14.04.2025, 08:45 ✶
Dużo straciła... Kącik jego ust uniósł się nieznacznie. Czy faktycznie dużo straciła? Podejrzewał, że jej rodzice znajdą jej jeszcze lepszą partię. Być może kogoś z jego kuzynów. Albo dadzą im odetchnąć, a potem pójdą do jego ojca, by wspólnie wybić dzieciom zerwanie z głowy. Reynard Lestrange dzierżył nad Rodolphusem władzę, zaplątał sieci tak, że wystarczyło poruszyć kilkoma nićmi, by młody Niewymowny tańczył tak, jak mu ojciec zagra. Tak nagiął rzeczywistość wokół Rodolphusa, że powstało między nimi zbyt wiele powiązań, by można było się tak po prostu od siebie odciąć.
- Tak, to zdecydowanie nie jest czas, by rozprawiać o Lorien i Robercie - przyznał z rozbawieniem, zgarniając kosmyki włosów, które opadły na czoło Charlesa. Rozluźniał się wyraźnie, co było dość nieoczekiwane - głównie dlatego, że przez całe swoje życie dbał o to, by nigdy nie czuć się w pełni komfortowo. To prowadziło do rozleniwienia umysłu, a to z kolei: do błędów, które łatwo było popełnić. A jednak teraz, gdy Charles był tak blisko, zapomniał o swoich zasadach. Pozwolił sobie na przymknięcie oczu i uśmiech, który nie był tym wyrachowanym, sztywnym uśmiechem, którym obdarowywał społeczeństwo. Ten był dużo delikatniejszy, bardziej łagodny. Czuły.
Tkanie sieci zawsze wiązało się z ryzykiem - ryzykiem, że można było samemu w nie się zaplątać. Czasem istniało z tej sytuacji wyjście, częściej jednak: nie. Lepkie niteczki oplatały pająka, sprawiając że nie mógł się poruszać, a potem umierał w męczarniach z głodu, bo przecież nikt nie pomoże pająkowi w potrzebie. Pająki budziły odrazę, strach, obrzydzenie - niemal tak samo jak węże, do których Rodolphus lubił się przyrównywać. Czy Lestrange czuł, że zapada się we własną sieć? Oczywiście że nie, przecież wszystko miał pod kontrolą. To, że wpatrywał się teraz w Charlesa rozkojarzonym, rozognionym wzrokiem, wyzierającym spod półprzymkniętych powiek, to był przypadek. To, że tonął teraz w jego oczach, to też był przypadek. Nic, czego nie dałoby się naprawić. Rodolphus uchylił lekko powieki, by móc znowu dać się złapać w pułapkę ciemnych oczu Charlesa. Błyszczały naiwnością, ale w tej naiwności kryło się tyle niewykorzystanej miłości, tyle potencjału... Nie znał go na tyle, by móc z całą świadomością stwierdzić, że kroczył przez życie bez możliwości dania emocjom ujścia, ale podejrzewał po jego zachowaniu, że tak właśnie było. Był synem Richarda, krewnym Roberta, wychowankiem Durmstrangu. Te trzy elementy sprawiały, że powinien się przed nim jawić mężczyzna oschły, zimny i niedostępny emocjonalnie. Ktoś, kogo po kolei łamano, by potem uformować na swoje podobieństwo. A jednak jakimś cudem Charles Mulciber przetrwał - przetrwała jego naiwność, chęć bycia docenionym i lojalność, która teraz błyszczała w jego oczach.
O tę lojalność chodziło mu od początku: potrzebował sojusznika, który osłoniłby go własną piersią, jeżeli ktoś cisnąłby w niego zaklęcie. Szkoda tylko, że on sam już pokazał, że gdy zaczynał się przywiązywać do kogoś - sam reagował instynktownie i zasłaniał innych. Czyż nie tak było z Robertem? Nicholasem, Morpheusem? Czyż nie przyjmował jako pierwszy ciosów, które były wycelowane w nich, niezależnie czy było to podczas pracy, czy walki? To, że przywiązał się do Charlesa, było jasne jak słońce. Ciągnęło go do niego, chociaż nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą. Lestrange potrzebował katalizatora, jakiegoś elementu, który osadzi go w rzeczywistości i sprawi, że emocje, które w nim siedzą, znajdą ujście. Z pozbywaniem się tych negatywnych radził sobie doskonale, lecz pozostawała cała gama innych, które kłębiły się w środku jego ciała, gdzieś na dnie, które domagały się wypuszczenia.
- Dzisiaj nie wrócisz do mieszkania - mruknął, rozchylając usta. Charles łechtał jego ego, sprawiał że czuł się doceniony. Powodował, że krew w jego żyłach zaczynała płynąć szybciej i szybciej. Ale było w tym coś więcej. Gdy z ust Mulcibera płynęły wyznania, rysy twarzy Rodolphusa łagodniały z każdym kolejnym słowem, tak jakby Charles był w stanie wyciągnąć z niego tę łagodną, lepszą stronę - póki Lestrange ją posiadał. Krew powoli uderzała w policzki, a wzrok stawał się coraz bardziej pożądliwy. - Nie wypuszczę cię.
Nie brzmiało to jak groźba - bardziej jak obietnica. Wypowiedziana tonem lekkim, nieco rozbawionym, lecz szczerym - tuż przed tym, jak ich usta zetknęły się w pocałunku. I w tym pocałunku było coś zupełnie innego, niż do tej pory. Rodolphus całował go delikatnie, z uczuciem - zniknęła gdzieś ta zachłanność, którą zwykle prezentował w ich kontaktach. Czaiła się gdzieś, owszem, lecz była na dnie uśpiona, ustępując innym emocjom.
- Tak, to zdecydowanie nie jest czas, by rozprawiać o Lorien i Robercie - przyznał z rozbawieniem, zgarniając kosmyki włosów, które opadły na czoło Charlesa. Rozluźniał się wyraźnie, co było dość nieoczekiwane - głównie dlatego, że przez całe swoje życie dbał o to, by nigdy nie czuć się w pełni komfortowo. To prowadziło do rozleniwienia umysłu, a to z kolei: do błędów, które łatwo było popełnić. A jednak teraz, gdy Charles był tak blisko, zapomniał o swoich zasadach. Pozwolił sobie na przymknięcie oczu i uśmiech, który nie był tym wyrachowanym, sztywnym uśmiechem, którym obdarowywał społeczeństwo. Ten był dużo delikatniejszy, bardziej łagodny. Czuły.
Tkanie sieci zawsze wiązało się z ryzykiem - ryzykiem, że można było samemu w nie się zaplątać. Czasem istniało z tej sytuacji wyjście, częściej jednak: nie. Lepkie niteczki oplatały pająka, sprawiając że nie mógł się poruszać, a potem umierał w męczarniach z głodu, bo przecież nikt nie pomoże pająkowi w potrzebie. Pająki budziły odrazę, strach, obrzydzenie - niemal tak samo jak węże, do których Rodolphus lubił się przyrównywać. Czy Lestrange czuł, że zapada się we własną sieć? Oczywiście że nie, przecież wszystko miał pod kontrolą. To, że wpatrywał się teraz w Charlesa rozkojarzonym, rozognionym wzrokiem, wyzierającym spod półprzymkniętych powiek, to był przypadek. To, że tonął teraz w jego oczach, to też był przypadek. Nic, czego nie dałoby się naprawić. Rodolphus uchylił lekko powieki, by móc znowu dać się złapać w pułapkę ciemnych oczu Charlesa. Błyszczały naiwnością, ale w tej naiwności kryło się tyle niewykorzystanej miłości, tyle potencjału... Nie znał go na tyle, by móc z całą świadomością stwierdzić, że kroczył przez życie bez możliwości dania emocjom ujścia, ale podejrzewał po jego zachowaniu, że tak właśnie było. Był synem Richarda, krewnym Roberta, wychowankiem Durmstrangu. Te trzy elementy sprawiały, że powinien się przed nim jawić mężczyzna oschły, zimny i niedostępny emocjonalnie. Ktoś, kogo po kolei łamano, by potem uformować na swoje podobieństwo. A jednak jakimś cudem Charles Mulciber przetrwał - przetrwała jego naiwność, chęć bycia docenionym i lojalność, która teraz błyszczała w jego oczach.
O tę lojalność chodziło mu od początku: potrzebował sojusznika, który osłoniłby go własną piersią, jeżeli ktoś cisnąłby w niego zaklęcie. Szkoda tylko, że on sam już pokazał, że gdy zaczynał się przywiązywać do kogoś - sam reagował instynktownie i zasłaniał innych. Czyż nie tak było z Robertem? Nicholasem, Morpheusem? Czyż nie przyjmował jako pierwszy ciosów, które były wycelowane w nich, niezależnie czy było to podczas pracy, czy walki? To, że przywiązał się do Charlesa, było jasne jak słońce. Ciągnęło go do niego, chociaż nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą. Lestrange potrzebował katalizatora, jakiegoś elementu, który osadzi go w rzeczywistości i sprawi, że emocje, które w nim siedzą, znajdą ujście. Z pozbywaniem się tych negatywnych radził sobie doskonale, lecz pozostawała cała gama innych, które kłębiły się w środku jego ciała, gdzieś na dnie, które domagały się wypuszczenia.
- Dzisiaj nie wrócisz do mieszkania - mruknął, rozchylając usta. Charles łechtał jego ego, sprawiał że czuł się doceniony. Powodował, że krew w jego żyłach zaczynała płynąć szybciej i szybciej. Ale było w tym coś więcej. Gdy z ust Mulcibera płynęły wyznania, rysy twarzy Rodolphusa łagodniały z każdym kolejnym słowem, tak jakby Charles był w stanie wyciągnąć z niego tę łagodną, lepszą stronę - póki Lestrange ją posiadał. Krew powoli uderzała w policzki, a wzrok stawał się coraz bardziej pożądliwy. - Nie wypuszczę cię.
Nie brzmiało to jak groźba - bardziej jak obietnica. Wypowiedziana tonem lekkim, nieco rozbawionym, lecz szczerym - tuż przed tym, jak ich usta zetknęły się w pocałunku. I w tym pocałunku było coś zupełnie innego, niż do tej pory. Rodolphus całował go delikatnie, z uczuciem - zniknęła gdzieś ta zachłanność, którą zwykle prezentował w ich kontaktach. Czaiła się gdzieś, owszem, lecz była na dnie uśpiona, ustępując innym emocjom.