14.04.2025, 00:18 ✶
- Nie chcę, żeby się zmieniało - odparł zgodnie z tym, na co się przecież pisał.
Widziały gały, co brały, prawda? Ona też zdawała sobie sprawę z tych wszystkich rzeczy, które szły z nim w pakiecie. Po prostu się takimi przyjmowali.
- Poinformuj mnie o wyniku tych rozważań - dodał tylko przelotnie w ramach przytaknięcia, bo tak: zdawał sobie sprawę.
Wiedział, że mogła o tym pomyśleć.
- Od samego początku było bardzo jasne - poprawił Geraldine, przenosząc na nią wzrok i lekko kiwając głową. - Wiem, że upłynęło dużo czasu. Naprawdę dużo. Zbyt wiele jak na niektóre standardy - nie zamierzał tego ukrywać ani owijać w bawełnę faktu, że poniekąd w tym także odrobinę zbyt mocno się zamotali.
Tyle tylko, że nie mogli nic z tym zrobić, prawda? Nie dało się cofnąć czasu. To nie był powód, dla którego powinni się zadręczać. Nie teraz. Nie, gdy było między nimi naprawdę dobrze i kiedy mimowolnie zaczęli wyjaśniać sobie niektóre sprawy. Od słowa do słowa przeszli do tematów, które może były odrobinę nieoczekiwane, ale najwyraźniej potrzebne.
- Dlatego o tym mówimy - stwierdził gładko, wbijając w nią odrobinę bardziej badawcze spojrzenie, które momentalnie pojaśniało na ten kolejny fragment wypowiedzi, jaka padła z ust Riny.
Co prawda nie spodziewał się niczego innego, bo nie chciał się spodziewać, ale czym innym było usłyszeć to na głos. Wypowiedziane przez nią dokładnie tym tonem głosu i w ten sposób. Nie w swoim własnym umyśle. Jako fakt, nie fragment wyobrażenia.
- Doskonale. Skoro tak, nie zamierzam zbyt długo zwlekać - być może nie były to najbardziej romantyczne słowa pod słońcem, ale w gruncie rzeczy aktualnie tylko dyskutowali.
Nie do końca rozważali opcje, bo w ich przypadku istniała wyłącznie jedna możliwość, jednak znacznie lepiej było mieć jasność. Od samego początku do niej zmierzali, czyż nie?
Uważał się za dosyć pragmatycznego człowieka. Wiedząc to, co wiedział w tej chwili, zdecydowanie miał postąpić właściwie. Nie wątpił w to ani przez chwilę.
- Wiesz, że ja też - odmruknął, posyłając dziewczynie odrobinę zmęczone spojrzenie, może nawet kryjące w sobie coś na kształt zawodu czy smutku na myśl, że nie mogli tak po prostu postąpić po swojemu.
Nie w tym wypadku. Tu naprawdę musieli zachować się zgodnie z konwenansami, nawet jeśli żadne z nich nie chciało tego robić. Dużo łatwiej byłoby im postąpić w zgodzie z własnymi przekonaniami, jednak to była jedna z tych sytuacji, w których było to raczej niemożliwe. Nie dla ludzi ich pokroju.
W pewnych kwestiach potrzebowali zachowywać tradycję. Dokładnie tak samo jak bardzo konkretną kolejność postępowania.
- Wiem - na te słowa uśmiechnął się pod nosem, tym razem już z pewną wesołością.
Jego argumenty zawsze były silne, czyż nie? Nie lubił rzucać nimi zupełnie z dupy. Myślał i analizował, szczególnie że wbrew pozorom wcale nie był mistrzem lania wody. Ostatnie dni były pod tym względem na swój sposób wyjątkowe, bo jak na siebie mówił naprawdę dużo. Bardzo dużo.
Za to te kolejne zdanie, jakie padło z ust jego dziewczyny? W tym wypadku zmrużył oczy, posyłając Rinie niezmiernie karcące spojrzenie. Nie chciał słyszeć od niej podobnych bzdur. W żadnym wypadku. Z pewnością była tego świadoma, więc nie musieli zbyt mocno rozwijać tego tematu.
- Wiesz, że jeśli cokolwiek będzie nie tak - nieznacznie pokręcił głową, nawet nie próbując dokończyć tego zdania, tylko od razu przechodząc do meritum wypowiedzi, której nie wygłosił. - Jesteśmy dorośli i rozsądni. Ja jestem uzdrowicielem, ty znasz siebie. To prosta sytuacja. Nieważne, czy zechcemy mieć gromadkę pąkli, ale skończymy na jednym albo - to, co powinien dodać średnio pasowało do wizji szczęśliwej przyszłości, ale mimo wszystko kontynuował - wcale. Nie zrobimy nic, z czym nie będziesz czuć się komfortowo. Wiesz, że nie jestem jednym z tych mężczyzn - zakończył całkiem poważnie.
Tych, o których rozmawiali w przypadku Rookwoodów czy innych im podobnych. Tych, o których mówili w kontekście ciemnej strony tradycjonalizmu. Rzekomych odwiecznych wartości, które w rzeczywistości nie miały zbyt wiele wspólnego z szanowaniem przeszłości i korzeni. Za to zdecydowanie niezmiernie dużo z wykorzystywaniem siły, władzy i pozycji.
Nie, by nigdy tego nie robił, ale nie tu. Nie w tym wypadku. Nie w takim kontekście. Mieli całkowitą jasność, prawda? W innym wypadku nigdy nie spędziliby ze sobą tych wszystkich lat ani nie rozmawialiby o ślubie czy o dzieciach. W żadnym wypadku. Nie, nie zawsze posiadanie jakiejkolwiek przewagi musiało wiązać się z jej wykorzystywaniem.
Tyle tylko, że niektórzy zupełnie tego nie respektowali. Tak, zdawał sobie sprawę z tego, co działo się na co dzień choćby w szpitalu, w którym pracował. Pozycja, która rzekomo miała na niego czekać od wielu lat, nadal była wyłącznie kawałkiem marchewki na kiju. Zauważył już (chyba w przeciwieństwie do zarządu Munga), że coraz bardziej przywiędłej i mniej apetycznej.
Tyle tylko, że nadal był związany umową o pracę i wieloma innymi pobocznymi kwestiami. Tymi, o których zresztą mówił już dziewczynie, teraz zamiast tego posyłając jej dosyć posępne spojrzenie.
- Te kilka lat nie bierze się znikąd. Mierzę siły na zamiary, przecież wiesz - stwierdził spokojnie, choć jednocześnie bez wątpienia ponuro, nie zamierzając kolejny raz zagłębiać się w temat.
Nie, gdy mieli naprawdę udane popołudnie i jeszcze chwilę temu rozmawiali o czymś, co powinno być dla nich obojga całkiem przyjemnym tematem. Nie zamierzał tego psuć mówieniem o kosztach zakładania prywatnej działalności. Ani tym bardziej o konieczności dopisania do listy także generalnego remontu w Whitby i organizacji tych wszystkich szopek, o których mówił.
Nie zamierzał przerzucać tego na swoją rodzinę. Nie był dorosłym dzieckiem żyjącym na garniszku ojca. Jasne, miał to szczęście, że mógłby sobie na to pozwolić. Nie byłoby to zresztą niczym nietypowym, niezwykłym czy nawet godnym pogardy. Wielu tak żyło, ale on zawsze dążył do czegoś innego. Do niezależności, nawet jeśli tylko finansowej, bo w inne tematy był zdecydowanie zbyt uwikłany.
- Wyobraź sobie, że ja też nie - nie próbował kryć przekąsu, jaki pojawił się w tonie jego głosu, powoli robiąc się coraz bardziej dostrzegalnie poirytowany.
To był temat wzbudzający w nim wręcz niemożliwie dużo frustracji. Jasne, powinien cieszyć się szczęściem ojca i macochy. Tyle tylko, że nie spodziewał się czegoś takiego. Miał dostatecznie dużo na głowie, żeby słysząc tę szczęśliwą nowinę poczuć się dokładnie tak jak wyglądał w tej chwili: jak strzelony z piąchy w twarz.
- Och, nie wątpię, że to ma być mój problem - odparł wyjątkowo mocno zaciskając przy tym wargi, żeby nie ziać tym wszystkim aż tak mocno. - Nie wątpię też, że dla bardzo licznego grona to będzie mój problem - nie musiał dodawać, pod jakim kątem, nieprawdaż?
Być może nie był przy tym zbyt delikatny, ale musiała mu to wybaczyć. Po prostu. Nie chciał znaleźć się w tej sytuacji, jednak tak właściwie to nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Praktycznie żadnego wyboru. Został postawiony przed faktem dokonanym. Dlatego tym bardziej go to wkurwiało.
I dlatego, że wbrew sugestiom jego dziewczyny, nie mógł tak po prostu tego pierdolić.
- Nie udźwignie tego. Żadne z nich tego nie dźwignie. Doskonale wiesz, gdzie leżą ich priorytety. Jego i jej - o trzeciej osobie w ogóle nie mówił, bo wkrótce zapewne miała być niemal całkowicie nieobecna w domu.
W końcu miała swoje własne zobowiązania wobec nowego narzeczonego, czyż nie? Technicznie rzecz biorąc, zmieniała rodziny. Idealnie w czas, żeby nie być częścią tego narastającego pierdolnika.
- Nie mogę się z tego wypisać, Rina - nie sądził, żeby musiał to mówić.
Z drugiej strony, ona nie musiała próbować wmawiać mu tej kolejnej rzeczy. Nie bez powodu określił się tym konkretnym epitetem. Nie biczował się. Nigdy tego nie robił. Mówił prawdę. W końcu czyż nie to sobie obiecali?
- Jestem - odpowiedział twardo, nie powstrzymując się ani przez chwilę. - Nie musisz mnie pocieszać, jeśli o to chodzi. Zapewniać, że jest inaczej - dodał, kontynuując dokładnie tym samym tonem, w jakim zaczął odpowiedź. - To nie jest coś, co mnie rusza, wiesz? To po prostu fakt. Jestem kanalią, zawsze nią będę, nie zamierzam tego zmieniać, bo nie czuję takiej potrzeby. Nie jest mi z tym źle - słysząc reakcję ze strony Geraldine, czuł potrzebę, by głębiej to poruszyć. - Robiłem, robię i będę robić wstrętne rzeczy - nie miał problemu, żeby to powiedzieć, przynajmniej nie Yaxleyównie. - Nie przynoszę tego do domu, nie mam zamiaru. Dokładnie tak samo jak mam nadzieję, że nigdy nie doświadczysz tej strony mojego zachowania... ...ale to nie znaczy, że ona nie istnieje - bardzo nieznacznie wzruszył ramionami, usiłując odzyskać spokój utracony na wspomnienie domowego cyrku.
Naprawdę próbował nad sobą panować. Nie dało się jednak ukryć, że ten temat był dla niego wyjątkowo drażliwy. Narastał w Ambroisie na tyle długo i intensywnie, że gdy już znalazł ujście, Greengrassowi trudno było tak po prostu sucho wyłożyć dziewczynie informację o jego nowym rodzeństwie i zakończyć wypowiedź.
- Zostawiłbym go tam - odezwał się po chwili grobowym tonem, przenosząc wzrok na Rinę i wbijając w nią spojrzenie. - Gdybyś nie była w stanie cofnąć się korytarzem. Jeżeli miałbym wybierać. Zostawiłbym go tam - tego akurat nie był już w stanie skwitować wzruszeniem ramionami, ale jego spojrzenie było dostatecznie wymowne, by mogła wiedzieć, że nie zamierzał wykrzywiać prawdy. - Znamy się blisko dwadzieścia lat, ale każde słowo, jakie tam wtedy padło było prawdziwe. Pisał się na to, wchodząc do jaskini. Wszyscy się na to pisaliśmy. Gdyby to miało wpłynąć na ostateczne powodzenie polowania, na twoje życie i bezpieczeństwo wszystkich innych, których to coś wzięło na celownik, to bym go tam zostawił - tak: to było zarazem na tyle proste i tak trudne.
Nie zamierzał mówić tego, co już kiedyś padło z jego strony. Sam też nie oczekiwałby ratunku. Byłby wściekły, gdyby ktokolwiek, nawet Geraldine próbował ratować mu dupę kosztem porzucenia znacznie ważniejszego celu. Poświęcenia swoich szans na powodzenie istotniejszego zadania.
Wiedział, na co się pisze, gdy decydował się podjąć próbę walki z dopplegangerem. Zdawał sobie sprawę z ryzyka oraz z tego, że z dużym prawdopodobieństwem może nie wrócić już na powierzchnię. Miał wrażenie, że jako jedna z dwóch osób, które w ogóle brały pod uwagę konieczność szacowania szans. Ich pozostali towarzysze zachowali się nierozsadnie.
Ale nie zmieniało to faktu, że zrobiłby to. Porzuciłby jednego ze swoich przyjaciół, żywiąc głęboką (i najwyraźniej błędną) wiarę w to, że Figg zdawał sobie sprawę z priorytetów. Z tego, że rozwścieczony demon musiał zostać załatwiony raz na zawsze. Inaczej ich poświęcenie nie miałoby sensu. Zemściłoby się nie tylko na nich, ale także na ich bliskich. Byli blisko tego, żeby zginąć przez podjętą decyzję o porzuceniu istoty wyprawy.
- Czy byłaby to jedna z najgorszych decyzji, jaką podjąłbym w życiu? Być może. Z pewnej perspektywy tak. Z innej? - Tym razem już musiał unieść kąciki ust, nieznacznie kręcąc głową. - Jestem kanalią, ma moitié. To, że mam ku temu swoje motywy i jednocześnie o niektórych bardziej się troszczę nie oznacza, że nią nie jestem - ot, tak to wyglądało.
Prosta prawda. Jedna z najprostszych. Nigdy tego zresztą przed nią nie ukrywał. Miał szczęście, że w dalszym ciągu chciała być obok niego. Że mu ufała. Dokładnie tak jak on ufał jej. Doceniał to, co dla niego robiła. To, że ponownie przy nim była. Że chciała tego wszystkiego nawet wtedy, kiedy on sam był skłonny dać wątpliwościom wygrać. Szanował ją za to, że przy tym trwała.
- Za to cię kocham - odpowiedział bez chwili namysłu, kolejny raz wypowiadając te słowa, które w ostatnim czasie padały między nimi naprawdę niezwykle często.
Zasługiwała na to, by je słyszeć.
- Och, zobaczysz - tylko tyle miał jej aktualnie do powiedzenia, uśmiechając się pod nosem, bo banie się Ursuli nie było czymś, o co mógłby kiedykolwiek podejrzewać Geraldine.
Ale to nie oznaczało, że jego dziewczyna nie miała w przyszłości poczuć pełni siły ciotuni. Mogła mówić, co chce, ale Ula miała swoje sposoby na to, żeby zarządzać rodziną. Zwłaszcza tą przysposobioną, która nie bez powodu potrzebowała znacznie więcej uwagi. Trudno było ukryć, że byli bandą naprawdę interesujących jednostek. I jakże utalentowanych, rzecz jasna.
- Dobrze, ale nie zaprzeczysz, że za przedostatnim razem było znacznie lepiej - spróbował przerzucić ten jej niepodważalny argument, przywołując coś znacznie milszego.
Moment, gdy jej sukienka rzeczywiście przyniosła im całkiem sporo satysfakcji. Nie dało się też zresztą ukryć, że nawet za tym ostatnim razem wszystko było dobrze przez większość czasu. Przynajmniej do momentu, w którym trafili na klatkę schodową kamienicy. Później trochę się zrypało, ale w gruncie rzeczy mieli wtedy naprawdę dobry dzień.
- Poza tym uważam, że świetnie sobie poradziłaś - dodał, może próbując ją odrobinę ugładzić, nawet jeśli nie sądził, by tego potrzebowała.
Po prostu trafiła na kogoś, kto praktycznie przez półtorej dekady nie brał urlopu od jednej długiej wyprawy. Nie mogła się tego spodziewać a i tak była przecież naprawdę blisko postawienia na swoim. Siły były bardzo wyrównane. Pewnie bez sukienki miałaby przewagę, ale w gruncie rzeczy to przecież nie była walka na śmierć i życie, czyż nie?
- Wiem, że jej nie potrzebowałaś - parsknął pod nosem, kręcąc głową z rozbawieniem. - Nawiasem mówiąc, to była prowokacja? - Nie, nie spodziewał się twierdzącej odpowiedzi, ale to nie oznaczało, że nie zamierzał nawiązać do tego drobnego faktu, skoro miał taką okazję. - Biurko w Dolinie. Mogłem się tłumaczyć, że chcę ją odzyskać - mógł na powrót rzucać półsłówkami i niepełnymi zdaniami, bo doskonale wiedziała, o co mu chodzi, prawda?
A potem w lesie. W lesie to też była jego własność. Z pewnością miała inne, zresztą przecież je widział, ale te dwa przypadki wyjątkowo mocno wyryły mu się w pamięci. Wzbudzały w nim szereg różnych emocji i instynktów. Musiała być tego w jakimś stopniu świadoma, nawet jeśli nie robiła tego zupełnie celowo, bo teoretycznie nie przykładała uwagi do tego, co na siebie zarzuca.
- No, nie w tej niszy. To jest moja nisza. Zdecydowanie - przytaknął, jakby na dowód przenosząc wzrok na dekolt dziewczyny i uśmiechając się jak dziecko w Yule. - Nie mówię, że kiedyś było źle, ale tak. To całkiem... ...spore zaskoczenie - w pewnym sensie trochę przesadzał teraz z tymi reakcjami, dokładnie tak samo jak ze słowami, ale musiała mu to wybaczyć.
Raz na jakiś czas potrzebował po prostu czegoś tak trywialnego jak pozwolenie sobie na niemal szczeniackie zachowania. W innym wypadku najpewniej szybko by oszalał.
- Nie doceniasz tego, jak prostym człowiekiem jestem ani moich możliwości poznawczych - odpowiedział bez zająknięcia. - Oczywiście, że w spodniach jest naprawdę dobrze, ale bez nich też cieszyłbym oczy tym widokiem - zapewnił, powstrzymując parsknięcie śmiechem na te kolejne (jakże prawdziwe!) słowa. - Całe szczęście - naprawdę trafił mu się doskonały towar...
Najwspanialszy.
Widziały gały, co brały, prawda? Ona też zdawała sobie sprawę z tych wszystkich rzeczy, które szły z nim w pakiecie. Po prostu się takimi przyjmowali.
- Poinformuj mnie o wyniku tych rozważań - dodał tylko przelotnie w ramach przytaknięcia, bo tak: zdawał sobie sprawę.
Wiedział, że mogła o tym pomyśleć.
- Od samego początku było bardzo jasne - poprawił Geraldine, przenosząc na nią wzrok i lekko kiwając głową. - Wiem, że upłynęło dużo czasu. Naprawdę dużo. Zbyt wiele jak na niektóre standardy - nie zamierzał tego ukrywać ani owijać w bawełnę faktu, że poniekąd w tym także odrobinę zbyt mocno się zamotali.
Tyle tylko, że nie mogli nic z tym zrobić, prawda? Nie dało się cofnąć czasu. To nie był powód, dla którego powinni się zadręczać. Nie teraz. Nie, gdy było między nimi naprawdę dobrze i kiedy mimowolnie zaczęli wyjaśniać sobie niektóre sprawy. Od słowa do słowa przeszli do tematów, które może były odrobinę nieoczekiwane, ale najwyraźniej potrzebne.
- Dlatego o tym mówimy - stwierdził gładko, wbijając w nią odrobinę bardziej badawcze spojrzenie, które momentalnie pojaśniało na ten kolejny fragment wypowiedzi, jaka padła z ust Riny.
Co prawda nie spodziewał się niczego innego, bo nie chciał się spodziewać, ale czym innym było usłyszeć to na głos. Wypowiedziane przez nią dokładnie tym tonem głosu i w ten sposób. Nie w swoim własnym umyśle. Jako fakt, nie fragment wyobrażenia.
- Doskonale. Skoro tak, nie zamierzam zbyt długo zwlekać - być może nie były to najbardziej romantyczne słowa pod słońcem, ale w gruncie rzeczy aktualnie tylko dyskutowali.
Nie do końca rozważali opcje, bo w ich przypadku istniała wyłącznie jedna możliwość, jednak znacznie lepiej było mieć jasność. Od samego początku do niej zmierzali, czyż nie?
Uważał się za dosyć pragmatycznego człowieka. Wiedząc to, co wiedział w tej chwili, zdecydowanie miał postąpić właściwie. Nie wątpił w to ani przez chwilę.
- Wiesz, że ja też - odmruknął, posyłając dziewczynie odrobinę zmęczone spojrzenie, może nawet kryjące w sobie coś na kształt zawodu czy smutku na myśl, że nie mogli tak po prostu postąpić po swojemu.
Nie w tym wypadku. Tu naprawdę musieli zachować się zgodnie z konwenansami, nawet jeśli żadne z nich nie chciało tego robić. Dużo łatwiej byłoby im postąpić w zgodzie z własnymi przekonaniami, jednak to była jedna z tych sytuacji, w których było to raczej niemożliwe. Nie dla ludzi ich pokroju.
W pewnych kwestiach potrzebowali zachowywać tradycję. Dokładnie tak samo jak bardzo konkretną kolejność postępowania.
- Wiem - na te słowa uśmiechnął się pod nosem, tym razem już z pewną wesołością.
Jego argumenty zawsze były silne, czyż nie? Nie lubił rzucać nimi zupełnie z dupy. Myślał i analizował, szczególnie że wbrew pozorom wcale nie był mistrzem lania wody. Ostatnie dni były pod tym względem na swój sposób wyjątkowe, bo jak na siebie mówił naprawdę dużo. Bardzo dużo.
Za to te kolejne zdanie, jakie padło z ust jego dziewczyny? W tym wypadku zmrużył oczy, posyłając Rinie niezmiernie karcące spojrzenie. Nie chciał słyszeć od niej podobnych bzdur. W żadnym wypadku. Z pewnością była tego świadoma, więc nie musieli zbyt mocno rozwijać tego tematu.
- Wiesz, że jeśli cokolwiek będzie nie tak - nieznacznie pokręcił głową, nawet nie próbując dokończyć tego zdania, tylko od razu przechodząc do meritum wypowiedzi, której nie wygłosił. - Jesteśmy dorośli i rozsądni. Ja jestem uzdrowicielem, ty znasz siebie. To prosta sytuacja. Nieważne, czy zechcemy mieć gromadkę pąkli, ale skończymy na jednym albo - to, co powinien dodać średnio pasowało do wizji szczęśliwej przyszłości, ale mimo wszystko kontynuował - wcale. Nie zrobimy nic, z czym nie będziesz czuć się komfortowo. Wiesz, że nie jestem jednym z tych mężczyzn - zakończył całkiem poważnie.
Tych, o których rozmawiali w przypadku Rookwoodów czy innych im podobnych. Tych, o których mówili w kontekście ciemnej strony tradycjonalizmu. Rzekomych odwiecznych wartości, które w rzeczywistości nie miały zbyt wiele wspólnego z szanowaniem przeszłości i korzeni. Za to zdecydowanie niezmiernie dużo z wykorzystywaniem siły, władzy i pozycji.
Nie, by nigdy tego nie robił, ale nie tu. Nie w tym wypadku. Nie w takim kontekście. Mieli całkowitą jasność, prawda? W innym wypadku nigdy nie spędziliby ze sobą tych wszystkich lat ani nie rozmawialiby o ślubie czy o dzieciach. W żadnym wypadku. Nie, nie zawsze posiadanie jakiejkolwiek przewagi musiało wiązać się z jej wykorzystywaniem.
Tyle tylko, że niektórzy zupełnie tego nie respektowali. Tak, zdawał sobie sprawę z tego, co działo się na co dzień choćby w szpitalu, w którym pracował. Pozycja, która rzekomo miała na niego czekać od wielu lat, nadal była wyłącznie kawałkiem marchewki na kiju. Zauważył już (chyba w przeciwieństwie do zarządu Munga), że coraz bardziej przywiędłej i mniej apetycznej.
Tyle tylko, że nadal był związany umową o pracę i wieloma innymi pobocznymi kwestiami. Tymi, o których zresztą mówił już dziewczynie, teraz zamiast tego posyłając jej dosyć posępne spojrzenie.
- Te kilka lat nie bierze się znikąd. Mierzę siły na zamiary, przecież wiesz - stwierdził spokojnie, choć jednocześnie bez wątpienia ponuro, nie zamierzając kolejny raz zagłębiać się w temat.
Nie, gdy mieli naprawdę udane popołudnie i jeszcze chwilę temu rozmawiali o czymś, co powinno być dla nich obojga całkiem przyjemnym tematem. Nie zamierzał tego psuć mówieniem o kosztach zakładania prywatnej działalności. Ani tym bardziej o konieczności dopisania do listy także generalnego remontu w Whitby i organizacji tych wszystkich szopek, o których mówił.
Nie zamierzał przerzucać tego na swoją rodzinę. Nie był dorosłym dzieckiem żyjącym na garniszku ojca. Jasne, miał to szczęście, że mógłby sobie na to pozwolić. Nie byłoby to zresztą niczym nietypowym, niezwykłym czy nawet godnym pogardy. Wielu tak żyło, ale on zawsze dążył do czegoś innego. Do niezależności, nawet jeśli tylko finansowej, bo w inne tematy był zdecydowanie zbyt uwikłany.
- Wyobraź sobie, że ja też nie - nie próbował kryć przekąsu, jaki pojawił się w tonie jego głosu, powoli robiąc się coraz bardziej dostrzegalnie poirytowany.
To był temat wzbudzający w nim wręcz niemożliwie dużo frustracji. Jasne, powinien cieszyć się szczęściem ojca i macochy. Tyle tylko, że nie spodziewał się czegoś takiego. Miał dostatecznie dużo na głowie, żeby słysząc tę szczęśliwą nowinę poczuć się dokładnie tak jak wyglądał w tej chwili: jak strzelony z piąchy w twarz.
- Och, nie wątpię, że to ma być mój problem - odparł wyjątkowo mocno zaciskając przy tym wargi, żeby nie ziać tym wszystkim aż tak mocno. - Nie wątpię też, że dla bardzo licznego grona to będzie mój problem - nie musiał dodawać, pod jakim kątem, nieprawdaż?
Być może nie był przy tym zbyt delikatny, ale musiała mu to wybaczyć. Po prostu. Nie chciał znaleźć się w tej sytuacji, jednak tak właściwie to nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Praktycznie żadnego wyboru. Został postawiony przed faktem dokonanym. Dlatego tym bardziej go to wkurwiało.
I dlatego, że wbrew sugestiom jego dziewczyny, nie mógł tak po prostu tego pierdolić.
- Nie udźwignie tego. Żadne z nich tego nie dźwignie. Doskonale wiesz, gdzie leżą ich priorytety. Jego i jej - o trzeciej osobie w ogóle nie mówił, bo wkrótce zapewne miała być niemal całkowicie nieobecna w domu.
W końcu miała swoje własne zobowiązania wobec nowego narzeczonego, czyż nie? Technicznie rzecz biorąc, zmieniała rodziny. Idealnie w czas, żeby nie być częścią tego narastającego pierdolnika.
- Nie mogę się z tego wypisać, Rina - nie sądził, żeby musiał to mówić.
Z drugiej strony, ona nie musiała próbować wmawiać mu tej kolejnej rzeczy. Nie bez powodu określił się tym konkretnym epitetem. Nie biczował się. Nigdy tego nie robił. Mówił prawdę. W końcu czyż nie to sobie obiecali?
- Jestem - odpowiedział twardo, nie powstrzymując się ani przez chwilę. - Nie musisz mnie pocieszać, jeśli o to chodzi. Zapewniać, że jest inaczej - dodał, kontynuując dokładnie tym samym tonem, w jakim zaczął odpowiedź. - To nie jest coś, co mnie rusza, wiesz? To po prostu fakt. Jestem kanalią, zawsze nią będę, nie zamierzam tego zmieniać, bo nie czuję takiej potrzeby. Nie jest mi z tym źle - słysząc reakcję ze strony Geraldine, czuł potrzebę, by głębiej to poruszyć. - Robiłem, robię i będę robić wstrętne rzeczy - nie miał problemu, żeby to powiedzieć, przynajmniej nie Yaxleyównie. - Nie przynoszę tego do domu, nie mam zamiaru. Dokładnie tak samo jak mam nadzieję, że nigdy nie doświadczysz tej strony mojego zachowania... ...ale to nie znaczy, że ona nie istnieje - bardzo nieznacznie wzruszył ramionami, usiłując odzyskać spokój utracony na wspomnienie domowego cyrku.
Naprawdę próbował nad sobą panować. Nie dało się jednak ukryć, że ten temat był dla niego wyjątkowo drażliwy. Narastał w Ambroisie na tyle długo i intensywnie, że gdy już znalazł ujście, Greengrassowi trudno było tak po prostu sucho wyłożyć dziewczynie informację o jego nowym rodzeństwie i zakończyć wypowiedź.
- Zostawiłbym go tam - odezwał się po chwili grobowym tonem, przenosząc wzrok na Rinę i wbijając w nią spojrzenie. - Gdybyś nie była w stanie cofnąć się korytarzem. Jeżeli miałbym wybierać. Zostawiłbym go tam - tego akurat nie był już w stanie skwitować wzruszeniem ramionami, ale jego spojrzenie było dostatecznie wymowne, by mogła wiedzieć, że nie zamierzał wykrzywiać prawdy. - Znamy się blisko dwadzieścia lat, ale każde słowo, jakie tam wtedy padło było prawdziwe. Pisał się na to, wchodząc do jaskini. Wszyscy się na to pisaliśmy. Gdyby to miało wpłynąć na ostateczne powodzenie polowania, na twoje życie i bezpieczeństwo wszystkich innych, których to coś wzięło na celownik, to bym go tam zostawił - tak: to było zarazem na tyle proste i tak trudne.
Nie zamierzał mówić tego, co już kiedyś padło z jego strony. Sam też nie oczekiwałby ratunku. Byłby wściekły, gdyby ktokolwiek, nawet Geraldine próbował ratować mu dupę kosztem porzucenia znacznie ważniejszego celu. Poświęcenia swoich szans na powodzenie istotniejszego zadania.
Wiedział, na co się pisze, gdy decydował się podjąć próbę walki z dopplegangerem. Zdawał sobie sprawę z ryzyka oraz z tego, że z dużym prawdopodobieństwem może nie wrócić już na powierzchnię. Miał wrażenie, że jako jedna z dwóch osób, które w ogóle brały pod uwagę konieczność szacowania szans. Ich pozostali towarzysze zachowali się nierozsadnie.
Ale nie zmieniało to faktu, że zrobiłby to. Porzuciłby jednego ze swoich przyjaciół, żywiąc głęboką (i najwyraźniej błędną) wiarę w to, że Figg zdawał sobie sprawę z priorytetów. Z tego, że rozwścieczony demon musiał zostać załatwiony raz na zawsze. Inaczej ich poświęcenie nie miałoby sensu. Zemściłoby się nie tylko na nich, ale także na ich bliskich. Byli blisko tego, żeby zginąć przez podjętą decyzję o porzuceniu istoty wyprawy.
- Czy byłaby to jedna z najgorszych decyzji, jaką podjąłbym w życiu? Być może. Z pewnej perspektywy tak. Z innej? - Tym razem już musiał unieść kąciki ust, nieznacznie kręcąc głową. - Jestem kanalią, ma moitié. To, że mam ku temu swoje motywy i jednocześnie o niektórych bardziej się troszczę nie oznacza, że nią nie jestem - ot, tak to wyglądało.
Prosta prawda. Jedna z najprostszych. Nigdy tego zresztą przed nią nie ukrywał. Miał szczęście, że w dalszym ciągu chciała być obok niego. Że mu ufała. Dokładnie tak jak on ufał jej. Doceniał to, co dla niego robiła. To, że ponownie przy nim była. Że chciała tego wszystkiego nawet wtedy, kiedy on sam był skłonny dać wątpliwościom wygrać. Szanował ją za to, że przy tym trwała.
- Za to cię kocham - odpowiedział bez chwili namysłu, kolejny raz wypowiadając te słowa, które w ostatnim czasie padały między nimi naprawdę niezwykle często.
Zasługiwała na to, by je słyszeć.
- Och, zobaczysz - tylko tyle miał jej aktualnie do powiedzenia, uśmiechając się pod nosem, bo banie się Ursuli nie było czymś, o co mógłby kiedykolwiek podejrzewać Geraldine.
Ale to nie oznaczało, że jego dziewczyna nie miała w przyszłości poczuć pełni siły ciotuni. Mogła mówić, co chce, ale Ula miała swoje sposoby na to, żeby zarządzać rodziną. Zwłaszcza tą przysposobioną, która nie bez powodu potrzebowała znacznie więcej uwagi. Trudno było ukryć, że byli bandą naprawdę interesujących jednostek. I jakże utalentowanych, rzecz jasna.
- Dobrze, ale nie zaprzeczysz, że za przedostatnim razem było znacznie lepiej - spróbował przerzucić ten jej niepodważalny argument, przywołując coś znacznie milszego.
Moment, gdy jej sukienka rzeczywiście przyniosła im całkiem sporo satysfakcji. Nie dało się też zresztą ukryć, że nawet za tym ostatnim razem wszystko było dobrze przez większość czasu. Przynajmniej do momentu, w którym trafili na klatkę schodową kamienicy. Później trochę się zrypało, ale w gruncie rzeczy mieli wtedy naprawdę dobry dzień.
- Poza tym uważam, że świetnie sobie poradziłaś - dodał, może próbując ją odrobinę ugładzić, nawet jeśli nie sądził, by tego potrzebowała.
Po prostu trafiła na kogoś, kto praktycznie przez półtorej dekady nie brał urlopu od jednej długiej wyprawy. Nie mogła się tego spodziewać a i tak była przecież naprawdę blisko postawienia na swoim. Siły były bardzo wyrównane. Pewnie bez sukienki miałaby przewagę, ale w gruncie rzeczy to przecież nie była walka na śmierć i życie, czyż nie?
- Wiem, że jej nie potrzebowałaś - parsknął pod nosem, kręcąc głową z rozbawieniem. - Nawiasem mówiąc, to była prowokacja? - Nie, nie spodziewał się twierdzącej odpowiedzi, ale to nie oznaczało, że nie zamierzał nawiązać do tego drobnego faktu, skoro miał taką okazję. - Biurko w Dolinie. Mogłem się tłumaczyć, że chcę ją odzyskać - mógł na powrót rzucać półsłówkami i niepełnymi zdaniami, bo doskonale wiedziała, o co mu chodzi, prawda?
A potem w lesie. W lesie to też była jego własność. Z pewnością miała inne, zresztą przecież je widział, ale te dwa przypadki wyjątkowo mocno wyryły mu się w pamięci. Wzbudzały w nim szereg różnych emocji i instynktów. Musiała być tego w jakimś stopniu świadoma, nawet jeśli nie robiła tego zupełnie celowo, bo teoretycznie nie przykładała uwagi do tego, co na siebie zarzuca.
- No, nie w tej niszy. To jest moja nisza. Zdecydowanie - przytaknął, jakby na dowód przenosząc wzrok na dekolt dziewczyny i uśmiechając się jak dziecko w Yule. - Nie mówię, że kiedyś było źle, ale tak. To całkiem... ...spore zaskoczenie - w pewnym sensie trochę przesadzał teraz z tymi reakcjami, dokładnie tak samo jak ze słowami, ale musiała mu to wybaczyć.
Raz na jakiś czas potrzebował po prostu czegoś tak trywialnego jak pozwolenie sobie na niemal szczeniackie zachowania. W innym wypadku najpewniej szybko by oszalał.
- Nie doceniasz tego, jak prostym człowiekiem jestem ani moich możliwości poznawczych - odpowiedział bez zająknięcia. - Oczywiście, że w spodniach jest naprawdę dobrze, ale bez nich też cieszyłbym oczy tym widokiem - zapewnił, powstrzymując parsknięcie śmiechem na te kolejne (jakże prawdziwe!) słowa. - Całe szczęście - naprawdę trafił mu się doskonały towar...
Najwspanialszy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down