– Wiem – przyznała i kiwnęła głową. Było to coś, w co sama wierzyła i co wyznawała względem innych ludzi, a przy sobie samej czasami brakowało jej nadziei, że rzeczywiście uda się coś z tym poradzić. Zdawała sobie sprawę, że brakuje jej wszystkiego, co jest potrzebne, do rozwikłania tej zagadki: wiedzy, czasu, umiejętności… pieniędzy nie, dlatego była w stanie zajść do tego momentu, ale prawda była taka, że musiała polegać na innych bardzo mocno. – Tony… nie mówię za bardzo ludziom o tych wspomnieniach. Moi rodzice nie wiedzą. Siostry też nie – była to w zasadzie sugestia, by zostawił to dla siebie, nie wspomniała o tym nawet w raporcie przed Harper Moody i Caspianem Bonesem, chociaż w ich intencje wierzyła bardziej niż w całe Ministerstwo w ogólności. Lecz zdawała sobie sprawę, że późniejszy raport może przeczytać ktoś, kto nie powinien. A matka… nie były w najlepszych relacjach po lipcowej kłótni i zerwanych zaręczynach z Rookwoodem. Ich relacja matki z córką zawsze była napięta, ale wtedy przeżyła swoje apogeum i chociaż Lestrangowie usłyszeli od Victorii jak źle jest i dlaczego wybiera się do Egiptu, oraz dlaczego się wyprowadza, to nie znali każdego szczegółu. A już zwłaszcza tego, że Victoria przeżywała wspomnienia wampirzej babci, matki Isabelli.
Była przekonana, że Anthony czytał wywiad, jaki ukazał się z nią w Proroku Codziennym pod koniec maja, tym, który zrobił niemałą sensację, i jeśli kiedykolwiek zastanawiał się, ile w nim powiedziała, a ile przemilczała, to teraz miał odpowiedź: nie powiedziała nawet połowy.
– Byłam u Macmillanów w maju. Dali mi dostęp do swojej biblioteki i to oni nakierowali mnie, że to nie spirytysty poszukuję, jak z początku myślałam, a nekromanty. Teraz to ma sens, jak tak myślę. Atreus dołączył do nas w Limbo bardzo późno, nie spotkał na swojej drodze żadnej duszy. Być może był tam za krótko i nie miał sił sam się stamtąd wydostać, bo gdyby nie Isobell, to byłoby z nim krucho. A jak wiemy po Stonehenge, nekromancja nie jest jej obca – zakręciła kieliszkiem, wprawiając trunek w lekkie wirowanie i to w nie się zapatrzyła. – I tak się spotkałam ze spirytystą. Pomógł mi ustalić, że nie unicestwiłam duszy, którą tam spotkałam. Ale to nie jest sedno problemu. Egzorcysta też nie pomoże – jedno wiązało się z drugim, a skoro jasnym kierunkiem, zresztą całkiem dobrym, była nekromancja…
Czego za to nie była pewna, to tego, czy Anthony zrozumiał, co do niego mówiła: że nie jest pewna, czy w ogóle chce nadal to ciągnąć jako auror. W głębi serca wiedziała, że to nie jest jej droga. Że prędzej czy później będzie musiała zrezygnować. Kiedyś myślała, że później, teraz z kolei sądziła, że jednak prędzej. I, prawdę mówiąc, składało się na to wiele rzeczy, nie tylko to, że była Zimna. To, że ryzykowała swoim życiem i nic za to nie miała, to było jedno. To, że sukcesywnie czuła, jak to wszystko siada jej na głowę, to było drugie. To, że nawet Sauriel sugerował jej, że powinna się przekwalifikować… Widział, jak źle to na nią wpływało. Jak często była rozbita po wielkich akcjach. I – ale to tylko czuła, bo nigdy te słowa nie padły – pewnie nie chciał pewnego razu stanąć naprzeciwko niej. Ona też nie chciała.
Kiwnęła głową na to, że ma kontakty w biurze – jak mogłaby ich nie mieć, pracując tam. Miała swojego partnera… i dzisiaj była jeszcze boleśnie nieświadoma, że tego dnia odszedł, bo te wieści miała otrzymać dopiero rankiem. Że to miała być kolejna cegiełka dołożona do tego ciężaru, który niosła na barkach. Że jej wyrzuty sumienia nigdy nie zostaną wyjaśnione, że nigdy nie przegadają sytuacji.
Uniosła kieliszek, by wypić toast z Anthonym. Mimo ciężaru tego, co mówiła, czuła jakąś taką drobną ulgę, że mogła się tym podzielić. Nie wszystkim… ale wiedział zdecydowanie więcej niż większość ludzi.
– Aach, nie wiedziałam. Rozumiem. To rzeczywiście ma sens – nie znała się na tej całej polityce, była pewna, że z jej grona znajomych, to akurat, co dziwne, Sauriel byłby w stanie nadążyć za Shafiqiem jeśli chodziło o te tematy, chociaż tak bardzo lubił udawać głupka i mniej oczytanego, niż w rzeczywistości był. Jednak spotkanie się w Egipcie, gdzie każda ze stron musiała się jakoś dostać, brzmiało zwyczajnie sensownie, skoro mieli jakiś mugolski konflikt zbrojny na swoim terytorium.
– Wiem, Tony, mi nie musisz tego mówić. Sama dłuższy czas delikatnie zachęcałam mojego byłego narzeczonego, żeby jednak wziął udział w kursie. Ostatecznie wziął, ale to właśnie kwestia rozszczepienia tak go od tego odrzucała. I domyślam się, że jeśli dorośli czarodzieje nie mają licencji, to przynajmniej połowa ze strachu. Nie dziwię się, bo jedna trzecia interwencji Czarodziejskiego Pogotowia Ratunkowego była właśnie do rozszczepionych ludzi i to nie jest… to nie jest miły widok. Czasami odpadnie kawałek skóry, czasami brew. Kości odrosną, zgoda, ale czasami trzeba przyszyć kończynę. Wyczyścić pamięć z traumatycznego zdarzenia… No a czasami…. Cóż – czasami nie było czego zbierać. Mówiła z własnego, czteroletniego doświadczenia w pracy w CPR, może teraz statystyka wyglądała inaczej, ale za „jej czasów” tak się to właśnie rozkładało. – Jak spróbują się teleportować w panice to może się to skończyć na szpitalu, ale tak, to może być jedyna szansa na ucieczkę – i tak, z pewnością Carrow by się obraził, gdyby Anthony załatwiał coś za jego plecami. To w końcu Carrowowie uczyli teleportacji na kursach, szczycili się tym – no i, cóż, departament jej drogiego wuja nijak się miał do Departamentu Transportu.