12.04.2025, 21:54 ✶
Pięknie. Wpatrywałem się w oczy diabła. Mógł nam zrobić wiele, bo był potworem. Jedno spojrzenie wystarczyło, by to potwierdzić. Nie musiał rzucać zaklęć, jego wzrok sam w sobie był groźbą. Ale...
Może myślał, że to on jest niebezpieczny. Może czuł się panem sytuacji, królem tego mroku. Ale ja też taki byłem. A przynajmniej, podobnie jak on, miałem o sobie takie mniemanie.
Diabeł kontra diabeł. Dwa drapieżniki. Dwa zagrożenia. On patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego. Potyczka spojrzeń, napięta jak cięciwa, gotowa pęknąć. Tak zacięta, że przez chwilę moglibyśmy zapomnieć o całym świecie. O krzykach, o ogniu, o naszych towarzyszach. O ludziach przeciskających się w panice między uliczkami.
Byłem zacięty, momentami uparty. Może i bym zapomniał, gdyby nie to, że oprych rzucił nienawistne spojrzenie również w stronę Geraldine i Ambroise.
Wtedy wszystko wróciło. Cała rzeczywistość. Wpakowałem nas w to. Ich również. A ruch ręki jednego z jego kumpli nie wróżył niczego dobrego.
– UCIEKAMY! – krzyknąłem ostro, bez cienia wahania.
Rzuciłem krótkie spojrzenie Geraldine, ponaglający gest, choć wiedziałem, że ona już wie. Ona zawsze wiedziała, co robić. Byliśmy jak jeden organizm, jak dobrze nakręcony zegarek... Ręczna robota, duma rodu Yaxleyów. Choć Ambroise zapewne przewróciłby oczami na to porównanie, tak sądząc po jego poprzednich minach.
Zgarbiłem się i ruszyłem biegiem w tym samym kierunku co reszta. Nie trzymałem się ich zbyt blisko, ale też nie pozwoliłem, by się oddalili. Nie było mowy o żadnym gęsim szyku – to byłby błąd, jeden z tych tragicznych. Musieliśmy się rozproszyć. Wystarczająco, by nie oberwać wszyscy naraz. Ale na tyle blisko, by móc wrócić do siebie w razie potrzeby.
Nie było odwrotu. Teraz trzeba było biec.
| rzucam na AF
Może myślał, że to on jest niebezpieczny. Może czuł się panem sytuacji, królem tego mroku. Ale ja też taki byłem. A przynajmniej, podobnie jak on, miałem o sobie takie mniemanie.
Diabeł kontra diabeł. Dwa drapieżniki. Dwa zagrożenia. On patrzył na mnie, a ja patrzyłem na niego. Potyczka spojrzeń, napięta jak cięciwa, gotowa pęknąć. Tak zacięta, że przez chwilę moglibyśmy zapomnieć o całym świecie. O krzykach, o ogniu, o naszych towarzyszach. O ludziach przeciskających się w panice między uliczkami.
Byłem zacięty, momentami uparty. Może i bym zapomniał, gdyby nie to, że oprych rzucił nienawistne spojrzenie również w stronę Geraldine i Ambroise.
Wtedy wszystko wróciło. Cała rzeczywistość. Wpakowałem nas w to. Ich również. A ruch ręki jednego z jego kumpli nie wróżył niczego dobrego.
– UCIEKAMY! – krzyknąłem ostro, bez cienia wahania.
Rzuciłem krótkie spojrzenie Geraldine, ponaglający gest, choć wiedziałem, że ona już wie. Ona zawsze wiedziała, co robić. Byliśmy jak jeden organizm, jak dobrze nakręcony zegarek... Ręczna robota, duma rodu Yaxleyów. Choć Ambroise zapewne przewróciłby oczami na to porównanie, tak sądząc po jego poprzednich minach.
Zgarbiłem się i ruszyłem biegiem w tym samym kierunku co reszta. Nie trzymałem się ich zbyt blisko, ale też nie pozwoliłem, by się oddalili. Nie było mowy o żadnym gęsim szyku – to byłby błąd, jeden z tych tragicznych. Musieliśmy się rozproszyć. Wystarczająco, by nie oberwać wszyscy naraz. Ale na tyle blisko, by móc wrócić do siebie w razie potrzeby.
Nie było odwrotu. Teraz trzeba było biec.
| rzucam na AF
Rzut 1d100+20 - 100 +20 = 120