• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy

[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
13.04.2025, 17:01  ✶  
To było miejsce, które miało być bezpieczną przystanią, ale z każdym krokiem i manewrem pośród tłumu czułem, jak sytuacja staje się coraz bardziej beznadziejna. W powietrzu czuć było nie tylko dym ze spalonych budynków, ale także napięcie i strach.
- O mnie szię nie maltw. - Zapewniłem, skanując wzrokiem okolicę i szukając odpowiedniej drogi do ludzi z ministerstwa.
Zaraz za nami znowu rozległ się krzyk, a ja spojrzałem na nią przez ramię, żeby upewnić się, że nadal ze mną była - nie odleciała wzrokiem ani myślami, zdecydowanie, zamiast tego zrobiła się wręcz uszczypliwa. Nie mogłem powstrzymać się od parsknięcia, gdy usłyszałem jej oburzony komentarz o Woodstocku. Uśmiechnąłem się do siebie na myśl o tych wszystkich szalonych latach, które spędziłem na wędrowaniu po różnych zakątkach świata. Patrząc na kobietę, która wciąż trzymała się mnie kurczowo, niby teoretycznie czułem, że w tym momencie moja wesołość jest nieco irracjonalna, ale gdy skomentowała, że oczywiście tam byłem, bo „jestem taki cool”, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Czułem, że jej wzrok błądzi po moich plecach, a jej myśli zapewne krążą wokół tego, jakim strasznym jestem frajerem, że muszę chwalić się takimi rzeczami w obliczu szalejącego żywiołu, żeby udowodnić, jaki to jestem hardkorowy.
- Cósz, cósz… - Zacząłem, starając się nadać swojemu głosowi ton nonszalancji. - Oszywiście, sze jesztem tak baldzo cool, sze byłem na Woodstocku i nie tylko. - Odparłem, przewracając oczami, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Pokręciłem głową, parskając cicho śmiechem, mimo, że wokół nas szalał pożar. - Cósz, pszywileje swiąsane z bysiem nomadą. - Powiedziałem, starając się nadać mojemu głosowi lekko nonszalancki ton. - Pszes osztatnie piętnaszcie lat s gólką byłem w wielu mniej lub baldziej ciekawych miejszcach i szytuasjach. Mosze nawet wyślę ci posztówkę, jeśli nadal będzies współplasowaś. Ekwiwalent „dzielnego pasjenta”, pszes któly będzies mogła mówiś, sze jestesz cool, bo mas cool pszyjasiół zagranisą. - Rzuciłem, wzruszając ramionami, co sprawiło, że lekko się bujnęła. Spojrzałem na nią z przymrużonym okiem. Zdawałem sobie sprawę, że moje słowa mogły brzmieć nieco durnowato, ale w tej chwili nie miałem innego wyjścia - poza tym, faktycznie - to mnie bawiło bardziej, niż powinno.
Zdawałem sobie sprawę, że to raczej niemożliwe, żebyśmy utrzymali taki kontakt po tej nocy, bo w końcu nie znaliśmy się zbyt dobrze. Może poznałem jej adres, ale nie wysyłałem pocztówek do obcych. W tym momencie chciałem być dla niej oparciem, a nie zrzędzącym mrukiem, który żałuje, że postanowił jej pomóc. Wewnątrz jednak, w głębi duszy, byłem świadomy, że to owszem, miłe założenia, ale to też jednocześnie czysta mrzonka.
- Ale wies, cosz sa cosz, jesztem cool, ale nie mam takiego cool mieszkanka jak ty ani wasznej posadki. - Dodałem, myśląc o ostatnich wydarzeniach. Czy zamieniłbym moje cool życie na wygodne mieszkanko? Prawda była taka, że nie miałem odpowiedzi - od lat nie było miejsca, do którego mógłbym uciec, albo w którym byłbym w stanie spokojnie odpocząć, nie korzystając z cudzej uprzejmości. Poza tym, wbrew temu, co mi ostatnio zarzucono - przejmowałem się tym, że z mojego powodu może ucierpieć ktoś, kto jest mi bliski, więc nie chciałem bez potrzeby korzystać z wyciągniętej ręki. Nawet wtedy, gdy tak byłoby łatwiej - częstokroć wolałem odrzucić pomoc, tym bardziej w tych najbardziej kruchych i podatnych momentach, gdy czułem się, jakbym spadał w przepaść w zwolnionym tempie. Nie chciałem być cudzym ciężarem, jeszcze dodatkowo nie będąc gwarantem bezpieczeństwa, a wręcz przyciągając kłopoty.
Wiele razy byłem świadkiem rzeczy, które sprawiały, że człowiek czuł się jak na skraju życia i śmierci - zupełnie jak w tym momencie, i chociaż na ogół nie miałem zbyt wielu powodów do radości, a ta chwila wydawała się być jakimś dziwnym żartem losu, wciąż czułem się zaangażowany w podtrzymanie lekkiego tonu rozmowy.
Jest jak jest. Czasami życie potrafi być absurdalne - można albo się poddać, albo popłynąć z prądem. Zdawałem sobie z tego sprawę i być może to sprawiało, że mimo tego, że otaczał nas chaos, to ja w tym momencie czułem się dziwnie spokojny. Próbowałem przelać to na moją towarzyszkę. Trzymaliśmy się razem, więc to było naturalne, że chciałem, żeby poczuła się bezpiecznie, mimo że dookoła nas szalał ogień i wybuchała coraz większa panika. Chciałem, by wiedziała, że nie jest sama w tym szaleństwie i może liczyć na mnie - nawet, jeśli nasze drogi splatają się tylko na chwilę. W momencie, gdzie wszystko się pali, a otoczenie szaleje, ja byłem tu, by ją wspierać - w miarę swoich możliwości, bo się nie znaliśmy. W gruncie rzeczy liczyłem, że nie jestem takim znowu najgorszym tymczasowym zastępstwem dla człowieka, który oferował jej wsparcie na co dzień - ta myśl nasunęła mi się sama, prowadząc do tego kolejnego wniosku i rozbawionych, ale przekornych słów.
- Wies, mógłbym ci go pokasaś... - Zacząłem, a uśmiech nie opuszczał moich ust. - Ale twój naszeszony pewnie nie byłby zadowolony, bo mam go laszej… No, dosyś niszko w... Kontlowelsyjnym miejsu. - Powiedziałem, nieco prowokacyjnie. Nie wiem, co mnie tak bawiło, ale ta dziwna, wewnętrzna wesołość nie chciała mnie opuścić, mimo że wszystko wokół mnie było tak tragiczne. - Jimi Hendrix. - Zniżyłem głos, porozumiewawczo, jakbym dzielił się z nią jakimś sekretem. - The night I was boln, the moon tulned file led. Czelwony księszyc sama wies, gdzie... - Wyjaśniłem, nie mówiąc już o tym, że przez warunki, w jakich powstało to artystyczne dzieło, bardziej przypominało kółko albo bardzo duży znak interpunkcyjny - wielką kropkę. Nie mogłem się oprzeć refleksji, jak wiele tych „znaków” zyskałem przez lata. Każdy z nich przypominał mi o miejscach, ludziach i chwilach, które mnie ukształtowały. Niektóre były zabawne, inne trudne, ale każda z tych historii miała swoje miejsce w moim sercu. W duchu wątpiłem, czy ten żart się przyjmie, ale nie mogłem się powstrzymać - w końcu będąc dokładnie takim typem człowieka, który ma tatuaże na dupie, raczej mogłem pozwolić sobie na kontrowersyjne zachowania.
- Na szole jescze szobie nie slobiłem, bo nie znosę noszić gszywki. Chyba wyglądam w niej jak debil. - Dodałem, parskając znowu. Zamrugałem, zastanawiając się, czy w ogóle dobrze robię, dzieląc się z nią każdym kolejnym niepoważnym szczegółem. Wydawało mi się, że to wcale nie jest takie złe, skoro najwyraźniej działało - nie znałem jej dobrze, ale czułem, że w tym całym zamieszaniu stajemy się sobie bliżsi, więc pozwalałem sobie na te komentarze. Byliśmy dwojgiem obcych w stojących w obliczu zagrożenia, ale w jakiś sposób, w tej szalonej rzeczywistości, zaczynaliśmy poznawać siebie nawzajem. Nie mieliśmy zostać przyjaciółmi, ale liczyło się to, że byłem tu i teraz, oddychając, czując jej ciężar na swoich plecach i próbując znaleźć wyjście z sytuacji.
- No cósz, to lysyko, któle jesztem w sztanie podjąś. Stelylnoś to ostatnia szecz, jaką szię pszejmuję. Szycie jeszt za klótkie, szeby ciągle szię wahaś i baś. - Stwierdziłem. Przestałem liczyć, ile razy udało mi się wymknąć śmierci z rąk. Czasami czułem, że coś mną wstrząsnęło, ale nie miałem na to wpływu, więc nie zamierzałem przejmować się na zapas. Przez lata coś się we mnie zmieniło, stałem się mniej zachowawczy wobec siebie samego, mniej przejmujący się obrażeniami. Zresztą kobieta coś o tym wiedziała, z uwagi na tamtą sytuację na ulicy z kolanem - prawda? Gdyby nie ona, pewnie jakoś bym to rozłaził. Zniżyłem głos, jakby to była jakaś wielka tajemnica, i dodałem:
- Ciągiem chłodniszym i datą pszydatności do sposzycia tesz galdzę, uwieszysz? - Podzieliłem się tym w taki sposób, jakby to, co mówiłem, miało być sekretem tylko między nami. Ułatwił mi to fakt, że mój głos powoli sam z siebie zaczynał przypominać zachrypnięty pomruk. Na chwilę musiałem zamilknąć, żeby zebrać siłę, bo już słyszałem po sobie efekty wdychania dymu i gadulstwa, ale wkrótce znów się odezwałem, starając się utrzymać jej uwagę.
- Posa tym, pszypominam ci, sze jesztem najemnikiem, zawse jesztem gotowy na wszysko. - W moim głosie brzmiała nuta brawury i lekceważenia, ale nie bez powodu. Może to było głupie, ale w moim przypadku śmiech był jedyną formą buntu przeciwko bezsensownej rzeczywistości. - Wiem, sze to mosze byś zaskakująse, ale ogólnie szecz bioląs, nie jeszt to najbespieszniejsy sawód na szwiesie. - Odpowiedziałem, starając się brzmieć poważnie, mimo, że w moim tonie brzmiała nuta żartu. Życie przy mojej profesji przypominało grę w rosyjską ruletkę. „Dopóki oddycham, dopóty rozgrywka trwa, a ja dalej jestem w grze” - to motto towarzyszyło mi przez długi czas. Może to głupota, ale tak jakoś było.
W tej chwili, w obliczu szaleństwa wokół, chciałem, aby czuła się bezpieczniej, mimo że sytuacja była zgoła przeciwna. Chciałem, by wiedziała, że nie boję się konieczności pokonywania niebezpieczeństw, które napotykam na swojej drodze. Na moment zamilkłem, w myślach wracając do chwil, w których stawiałem czoła śmierci. Przestałem już liczyć, ile razy udało mi się wymknąć z rąk losu. Coś we mnie pękło, a strach przed obrażeniami zniknął. W jakimś sensie, z roku na rok, coraz bardziej zaczynałem myśleć, że to, co przeżyłem, sprawiło, że stałem się nieco obojętny na ból.
- Wies, snam spolo kobiet, któle uwaszają, sze mogłyby mi zrobiś kszywdę. - Powiedziałem, patrząc w tłum, który wciąż się przesuwał w panice. - Tak po plawsie, wiele plóbowało. Nie dalej jak kilka dni temu jedna chsiała mnie zabiś, ale nie jesztem taki łatwy do pokonania... Albo mam zdesydowanie więsej niś dziewięś szyś, nie widzę, kiedy je tlasę i kiedysz szię ssiwię. - Pokręciłem głową, kolejny raz powstrzymując rozbawienie niepasujące do naszej tragicznej sytuacji. Z dwojga złego lepiej było się śmiać, nawet desperacko, niż panikować.
Przynajmniej nie tylko ja tak to odbierałem. Kobieta miała ładny śmiech - dźwięczny, wdzięczny, całkiem czysty, jak na sytuację, w której się znaleźliśmy i duszące kłęby dymu wdzierające się do gardła.
- Zawse do uszłuch. - Odparłem z rozbawieniem, ale też pewną szarmancką nutą w tonie głosu. Potrafiłem być kulturalny.
Zaraz potem poczułem, jak zaczyna wspinać się na moje ramiona. To było dość zabawne, z jaką determinacją wdrapywała się na szyję, chwytając mnie przy tym za włosy. Dawno nie dałem ich komukolwiek tak dotykać, nawet seksualnie - zazwyczaj unikałem pozwalania komuś na to, żeby dotykać mojej fryzury, tymczasem zrobiłem już drugi wyjątek tej samej nocy przy tej samej osobie.
- No to hop! - Powiedziałem, prostując się i mocno ją przytrzymując, żeby nie gibnęła się do tyłu. Jej ciężar mocno opierał się na mojej głowie, nogi zwisały przy ramionach. Usłyszałem przekleństwo wydobywające się z ust towarzyszki i to, jak bardzo była zadowolona z tej akrobacji, rozbawiło mnie prawie do łez. Słowo, które wymsknęło się kobiecie z ust, sprawiło, że jeszcze raz parsknąłem śmiechem.
- Zajebiszcie, kulwa. - Odmruknąłem, trochę ubawiony sytuacją. Może to był spełniony instynkt przetrwania, który mówił mi, że zaraz wszystko wróci pod naszą kontrolę, może po prostu moja natura, ale w tym momencie czułem się dziwnie zadowolony. W tej pojebanej sytuacji, w której oboje znaleźliśmy się, tworzyliśmy małą, nieformalną drużynę i nawet nieźle nam to szło. - Jak stont wyjsiemy, slobię sobie ten tatuasz na szole, wies... I gszywkę... Od lasu zlobię gszywkę... - Wiedziałem, że moje słowa mogą brzmieć lekko szalenie, biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znaleźliśmy, ale jakoś musiałem radzić sobie z tym stresem. - Za tysień poswolę ci nawet oceniś, czy szeszywiście wyglądam jak debil. Powiesmy... O osiemnastej? - Dodałem, odnosząc się do pytania, które wcześniej mi uciekło. Może to było głupie, ale miałem nadzieję, że to jej da trochę otuchy w tym piekielnym dymie i ogniu, który zjadał Londyn. - Gotowa?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13716), Prudence Fenwick (11356)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.04.2025, 15:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 01:48
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.04.2025, 12:32
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 17:55
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 00:37
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.04.2025, 17:01
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 23:05
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 14.04.2025, 19:14
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 14.04.2025, 23:10
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.04.2025, 17:23
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.04.2025, 22:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.04.2025, 19:21

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa