13.04.2025, 12:38 ✶
Charles prychnął. Nie zdarzało mu się to w towarzystwie ojca, którego przecież miał szanować ponad życie, ale gdy słyszał jego słowa, nie mógł skwitować ich inaczej, jak tą nieprzyjemną reakcją, która miała uświadomić starszego Mulcibera, co jego syn ma na ten temat do powiedzenia.
- Każdym swoim czynem dowodzisz, że mi nie wierzysz. - Zarzucił Richardowi, nie patrząc na niego, za to kierując się do części kuchennej, gdzie tosty miały już dość ciepła. - Twierdzisz, że wyjec był niepotrzebny, ale nie interesuje cię, jaki miał wpływ na mnie? Sugerujesz, że nie miałem prawa się bronić? Poza tym, krew Malfoyów nic dla mnie nie znaczy. Mama nie zdążyła mnie nauczyć, co to znaczy być Malfoyem, ale zaczynam rozumieć, że też nie wiem, co to znaczy być Mulciberem. - Przyznał gorzko, przekładając tosty na talerz. Gorące grzanki nie były najłatwiejsze do złapania, a przypalony ser parzył palce, ale Charles nie użył magii, być może sądząc, że ból oparzeń zagłuszy ten, który czuł w sercu. - I prawdę mówiąc, nie chcę już rozumieć. Wszystko, co robisz, tato... wszystko jest wedle woli wuja Roberta, nawet jeśli on już nie żyje. Zacznij mieć swoje życie, tato. Ja zamierzam żyć swoim. - Podkreślił, niosąc talerz do salonu i stawiając śniadanie przed ojcem. Nie wziął porcji dla siebie, gdy czuł, że nawet jeden kęs nie przejdzie mu przez gardło. Miał kawę i ona musiała wystarczyć. - Jeśli będę potrzebował przewodnictwa, pójdę do wuja Alexandra. Zresztą, o czym ja mówię? - Zapytał z żalem, prychając po raz kolejny i unosząc spojrzenie gdzieś na ścianę, za Richardem. - Jestem drugim synem z bocznej gałęzi i nie mam żadnego znaczenia w tej rodzinie, w tym rodzie. Jestem nikim dla ciebie i dla Alexandra, dlatego nie zamierzam dbać o jakże-czystą-krew i wiązać się z własną kuzynką, choćby to miało zachować rodzinne tradycje mnożenia się między sobą. Spotykam się z panną z rodziny Greyback. - Zdradził, unosząc spojrzenie na ojca, by wyłapać jego reakcję. Bał się jej, bał się krzyków, zakazów, szukania innej przyszłej żony na siłę. Z drugiej strony, skoro Richard dał mu wolną rękę do tego czasu, dlaczego nagle miałby zmienić zdanie? Tym bardziej, gdy to znaczyło dla Charlesa coraz mniej, a jego własne postanowienia wychodziły na pierwszy plan.
Skrzyżował ręce na piersi i byłby oparł się, zrezygnowany, ale jego pufka nie posiadała oparcia. Zamiast tego zgarbił się lekko.
- Skoro Scarlett również mi nie wierzy, to jaki to ma sens, tato? - Zapytał, nieco bardziej zrezygnowany. - Po wszystkim, kim byliśmy dla siebie, co razem przeszliśmy... nawet nie wzięła pod uwagę moich słów. Do czego miałbym wracać? Do ducha Roberta chuchającego mi w kark? Siostry, która mnie nienawidzi? Ojca, który nie ma dla mnie za grosz... za grosz... a, zresztą. - Opuścił wzrok, nie chcąc, by ojciec dostrzegł jego na nowo narastające emocje. - Nie chcę wracać do tamtego życia. Muszę ułożyć sobie nowe, sam.
- Każdym swoim czynem dowodzisz, że mi nie wierzysz. - Zarzucił Richardowi, nie patrząc na niego, za to kierując się do części kuchennej, gdzie tosty miały już dość ciepła. - Twierdzisz, że wyjec był niepotrzebny, ale nie interesuje cię, jaki miał wpływ na mnie? Sugerujesz, że nie miałem prawa się bronić? Poza tym, krew Malfoyów nic dla mnie nie znaczy. Mama nie zdążyła mnie nauczyć, co to znaczy być Malfoyem, ale zaczynam rozumieć, że też nie wiem, co to znaczy być Mulciberem. - Przyznał gorzko, przekładając tosty na talerz. Gorące grzanki nie były najłatwiejsze do złapania, a przypalony ser parzył palce, ale Charles nie użył magii, być może sądząc, że ból oparzeń zagłuszy ten, który czuł w sercu. - I prawdę mówiąc, nie chcę już rozumieć. Wszystko, co robisz, tato... wszystko jest wedle woli wuja Roberta, nawet jeśli on już nie żyje. Zacznij mieć swoje życie, tato. Ja zamierzam żyć swoim. - Podkreślił, niosąc talerz do salonu i stawiając śniadanie przed ojcem. Nie wziął porcji dla siebie, gdy czuł, że nawet jeden kęs nie przejdzie mu przez gardło. Miał kawę i ona musiała wystarczyć. - Jeśli będę potrzebował przewodnictwa, pójdę do wuja Alexandra. Zresztą, o czym ja mówię? - Zapytał z żalem, prychając po raz kolejny i unosząc spojrzenie gdzieś na ścianę, za Richardem. - Jestem drugim synem z bocznej gałęzi i nie mam żadnego znaczenia w tej rodzinie, w tym rodzie. Jestem nikim dla ciebie i dla Alexandra, dlatego nie zamierzam dbać o jakże-czystą-krew i wiązać się z własną kuzynką, choćby to miało zachować rodzinne tradycje mnożenia się między sobą. Spotykam się z panną z rodziny Greyback. - Zdradził, unosząc spojrzenie na ojca, by wyłapać jego reakcję. Bał się jej, bał się krzyków, zakazów, szukania innej przyszłej żony na siłę. Z drugiej strony, skoro Richard dał mu wolną rękę do tego czasu, dlaczego nagle miałby zmienić zdanie? Tym bardziej, gdy to znaczyło dla Charlesa coraz mniej, a jego własne postanowienia wychodziły na pierwszy plan.
Skrzyżował ręce na piersi i byłby oparł się, zrezygnowany, ale jego pufka nie posiadała oparcia. Zamiast tego zgarbił się lekko.
- Skoro Scarlett również mi nie wierzy, to jaki to ma sens, tato? - Zapytał, nieco bardziej zrezygnowany. - Po wszystkim, kim byliśmy dla siebie, co razem przeszliśmy... nawet nie wzięła pod uwagę moich słów. Do czego miałbym wracać? Do ducha Roberta chuchającego mi w kark? Siostry, która mnie nienawidzi? Ojca, który nie ma dla mnie za grosz... za grosz... a, zresztą. - Opuścił wzrok, nie chcąc, by ojciec dostrzegł jego na nowo narastające emocje. - Nie chcę wracać do tamtego życia. Muszę ułożyć sobie nowe, sam.