom w wielu tematach. Nie zwykł szastać faktami. No, może tylko tak trochę...
- Dla mnie nigdy nie będziesz - odpowiedział w pierwszej chwili, obdarzając dziewczynę tymi wyjątkowo wylewnymi, może nawet całkiem romantycznymi zapewnieniami, zanim nie spoważniał.
W końcu pytała go całkiem na serio. Przynajmniej takie odniósł wrażenie. Spoglądając na nią, zmarszczył brwi, jednocześnie bezwiednie kiwając głową. No cóż. Deklaracje deklaracjami, ale jeśli mieli być ze sobą szczerzy?
- Patrząc na to w tych oficjalnych kategoriach, tak czy siak będziemy starymi rodzicami - dziwne, bo dopiero tego ranka przeszli do oficjalnego zagwarantowania sobie wspólnej przyszłości a teraz po raz pierwszy wypowiedział to określenie na głos.
Nie zrobili tego przed laty. Nie mówili tego wprost. Nie podzielili się ze sobą tymi chęciami, oczekiwaniami, marzeniami. Zrobili to właśnie teraz w tej chwili. W kontraście do tylu wspólnie spędzonych lat, naprawdę szybko.
- Kilka lat tego nie zmieni. Szczególnie biorąc pod uwagę obecne czasy i naszą sytuację - stwierdził w końcu, na tyle otwarcie, na ile chyba powinni rozmawiać na ten temat.
W końcu byli wieloletnią parą z długim stażem, nie dzieciakami. To, że nigdy wcześniej tego nie robili nie znaczyło, że musieli przez cały czas mieć ten temat z tyłu głowy, ale nigdy nie mówić o nim wprost. Chcieli spędzić ze sobą życie, więc mogli podzielić się spostrzeżeniami już teraz, nawet jeśli dopiero co na powrót stali się swoimi ludźmi. Nie czekać na inną okazję.
- Po prostu będziemy mieć na uwadze mniejsze przerwy między pąklami. Nie takimi jak między mną a moją siostrą, choć w naszym wieku to i tak nie powinno wchodzić w grę. Ani nie daj, Merlinie, między naszą dwójką a najnowszym wymysłem - to mówiąc, przesunął językiem po zębach, kręcąc głową i tak po prawdzie chyba dopiero w tym momencie orientując się, że nie podzielił się z ukochaną akurat tymi wieściami. - Evie jest w ciąży. To będą raptem trzydzieści cztery lata, nie? - Był wymownie zniesmaczony, naprawdę wymownie, wymownie zniesmaczony, tym bardziej, że między nim i jego macochą była raptem dekada różnicy.
No właśnie. Gdyby jednak z Geraldine postanowili zrobić coś zupełnie wbrew logice i zafundować sobie swojego pierwszego pąkla, między jego rodzeństwem a dzieckiem byłoby raptem kilka miesięcy różnicy. Ot, drobne spięcie logiczne, niewielki zgrzyt. Coś, z czego Ambroise bez dwóch zdań nie był zadowolony i nie zamierzał się z tym kryć. Przynajmniej nie tu i teraz, gdy byli zupełnie sami. Nie aprobował tego pomysłu, nawet jako rodzinny człowiek.
- A więc mamy kolejną niezwykłą zgodność - mimowolnie drgnął mu kącik ust, bo coś ostatnio wyjątkowo szaleli z tymi jednakowymi zdaniami.
Jeszcze chwila i naprawdę ułożą sobie wyjątkowo zgrabne życie. Znacznie lepsze niż kiedykolwiek mieli, choć wtedy też nie mogli narzekać. Szukali kompromisów. Nie próbowali kopać się z hipogryfami, tylko oboje dążyli do porozumienia. Teraz jednak robili to wyjątkowo często.
Nie to, by był z tego niezadowolony. Rzadko kiedy rzeczywistość była aż tak pozytywnie rozbieżna z oczekiwaniami. Zapewne nie miało tak pozostać zawsze, ale nie wątpił, że potrafili tworzyć coś naprawdę dobrego. Właściwego. Pod tym kątem byli wyjątkowo przyjemnie odmienni od otoczenia.
- Nie, nie w takim wypadku - zaprzeczył bez chwili namysłu, nie potrzebował zastanawiać się nad podejściem tamtego człowieka. - Dla takich ludzi córki są jedynie towarem, Rina, oni nie podchodzą do tego jak moja czy twoja rodzina. Jak mój ojciec, twój ojciec, ja czy twoi bracia. Dla nich w najlepszym razie posiadanie córki to karta przetargowa, ładna ozdoba, w najgorszym: zbędny balast, bo trzeba dać takiej na posag. Jasne. Na pewno nakarmił je swoimi ideologiami, ale nie bardziej niż uznał za konieczne, żeby je ustawić. Ułożyć, ale nie przesadzić z przepełnianiem ich ptasich móżdżków informacjami - nie wygłaszał teraz własnych opinii, z pewnością to wiedziała, po prostu przedstawiał jej ten ogląd na sytuację, przekonania znacznej części bogatych mężczyzn czystej krwi. - Wszystkie bardzo młodo wydał za mąż, każda skończyła w aranżowanym związku. Wątpię, żeby zaprzątał sobie głowę ich preferencjami. Dobił targu - bo niestety tak to właśnie wyglądało w ich świecie, nawet w tak rzekomo postępowych czasach.
Jako prywatny medyk obracał się w gronie naprawdę różnych ludzi. Miał okazję spotkać się z wieloma przejawami najciemniejszych stron tradycjonalizmu. Sam uważał się za dosyć konserwatywnego człowieka, ale respektował znaczną część granic. Pod tym kątem był wyjątkowo wyrozumiały. Nie podzielał zdania takich osób, ale wiedział, że było wielu takich, nawet z jego pokolenia oraz młodszych, którzy to robili. Wszystko w imię porządku i tradycji.
- Mhm - kiwnął głową, kwitując to już wyłącznie tym.
Mimo wszystko nie miał ochoty zbyt mocno zagłębiać się w nieswoją historię, szastać faktami z cudzego życia. Nawet po to, żeby poinformować najbliższą mu osobę jak wyglądają realia. Nie zgadzał się z wszystkimi wyborami dokonanymi przez przyjaciela, ale z biegiem czasu był w stanie zrozumieć przynajmniej ich część. W pewnym stopniu, nieznacznie. Na tyle, na ile.
- To nie strach - zaprzeczył praktycznie od razu, wbijając w Geraldine karcące spojrzenie zmrużonych oczu. - To respekt. Nie wiesz tego - bo i skąd by miała, szczególnie, że ciotka Corneliusa zdecydowanie za nią przepadała, nawet jeśli nijak tego nie okazywała, bo nie zwykła tego otwarcie robić. - Ale Ursula potrafi być naprawdę... ...druzgocąca. Po prostu lepiej tego unikać - stwierdził, jednocześnie nie wspominając o tym, że przez te ostatnie półtora roku zdecydowanie miał okazję przekonać się o tym na własnej skórze.
Nie raz i nie dwa słysząc grobowe komentarze na temat własnej przyszłości. Zmarnowanych szans i zniweczonych ambicji. Sprzeniewierzonych możliwości. Tym podobnych określeń, jakich nie szczędziła mu starsza pani. Oczywiście w dalszym ciągu zdecydowanie stojąc po jego stronie, tyle tylko, że nie zamierzając być przy tym ani delikatna, ani szczera. Nie, skoro nie podobało jej się to, co jej zdaniem zaczął robić ze swoim życiem.
Tak, była też dosłownie jedyną osobą, która pokusiła się o komentarz dotyczący tego, że liczyła na wnuki, nie na dziecinne zachowania. Od nikogo innego by tego nie przyjął. Przed nią być może nawet trochę zwiesił głowę, wzruszając ramionami niczym skarcony dzieciak. Mało brakowało, by zaczął gmerać czubkiem buta w dywanie, pokrętnie tłumacząc się ze swoich decyzji.
Tak, dokładnie takie wrażenie potrafiła w nim wywołać. Była druzgocąca. Szczególnie, gdy miała oczekiwania wobec grupy ludzi darzonych tymi specjalnymi względami. Których to wymagań chwilowo praktycznie nikt nie raczył spełnić. No, może poza Corneliusem, choć i on bez wątpienia w pewnym stopniu nadal ją zawodził. Cała reszta? Jednego wywiało w świat z wyjątkowo nielubianą przez nią panną. Cała reszta była starymi kawalerami.
Niezręcznie, bardzo niewłaściwie.
Ale to też oznaczało, że z pewnością nie tylko oni mieli być zadowoleni z tej konkretnej zmiany. Miała napotkać przynajmniej jedno szorstkie, ale aprobujące skinięcie głową.
- Wiem. Potrafię zachować pozory - odpowiedział bez zająknięcia, tym poważniejszym tonem głosu, że zdecydowanie zdawał sobie sprawę z tego, co mu insynuowała.
Oboje zdawali sobie sprawę z tego jak blisko byli wtedy, żeby przekroczyć granicę. Najpewniej wystarczyłoby jeszcze kilka chwil sam na sam na trawie za żywopłotami w głębi ogrodu, butelka alkoholu więcej, kilka dodatkowo wypowiedzianych słów. Prędzej czy później jego dłoń powoli zawędrowałaby głębiej pod jej sukienkę. Palce Geraldine zsunęłyby się z jego obojczyków do zapięcia koszuli.
Panowała między nimi wtedy wyjątkowo napięta atmosfera. Musiał cholernie mocno trudzić się, żeby ukryć przed nią to, w jaki sposób na niego działa. Zarówno wewnątrz, jak i bez wątpienia na zewnątrz, co było już zdecydowanie trudniejsze. Z perspektywy czasu także bardziej zabawne, bo prędzej niż później i tak zakończyli tamtą maskaradę.
Po niespełna dwóch tygodniach wylądowali na tym samym łóżku, w którym teraz leżeli, upajając się wymienianymi pocałunkami. Wtedy byli jednak już całkowicie trzeźwi. Wiedzieli, że nie jest to sprawka zbyt dużych ilości alkoholu ani narkotycznych kadzideł. Weszli na wyższy etap relacji zupełnie świadomie, bez dwóch zdań po prostu tego chcąc. W gruncie rzeczy tak okazało się zdecydowanie lepiej. Nie było miejsca na niepotrzebne wątpliwości.
- Okazję da się stworzyć, wiesz? - Zasugerował, bo przecież poniekąd byli w tym nieoficjalnymi ekspertami; znajdowali ją po to, żeby się do siebie zbliżyć, więc to samo mogli zrobić z gorsetami. - Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z konsekwencji swoich słów - już raz ją dzisiaj ładnie prosił, tak?
Tyle tylko, że nie wydawało mu się, żeby była w stanie przeżyć to powtórnie. Nie, musiała zdawać sobie sprawę z tego, że to są dosyć głupio sformułowane oczekiwania.
- Poza tym odnośnie tych spodni - zaczął, ale nie musiał kończyć, prawda?
Wystarczyło, że na nią spojrzał, obdarzając ją bardzo konkretnym wyrazem twarzy. Jeśli chodzi o te jej spodnie, szczególnie ciasne i skórzane, nie były one jego ulubionym elementem garderoby. Nawet jeśli dodałaby do nich gorset.
Wbrew pozorom, prawdopodobnie byłoby wtedy jeszcze gorzej, bo o ile górnej części ubrania pozbyłby się wyjątkowo szybko, o tyle dolna jeszcze bardziej by go drażniła. Za to w sypialni? Mogli zadowolić się sypialnianymi gorsetami. Ot, w ramach kompromisu.
- Nie, nie mogę się zgodzić - zdecydowanie potrząsnął głową, rzecz jasna, aktualnie na powrót racząc spojrzenie odsłoniętymi piersiami jego dziewczyny. - Widziałem dużo cycków w gorsetach, więc wiem, co mówię. Twoje wyglądały zdecydowanie najlepiej. Już wtedy. Za to teraz? - Słowa uznania, tak?
Nie miał zielonego pojęcia, co zrobiła, bo zdecydowanie nie miało to związku z przybraniem na wadze, ale nie zamierzał tego roztrząsać. Tak jak mówił: był bardzo prostym człowiekiem. Po prostu cieszył oczy tymi kształtami.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (18194), Geraldine Greengrass-Yaxley (13261)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 14:52
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 19:13
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 22:02
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 16:46
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 18:35
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 20:10
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 22:45
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.04.2025, 18:27
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.04.2025, 21:45
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 14:44
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 17:34
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 19:29
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 21:38
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.04.2025, 08:49
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.04.2025, 14:25
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.04.2025, 21:41
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.04.2025, 00:18
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.04.2025, 21:12

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa