• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine

[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
12.04.2025, 14:25  ✶  
- Lubię, gdy jesteś niereformowalna - mrugnął do niej, znacząco zniżając głos, choć wiedział, że zrozumiała sugestię.
Oboje tacy byli, prawda? Doskonale dobrali się pod tym kątem. A teraz nareszcie mogli swobodnie na nowo dawać temu ujście, nie zastanawiając się zbyt wiele nad tym, co to sprawi czy zmieni. Podjęli decyzję. Mogli sięgać ku sobie bez wahania.
- Czyli mamy kolejną jasność - ależ byli wyjątkowo jednomyślni, zdecydowanie nie mógł ukryć uśmieszku, jaki wkradł mu się na twarz na samą myśl o tym, do czego właśnie mu się przyznała.
Oczywiście, mógł się tego domyślać, ale tamten dzień był inny. Trudny. Skomplikowany i chaotyczny. Ciężko było oceniać go w takich kategoriach jak to dzisiejsze popołudnie.
- Nadrobimy to przy następnej możliwej okazji - dopowiedział bez wahania.
Rzecz jasna, mając na myśli nie tylko biurko, lecz także stolik kawowy, łóżko i parę innych dostatecznie płaskich powierzchni do wypróbowania. Mieli czas. Naprawdę dużo czasu, żeby nadrabiać ten cały czas w najbardziej poetycki sposób.
- Wiesz, że nawet najtwardsze sztuki mają własnych ochroniarzy? Kwestia prestiżu - odpowiedział zgodnie z własnymi przekonaniami na ten temat.
Nie, wcale nie świadczyło to o niej źle. Wręcz przeciwnie. Sugerowało, że była w stanie interweniować, ale po prostu nie potrzebowała zaprzątać sobie tym głowy, bo miała kogoś, kto zrobiłby to za nią. To brzmiało już znacznie lepiej, prawda? Choć psem gończym też zdecydowanie mógł dla niej być. Nie robiło mu to zbytniej różnicy. I tak znał swoje możliwości i zadania.
- Tak właściwie, terminologia jest tu zbyteczna - dodał po chwili namysłu, parokrotnie kiwając głową, jakby wyrokował właśnie o czymś naprawdę istotnym.
Dlatego zresztą użył tego tonu, prawda? Posłużył się takimi, nie innymi słowami. Chciał zabrzmieć jak autorytet w zakresie pełnienia konkretnych ról społecznych, ale w gruncie rzeczy dla nich obojga liczyło się głównie jedno. To, że po prostu mieli być obok siebie. Przy sobie. Zasypiać, budzić się, dzielić obowiązkami, spędzać ze sobą czas. Chodzić na randki, które dzisiaj chyba już sobie darowali.
Ostatnie półtora roku dosyć mocno pokazało mu jak to jest nie mieć, do czego wracać. Do kogo wracać. Nie wiedzieć, co zrobić ze sobą nocami. Siedzieć do bladego świtu nad zupełnie niepotrzebnymi rzeczami tylko przez to, że przewracanie się w łóżku nie miało sensu. Grać tak długo i tak często, że gdy zostawało się samemu, nawet nie kłopotało się, by przestać.
Osłonił się naprawdę wysokimi, grubymi murami, które w tym momencie zaczęły pękać, ale mimo wszystko oboje potrzebowali czasu. Rozmowy. Tym razem głębszej, bardziej szczerej, dłuższej niż kiedykolwiek wcześniej. Dzielenia się nie tylko zadaniami, lecz także odczuwanymi emocjami. Wszystkimi. To nie miało być proste, ale chyba na ten moment całkiem nieźle im wychodziło. Potrafili się dogadać, gdy naprawdę tego chcieli.
- Nic a nic - przytaknął, uśmiechając się pod nosem, po czym na szybko próbując określić odpowiedź na to kolejne pytanie. - Pięć czy sześć? Myślę, że to w zupełności wystarczy, żeby przez jakiś czas cieszyć się sporymi zapasami - a szła zima, długa i ciemna jesień, więc idealny czas na siedzenie przed kominkiem i raczenie się zbiorami, nie?
Tyle miejsca mogła mu zagwarantować. Szczególnie, że oferował jej coś w zamian. To nie było tak, że nie zamierzał dzielić się plonami swojej pracy, prawda? Mogła być tego całkowicie pewna. Reszta doniczek porozstawianych po domu też miała zresztą naprawdę dużo sensu. Nie rozstawiał ich przypadkowo. Był w tym wyjątkowo umiejętny.
Co z tego, że nie rozumiała jego systemu? On nie przejmował się jej upolowanymi zwierzętami i bronią porozrzucaną po domu, przynajmniej dopóki w coś nie wdepnął. Wtedy kurwił ile wlezie. Całe szczęście mogąc samemu wesprzeć się eliksirami czy zasmakować siniaki maścią. No, był wyjątkowo przydatny i zdolny. Nie mogła mu tego odmówić.
- W każdym stopniu - potwierdził gładko, posyłając dziewczynie całkiem szeroki uśmiech. - Ty też. Tak. Jesteśmy wyjątkowi, nie? Doskonali - nie był aż takim bufonem, żeby wykluczyć jej wkład w to, co tak właściwie ze sobą tworzyli, a przy sobie bez dwóch zdań byli swoimi najlepszymi wersjami.
No, dopóki nie przestawali nimi być, ale to mieli już za sobą, prawda? Zmienili to tego dnia. Ostateczna wersja rzeczywistości.
- Egzemplarz kolekcjonerski - poprawił dziewczynę, zdecydowanie nie zamierzając przystać na tę wersję o jakimkolwiek zepsuciu czy wypaczeniu. - Specjalna sztuka. Nie ma drugiej takiej. Towar jedyny w swoim rodzaju, dlatego zamierzam go sobie zostawić - uśmiechnął się półgębkiem, kolejny raz pobłażliwie kręcąc głową.
Po co patrzeć na siebie w kategoriach wadliwości, skoro w istocie nie było tu żadnego zepsucia? Lubił te wszystkie odstępstwa od normy. Wywodząc się z takiego, nie innego rodu zdecydowanie doceniał te specjalne sztuki, nie? Prychnął pod nosem, jeszcze raz kręcąc głową.
- Od kiedy liczy się dla ciebie inne zdanie niż moje w tym zakresie, hm? - Rzucił, tak naprawdę wcale nie oczekując odpowiedzi, bo zamiast tego kontynuował cichym głosem. - Nadal jesteśmy tymi samymi ludźmi. Wciąż jesteś dokładnie taka sama a ja dalej tak samo cię kocham, więc czym tak właściwie się przejmujemy? - Nie dyskredytował konieczności zadania tamtego pytania, bo wyszli od niego do całkiem konkretnej rozmowy, która była im potrzebna, ale w jego oczach naprawdę nie potrzebowali czuć presji nagłego podążania za oczekiwaniami otoczenia.
Szczególnie, gdy jedna sprawa była bardzo jasna i chyba całkowicie dla nich zrozumiała.
- Najpierw daj mi się oświadczyć - już kiedyś planował to zrobić, doskonale o tym wiedziała, więc to nie były słowa, które brały się znikąd, nie powinna być nimi zaskoczona. - Później przyjmij kamyk. Nie daj się przytłoczyć Jen, Evie i Uli. Dwie, może trzy szopki później znikaniemy na trochę w Alpach. Albo w Ameryce Południowej? Gdziekolwiek, gdzie będziesz chciała. Reszta sama się ułoży - to była miła odmiana od zwyczajowego podejścia do życia, prawda?
Naprawdę całkiem miła odmiana.
- Przerwy między pąklami - przytaknął powoli, całkiem naturalnie i bez większych oporów, kolejny raz tego dnia robiąc to w wyjątkowo lekki i przyjemny sposób.
Choć zaraz bez wątpienia wbił spojrzenie z powrotem w oczy Geraldine, nieznacznie mrużąc swoje. Nigdy o tym nie rozmawiali. Tak właściwie to był pierwszy raz, kiedy w ogóle sięgali do tych tematów, ale wydawało mu się, że nie powinni nie mieć tu zgodności.
Pytania ze strony dziewczyny, choć najpewniej w jakimś stopniu wskazane, dosyć mocno zbiły go z tropu. Spojrzał na nią pytająco, ponownie otwierając usta, żeby odpowiedzieć na to wszystko, co padło. Wciąż dosyć gładko i bez głębszej analizy, bo przecież miał jasno wyrobione zdanie.
- Ja... ...my?... ...to dosyć standardowe podejście, wiesz. Nawet zaczynając stosunkowo późno, raczej powinniśmy skończyć z kilkoma pąklami. Sama wiesz jak dobrze mieć rodzeństwo. Nie daj, Merlinie, żebyśmy wychowali drugiego Romulusa - aż się wzdryknął, nawet jeśli zrobił to dosyć teatralnie i celowo, moment później trochę poważniejąc. - Będziemy mieć do tego warunki, możliwości. Szczególnie, jeśli rozsądnie podejdziemy do planów, więc? - robił wszystko, żeby tylko nie wzruszyć przy tym ramionami, bowiem dla niego sytuacja wyglądała raczej dosyć jasno.
Kochali się, mieli do tego względnie zdrowe podejście. No, z wyłączeniem ich półtorarocznej przerwy, ale to było czymś, co z pewnością musieli przedyskutować do tego czasu. W końcu nie byli tak nierozważni, żeby od razu zająć się pąklami. Mieli na to te wspomniane kilka lat. Możliwość przygotowania się na tę okoliczność i tak dalej, więc to chyba nie było takie znowu niejasne, że nie mieli skończyć po jednym, tak? Tak?
Posłał Yaxleyównie kolejne badawcze spojrzenie, tym razem usiłując odgadnąć, co siedzi jej w głowie. Nie do końca rozumiał tę mnogość pytań. W końcu nawet wtedy, gdy wysrywali sobie swoje plany sprzed dwóch lat, używali tej mnogiej formy. Byli tradycjonalistami o dobrym pochodzeniu, ludźmi, którzy (jak już przecież ustalili) byli sobie pisani, więc?
- Chyba nie obawiasz się uwiązania innego od cyrografu - to było jedyne, co przeszło mu przez myśl, ale brzmiało naprawdę cholernie absurdalnie, zwłaszcza jak na ich sytuację, więc nawet nie sformułował tego jako pytanie. - Dwoje czy troje... ...to nic nie zmieni - tym razem już wzruszył ramionami, trochę mocniej ją do siebie przygarniając, nawet jeśli już praktycznie leżała mu głęboko na piersi. - Jeśli do tej pory nie dostanę awansu, przejdę całkowicie na prywatną praktykę. Wiesz, jakie mam zdanie - nie wiedzieć, czemu w ogóle zareagował w ten sposób, rzucając te wszystkie zbędne słowa, bo przecież zdawała sobie sprawę z tego, że nie zamknąłby jej w złotej klatce, każąc jej robić coś, co ją unieszczęśliwiało.
Kto jak kto, ale Rina powinna sobie zdawać sprawę z tego, że nie był i nigdy nie miał być takim człowiekiem. Być może na zewnątrz mógł sprawiać zupełnie inne wrażenie. Opowiadać się za zdecydowanie konserwatywnymi wartościami, ale już na samym początku swojej dorosłej znajomości rozmawiali na temat trzymania kogoś na łańcuchu, nawet złoconym.
Nie widział w niej gospodyni domowej. Z całym szacunkiem do wszystkiego, czym dzielili się podczas swoich wcześniejszych wspólnych lat. Nie spodziewał się, żeby nagle zapragnęła siedzieć w domu, do czego poniekąd zobowiązywało zakładanie rodziny, ale tu nie było już różnicy pomiędzy jednym a trzema czy czterema dzieciakami.
Wydawało mu się to też dosyć naturalne dla ludzi ich pokroju. Tu raczej nie chciał być wyjątkiem. Szczególnie, że oboje mieli rodzeństwo i raczej mimo wszystko podchodzili do niego dosyć pozytywnie. Jedynak w ich wypadku byłby zmarnowanym potencjałem. Nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie przy okazji najbardziej rozpuszczonym dzieckiem, co przy mieszance ich charakterów mogłoby być dosyć druzgocące.
Nie mówiąc o tym, co by było, gdyby kilka...naście lat później postanowili zmienić zdanie. Albo dajmy na to trzydzieści trzy. Trzydzieści cztery lata później.
Oczywiście, że spodziewał się pochwycić takie a nie inne spojrzenie ze strony jego dziewczyny. On sam zareagował w dużo bardziej zszokowany sposób, nawet jeśli naprawdę starał się ukrywać wtedy swoje zdanie. Mimo wszystko próbował być tym rodzinnym człowiekiem. Nie ranić Evelyn i tak dalej. Tyle tylko, że miał o tym bardzo konkretną opinię.
- Gdyby to było dekadę wcześniej - co i tak byłoby szaleństwem, czego nie próbował ukryć w swoim tonie głosu, gdy zaczął o tym mówić. - Powiedziałbym, że to ona boi się o swoją pozycję i o to, że jednak postanowię nie ustąpić z roli dziedzica, jeśli ojciec umrze i wygnam ją z domu - powiedział wprost, tu także mając dosyć mocno ukształtowane zdanie - ale jak sama wiesz, bo poniekąd się do tego przyczyniłaś - tu zdecydowanie oddawał jej należne honory - nasze stosunki są poprawne a nawet powiedziałbym, że w ostatnim czasie były wyjątkowo dobre. Nie wiem, co im odpierdoliło - zazwyczaj dosyć dobrze się maskował, ale teraz?
Chyba po prostu potrzebował powiedzieć te następne słowa.
- Jest młoda, ale to nie zmienia faktu, że ich kurwa poniosło. On nadal jest gościem w swoim własnym domu, wiesz. Nie zmienił swoich nawyków po tym jak machnął swoją różdżką i wyczarował dzieciaka - tak, był na tyle podminowany tą sytuacją, żeby wreszcie do kogoś to z siebie wyrzucić, wbijając wzrok w sufit i świdrując przez chwilę cienie liści pociemniałymi, gniewnymi oczami.
Wziął jeden, potem drugi głęboki wdech, mamrocząc pod nosem.
- Znowu bawi się w dom - a kto miał mierzyć się z konsekwencjami tych decyzji?
No właśnie. To był już z dawna przerabiany motyw. Być może Roise naprawdę kochał swojego ojca, tak samo jak z pewnością ojciec kochał jego, ale tak - to zawsze był Thomas, nigdy ojczulek czy tata. Nie mówił do niego panie ojcze jak robił to jego przyjaciel w stosunku do swojego. Miał dużo szczęścia, ale jednocześnie nie dało się ukryć, że nauka była w ich domu pierwszą żoną, druga mogła czuć się trochę jak kochanka.
A teraz miała mieć dziecko z kimś, kto z pewnością wcale nie zamierzał odpuścić swojej naukowej kariery, roli w instytucie i tak dalej. Historia miała zatoczyć koło. Po co? Nie miał kurwa pojęcia. Natomiast ani trochę mu to nie odpowiadało, szczególnie że miał głębokie przeczucie, w jaki sposób to będzie wyglądać. Zwłaszcza, że nie wyglądało na to, by zaręczyny jego siostry miały zostać faktycznie odwołane, toteż najpewniej w przeciągu pół roku, może roku nie miała już mieszkać w domu rodzinnym.
Wedle przekonania rodziny, on natomiast tak. I tu był pies pogrzebany. Miał być pomocą, chciał tego czy nie, zazwyczaj był jedynym mężczyzną naprawdę często przebywającym w posiadłości. Wziął głęboki wdech, wreszcie wypowiadając i te słowa.
- To jeszcze nie jest powszechna wiedza, ale wiesz, co będzie dalej - stwierdził w dalszym ciągu tak samo podminowany. - Począwszy od samego przepływu informacji po niewypowiedziane oczekiwania - nie musiał mówić jakie, bo oboje to wiedzieli, więc nie mówił; od razu przeszedł do tego ostatniego wyjątkowo dosadnego zdania. - Zostanę wrobiony w ojcostwo. Wmanewrowany w nie, nie tylko pod względem pomocy macosze, ale przede wszystkim tego, co z niej wyniknie. Musisz być na to gotowa - nie to, żeby którekolwiek z nich wyjątkowo przejmowało się opiniami ludzi, ale po prostu potrzebował to powiedzieć.
Wyrzucić z siebie, jednocześnie mimowolnie zaciskając palce wolnej ręki na materacu. To nie wystarczyło. Nawet nie wiedział, kiedy tak właściwie narosło w nim to wszystko do poziomu, gdy mógł wyłącznie pierdolnąć pięścią w łóżko, zaciskając przy tym zęby.
- Ja pierdolę, kurwa, Rina, jakurwapierdolę. Putaindebordeldemerde. Do reszty ich popierdoliło. Ona nie patrzy już na nikogo i na nic, poza czubkiem własnego chuja. On ma wszystko w piździe - tak, dosłownie tak, zdecydowanie miał to na myśli. - Mają wyjebane. Zobacz, co im już z tego wyszło. Kogo oni, kurwa, wychowali? - Miał dosyć, miał serdecznie dosyć, nawet jeśli sam przeszedł do tego tematu, teraz zaciskając powieki i bardzo gwałtownie kręcąc głową. - Kanalia i zdzira. Po dwóch nieudanych eksperymentach wychowawczych postanowili trzasnąć sobie trzeciego bachora - rzadko kiedy mówił w ten sposób, praktycznie nie posuwał się do takich określeń, ale w tym wypadku nie potrafił sobie ich darować. - Nie wiem, czego oni kurwa oczekują - dawno nie zdarzyło mu się tak bardzo kląć, ale ta sytuacja zdecydowanie tego wymagała.
Nie był w stanie, po prostu nie był w stanie wyobrazić sobie tego, co kierowało jego rodziną. Nie była to wpadka. Tego był pewien. To dziecko było planowane, ale po co? Za cholerę nie wiedział, naprawdę. W tym momencie trochę nie panował przez to nad słowami. Musiała mu to wybaczyć. Dosyć długo tłumił w sobie wszelkie obiekcje, starając się nie emanować irytacją. Teraz popłynął.
- Nie, nie sądzę - stwierdził po chwili, wracając do tego samego tonu, co przed swoim chwilowym wybuchem frustracji, ale wbijając już nieco poważniejsze spojrzenie zielonych oczu w Geraldine.
Przymknął je na kilka sekund, wydobywając spomiędzy warg te kolejne słowo. Dwa. Bardzo proste.
- Dziękuję, Bruyère - ciche, prawie bezgłośne, ale mimo wszystko słyszalne.
Nie musiała pytać go, za co, prawda? Oboje mieli swoje doświadczenia, swoje przywary, sprzeczne zdanie, ale mimo wszystko przy nikim innym nie potrafił dać sobie tak bardzo odpocząć. Po prostu powiedzieć to, co chciał mówić. Zupełnie bez jakichkolwiek wątpliwości.
- Tak, oboje je mieliśmy. Mimo wszystko. W innym wypadku na pewno byłoby znacznie bardziej skomplikowanie - stwierdził zgodnie z tym, co już wcześniej mówili.
Mieli wyjątkowo dogodną sytuację.
- Nie łudź się, że kiedykolwiek odejdą - w końcu oboje ustalili, że nie są idealistami, nie? - Gdybyś widziała, dla jakich dupków zdarza mi się pracować - i nie, nie mówił tutaj o swojej mniej legalnej działalności. - Pod tym względem nie ma żadnych szans na zmiany - cóż, lepiej było powiedzieć to wprost niż udawać, że ten szumnie deklarowany postęp dotrze także tutaj, w te najgłębsze zakamarki posiadłości tradycjonalistycznych rodzin.
- Och, ciotka zawsze jest miła. Niezmiernie kulturalna - odpowiedział w pierwszej chwili, dopiero później dodając z całą pewnością swego. - Zaczekaj aż oficjalnie wejdziesz do rodziny - nie, wcale nie groził Geraldine.
Jedynie ją...
...informował.
- Oczywiście, że potrafię - prychnął pod nosem, starając się włożyć w to jak najwięcej pobłażliwości i teatralnego sprzeciwu przeciwko założeniu, że mogłoby być inaczej.
A zdecydowanie było. Tyle tylko, że zaprzątali sobie wtedy głowę całkowicie przesadzonymi interpretacjami. Próbami zdyskredytowania wszystkiego, co w gruncie rzeczy było bardzo jasne. Nie mogli obdarzać się znacznie bardziej wymownymi sugestiami niż to robili, a jednak całkiem długo im zeszło. Potrzebowali sporo czasu, by pozbyć się wrażenia, że to nie są tylko ich urojenia. Całe szczęście później wszystko poszło już całkiem szybko.
- Nie da się ukryć - kolejna zgodność, no, naprawdę dziś z nimi szaleli.
Nie mieli jej tylko w jednej kwestii. Od wielu lat.
- Spodnie i gorsety? Okazjonalnie sukienki? - Mogli negocjować, tak? - Po domu od czasu do czasu możesz chodzić w koszulach? Nie zawsze musisz łączyć je ze spodniami - stwierdził wprost. - Wiem, że będziesz je brać - a on chuja mógł, nie jej zabronić, więc przynajmniej mogła mu się za to zrewanżować.
- Nie, nie. Tu mnie nie zdyskredytujesz. Sama mówisz, że jestem ekspertem. Znam twoje cycki - pokręcił głową, ani przez chwilę nie zastanawiając się nad wypowiadanymi opiniami. - Poza tym pomyślałby kto, że mnie nie znasz, Rina. Jestem prostym człowiekiem - naprawdę musiał przypominać jej o tym za każdym razem. - Oczywiście, że gapiłem ci się w dekolt nawet, gdy nie byliśmy ani sami, ani razem. Niektórych nawyków nie da się wyplenić, wiesz - tak, to było takie proste. - Tak, na tyłek też. W sześćdziesiątym czwartym, piątym, szóstym, siódmym, po kolei, siedemdziesiątym pierwszym, siedemdziesiątym drugim, w trzecim też się to nie zmieni. Lata osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte... ...zawsze będę ci się gapić na cycki i myśleć o tym, jak bardzo chcę cię obracać, bo... ...cholera, dziewczyno - dodał, gładko wzruszając ramionami.
Może trochę teraz przesadzał z tym tonem, ale nie z uznaniem, prawda? Uznanie było zdecydowanie zasłużone, bardzo słuszne. Mogli udawać, że są sobie obojętni czy wrodzy a on w dalszym ciągu wodził oczami za jej biustem. Mieli być ze sobą szczerzy, prawda? Zawsze miała tak na niego działać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (18194), Geraldine Greengrass-Yaxley (13261)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 14:52
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 19:13
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.04.2025, 22:02
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 16:46
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 18:35
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 20:10
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.04.2025, 22:45
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.04.2025, 18:27
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.04.2025, 21:45
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 14:44
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 17:34
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 19:29
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.04.2025, 21:38
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.04.2025, 08:49
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.04.2025, 14:25
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.04.2025, 21:41
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.04.2025, 00:18
RE: [08.09.1972] perfect places || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.04.2025, 21:12

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa