13.04.2025, 18:25 ✶
Serce... biło mi jak szalone? Nie, nie biło. Powinno, ale ani drgnęło, gdy ruszyłem do biegu. Kolejne z tych osobliwych doświadczeń, które przypominały mi, że pewne rzeczy już minęły. Że nie wrócą. Że ja się nie zmienię. Nie poczuję już tej adrenaliny buzującej we krwi; jedynie co najwyżej w wyobrażeniach. Więc... prawdopodobnie znowu umykałem śmierci, ale nie czułem tego. Biegłem przed siebie, starając się wybierać mniej zatłoczone miejsca, unikać zaklęć i jednocześnie nikogo na nie nie narazić.
A jednak, w takich improwizowanych akcjach zawsze coś szło nie tak.
Tym razem zaskoczyła mnie dziewczyna. Może młoda kobieta. Wymknęła się z trzewi płonącego budynku, wpadła prosto na mnie. Albo ja na nią. O mało co nie przewróciłem nas obojga. Pewnie bym ją wyminął i pobiegł dalej, ale kątem oka dostrzegłem światło lecącego zaklęcia. Tego, które było zarezerwowane dla mnie.
Zadziałałem instynktownie, chwyciłem ją i może trochę zbyt gwałtownie zmusiłem do schylenia się. Sam również się zgarbiłem. Zaklęcie przeleciało nad naszymi głowami. Blisko.
Rzuciłem spojrzenie na moich towarzyszy. Wydawali się cali. Unikali zagrożenia, byli w ruchu. Dobrze.
Pomogłem dziewczynie się podnieść i pociągnąłem ją za najbliższy zakręt, poza pole widzenia oprychów. Nie liczyli się z nikim. Z kobietami, z dziećmi – wszyscy byli celem. Więc... czy właśnie uratowałem jej życie? Nie, to nic heroicznego. Bo przecież to ja sprowokowałem atak. To wszystko było moją winą. Uratowałem ją jedynie przed skutkami własnych decyzji.
Sprawdziłem, czy sam nie zrobiłem jej krzywdy swoją gwałtownością, ale wszystko wydawało się być w porządku. Normalnie się wypowiadała, była przede wszystkim przytomna. Bardzo przerażona.
– Po prostu uważaj na siebie. Nie czekaj na nikogo. Nie szukaj nikogo. Uciekaj z tej części miasta... Ukryj się u znajomych, daleko stąd, gdziekolwiek, póki z nieba nie przestanie sypać się popiół, dobrze? – powiedziałem rzeczowo. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Przełknąłem ślinę.
Była śliczna. Ale załzawione oczy i umorusana twarz mówiły jasno, czym stał się Londyn. Polem walki. Widziałem ludzi w podobnym stanie – przerażonych, zmęczonych, zgnębionych przez potwory. Ale nigdy jeszcze nie widziałem ich tak... cierpiących przez innych ludzi. Tak nie powinno być.
Piękna. Miała śliczne piegi. Chciałem przetrzeć palcem jej policzek, ale wstrzymałem się w połowie gestu. Spojrzałem na własną bladą skórę. Przypomniałem sobie, czym jestem. Potworem.
Zacisnąłem zęby. Szybko zreflektowałem się. Upewniłem się, że zrozumiała moje polecenia, rzuciłem jej szybkie powodzenia i w podskokach dołączyłem do Geraldine. Serce wciąż mi nie waliło, chociaż teraz powinno z podwójną mocą.
– Gdzie to mieszkanie? Zaraz kończy nam się ulica – rzuciłem, nie komentując ani pościgu ze strony oprychów, ani tego, że właśnie uratowałem komuś życie. Bo wiedziałem jedno: niezależnie od tego, ile zrobię dobrego, nie odkupię własnych win. Zostałem przeklęty. Dosłownie.
| Zawada kompletny dziwak - wycofuje się z reakcji społecznych przez bladość skóry.
A jednak, w takich improwizowanych akcjach zawsze coś szło nie tak.
Tym razem zaskoczyła mnie dziewczyna. Może młoda kobieta. Wymknęła się z trzewi płonącego budynku, wpadła prosto na mnie. Albo ja na nią. O mało co nie przewróciłem nas obojga. Pewnie bym ją wyminął i pobiegł dalej, ale kątem oka dostrzegłem światło lecącego zaklęcia. Tego, które było zarezerwowane dla mnie.
Zadziałałem instynktownie, chwyciłem ją i może trochę zbyt gwałtownie zmusiłem do schylenia się. Sam również się zgarbiłem. Zaklęcie przeleciało nad naszymi głowami. Blisko.
Rzuciłem spojrzenie na moich towarzyszy. Wydawali się cali. Unikali zagrożenia, byli w ruchu. Dobrze.
Pomogłem dziewczynie się podnieść i pociągnąłem ją za najbliższy zakręt, poza pole widzenia oprychów. Nie liczyli się z nikim. Z kobietami, z dziećmi – wszyscy byli celem. Więc... czy właśnie uratowałem jej życie? Nie, to nic heroicznego. Bo przecież to ja sprowokowałem atak. To wszystko było moją winą. Uratowałem ją jedynie przed skutkami własnych decyzji.
Sprawdziłem, czy sam nie zrobiłem jej krzywdy swoją gwałtownością, ale wszystko wydawało się być w porządku. Normalnie się wypowiadała, była przede wszystkim przytomna. Bardzo przerażona.
– Po prostu uważaj na siebie. Nie czekaj na nikogo. Nie szukaj nikogo. Uciekaj z tej części miasta... Ukryj się u znajomych, daleko stąd, gdziekolwiek, póki z nieba nie przestanie sypać się popiół, dobrze? – powiedziałem rzeczowo. Przynajmniej taką miałem nadzieję.
Przełknąłem ślinę.
Była śliczna. Ale załzawione oczy i umorusana twarz mówiły jasno, czym stał się Londyn. Polem walki. Widziałem ludzi w podobnym stanie – przerażonych, zmęczonych, zgnębionych przez potwory. Ale nigdy jeszcze nie widziałem ich tak... cierpiących przez innych ludzi. Tak nie powinno być.
Piękna. Miała śliczne piegi. Chciałem przetrzeć palcem jej policzek, ale wstrzymałem się w połowie gestu. Spojrzałem na własną bladą skórę. Przypomniałem sobie, czym jestem. Potworem.
Zacisnąłem zęby. Szybko zreflektowałem się. Upewniłem się, że zrozumiała moje polecenia, rzuciłem jej szybkie powodzenia i w podskokach dołączyłem do Geraldine. Serce wciąż mi nie waliło, chociaż teraz powinno z podwójną mocą.
– Gdzie to mieszkanie? Zaraz kończy nam się ulica – rzuciłem, nie komentując ani pościgu ze strony oprychów, ani tego, że właśnie uratowałem komuś życie. Bo wiedziałem jedno: niezależnie od tego, ile zrobię dobrego, nie odkupię własnych win. Zostałem przeklęty. Dosłownie.
| Zawada kompletny dziwak - wycofuje się z reakcji społecznych przez bladość skóry.