14.04.2025, 09:13 ✶
Dziś był wyjątkowo dobry dzień. Jeden z takich, którym nawet młoda (całkiem wesoła zresztą) wdówka nie miała nic do zarzucenia. Może rzeczywiście powinna była odpukać w niemalowane drewno, gdy ta myśl zaświtała jej w głowie, ale po ostatnich tygodniach… Lorien wreszcie mogła odetchnąć. Jakby wraz ze śmiercią męża ktoś ściągnął z jej ramion wyjątkowo niedopasowany, ciężki, zimowy płaszcz. Potrzebowała na to chwili, ale pani Mulciber ewidentnie zaczynała o wiele bardziej przypominać siebie sprzed lat.
Ten wieczór akurat spędzali w jej gabinecie, wciąż przesiąkniętym zapachem setek róż, które dostała od Greybacka, choć aktualnie na biurku stał mały bukiet w wazonie. Ku radości mieszkańców jej Azkabanowej makiety, większość kwiatów, które Lorien otrzymała w ramach kondolencji i ostatnich urodzin, zostało potraktowanych zaklęciem miniaturyzacji i przeniesionych na więzienną wyspę pod kloszem. Zaklęta woda rozmywała się miękkimi falami o skały przypominające łąkę, ewidentnie wprawiając miniaturowe dementorki w dobry nastrój. Zresztą gablota była uchylona - jedna z istotek siedziała na Robertowym ramieniu, machając ukrytymi pod pelerynką kościstymi nóżkami… czy czymkolwiek tam miał. Drugi, największa przylepa z całej zgrai, wtulił się w szyję Lorien, spod kapturka obserwując plotkujące kuzynostwo.
- Oy, Robbie - było coś przeuroczo ludzkiego w zdrabnianiu przez Lorien imienia szanownego pana Croucha. Tak szalenie profesjonalni na sali sądowej (nie licząc wymienianych złośliwych uśmieszków i min pt. “przesłyszałam się? Nie. On to naprawdę powiedział!”), w zaciszu gabinetu mogli sobie pozwolić na odrobinę luzu. Zwłaszcza, że nawet za życia Roberta - Lorien ani razu nie użyła w pracy jego imienia. Sprowadzenie mężczyzny do wyjątkowo nieistotnej rangi jak “mój mąż” uczyniła swoistą sztuką. Do tego stopnia, że na samym początku grono osób słysząc o mężu Lorien - Robercie - natychmiast kierowało podejrzliwie wzrok na Crouch’a, jakby spodziewali się, że kuzynostwo zechce w ramach dziwacznego eksperymentu spłodzić sobie przyszłego Najwyższego Sędzię Wizengamotu.
- Nie wszyscy konserwatyści są chyba aż tacy źli.- Zaśmiała się serdecznie, słuchając narzekań przyjaciela. Pani Mulciber, ze względów czysto poglądowych, miała szaloną przyjemność siedzieć całkiem blisko tej sędziowskiej geriatrii. Na tyle blisko prawicy, żeby musieć czasem łykać podwójną porcję eliksiru uspokajającego, gdy zbliżało się przemówienie jednego czy drugiego nacjonalisty.- Rowle jest… wybitną jednostką.
Mogli i z reguły różnili się w swoim podejściu i poglądach, ale co do wielu rzeczy byli wyjątkowo zgodni.
Jedną z nich było to, że dla dobra prawicy Harrolda Rowle’a wypadałoby zamknąć w piwnicy. Jego dzisiejszy wyskok do nieszczęsnej Augusty był wyjątkowo żenujący. Mulciber nigdy nie ukrywała swoich konserwatywnych poglądów, ale z drugiej strony - nie była ślepa - zarówno czasy Fortinbrasa Malfoy’a jak i Nobby’ego Leacha, w swoich skrajnościach nie przyniosły im nic dobrego. Nic poza wiszącym nad nimi widmem wojny.
- Nie wiem czy wiesz, ale nie dalej jak trzy tygodnie temu zarzucił mi, że mój postulat za zaostrzeniem kar za używanie zaklęć niewybaczalnych jest ahumanitarny, bo… uważaj… Jeśli ktoś go zaatakuje to on ma konstytucyjne prawo do obrony i może on ma ochotę bronić się cruciatusem. - Westchnęła wręcz dramatycznie. - Chociaż… Pamiętasz, że mamy w środę głosowanie nad utrzymaniem dofinansowania i świadczeń socjalnych dla mniej zamożnych uczniów Hogwartu na przyszły rok? Nie mogłam się doczekać aż wyskoczy z tym swoim “Niech Państwo nie mają złudzeń! Przedstawiciele promugolackiej hołoty celowo i z pełną świadomością nie dopuszczają prawicy do władzy, żeby za sprawą edukacji publicznej wychować armię idiotów, co nie odróżniają transmutacji od eliksirów! Nauczanie powinno być prywatne. Najlepiej domowe. I płatne. W galeonach nie słabym funcie brytyjskim!”.- Przy ostatnich wyliczeniach Lorien wybijała palcem oskarżycielsko o blat biurka.
Kwestia tego czy szanowny pan Rowle w ogóle smoka kiedykolwiek jakiegoś na oczy widział, akurat pokryła się z momentem, gdy Lorien wzięła łyk kawy. Wzruszyła więc jedynie ramionami w odpowiedzi. Jej zainteresowanie tymi przerośniętymi jaszczurkami kończyło się mniej więcej na rozdziale poświęconym ich prawnej obronie i zakazie wyrobu dóbr luksusowych ze skór i łusek.
Ten wieczór akurat spędzali w jej gabinecie, wciąż przesiąkniętym zapachem setek róż, które dostała od Greybacka, choć aktualnie na biurku stał mały bukiet w wazonie. Ku radości mieszkańców jej Azkabanowej makiety, większość kwiatów, które Lorien otrzymała w ramach kondolencji i ostatnich urodzin, zostało potraktowanych zaklęciem miniaturyzacji i przeniesionych na więzienną wyspę pod kloszem. Zaklęta woda rozmywała się miękkimi falami o skały przypominające łąkę, ewidentnie wprawiając miniaturowe dementorki w dobry nastrój. Zresztą gablota była uchylona - jedna z istotek siedziała na Robertowym ramieniu, machając ukrytymi pod pelerynką kościstymi nóżkami… czy czymkolwiek tam miał. Drugi, największa przylepa z całej zgrai, wtulił się w szyję Lorien, spod kapturka obserwując plotkujące kuzynostwo.
- Oy, Robbie - było coś przeuroczo ludzkiego w zdrabnianiu przez Lorien imienia szanownego pana Croucha. Tak szalenie profesjonalni na sali sądowej (nie licząc wymienianych złośliwych uśmieszków i min pt. “przesłyszałam się? Nie. On to naprawdę powiedział!”), w zaciszu gabinetu mogli sobie pozwolić na odrobinę luzu. Zwłaszcza, że nawet za życia Roberta - Lorien ani razu nie użyła w pracy jego imienia. Sprowadzenie mężczyzny do wyjątkowo nieistotnej rangi jak “mój mąż” uczyniła swoistą sztuką. Do tego stopnia, że na samym początku grono osób słysząc o mężu Lorien - Robercie - natychmiast kierowało podejrzliwie wzrok na Crouch’a, jakby spodziewali się, że kuzynostwo zechce w ramach dziwacznego eksperymentu spłodzić sobie przyszłego Najwyższego Sędzię Wizengamotu.
- Nie wszyscy konserwatyści są chyba aż tacy źli.- Zaśmiała się serdecznie, słuchając narzekań przyjaciela. Pani Mulciber, ze względów czysto poglądowych, miała szaloną przyjemność siedzieć całkiem blisko tej sędziowskiej geriatrii. Na tyle blisko prawicy, żeby musieć czasem łykać podwójną porcję eliksiru uspokajającego, gdy zbliżało się przemówienie jednego czy drugiego nacjonalisty.- Rowle jest… wybitną jednostką.
Mogli i z reguły różnili się w swoim podejściu i poglądach, ale co do wielu rzeczy byli wyjątkowo zgodni.
Jedną z nich było to, że dla dobra prawicy Harrolda Rowle’a wypadałoby zamknąć w piwnicy. Jego dzisiejszy wyskok do nieszczęsnej Augusty był wyjątkowo żenujący. Mulciber nigdy nie ukrywała swoich konserwatywnych poglądów, ale z drugiej strony - nie była ślepa - zarówno czasy Fortinbrasa Malfoy’a jak i Nobby’ego Leacha, w swoich skrajnościach nie przyniosły im nic dobrego. Nic poza wiszącym nad nimi widmem wojny.
- Nie wiem czy wiesz, ale nie dalej jak trzy tygodnie temu zarzucił mi, że mój postulat za zaostrzeniem kar za używanie zaklęć niewybaczalnych jest ahumanitarny, bo… uważaj… Jeśli ktoś go zaatakuje to on ma konstytucyjne prawo do obrony i może on ma ochotę bronić się cruciatusem. - Westchnęła wręcz dramatycznie. - Chociaż… Pamiętasz, że mamy w środę głosowanie nad utrzymaniem dofinansowania i świadczeń socjalnych dla mniej zamożnych uczniów Hogwartu na przyszły rok? Nie mogłam się doczekać aż wyskoczy z tym swoim “Niech Państwo nie mają złudzeń! Przedstawiciele promugolackiej hołoty celowo i z pełną świadomością nie dopuszczają prawicy do władzy, żeby za sprawą edukacji publicznej wychować armię idiotów, co nie odróżniają transmutacji od eliksirów! Nauczanie powinno być prywatne. Najlepiej domowe. I płatne. W galeonach nie słabym funcie brytyjskim!”.- Przy ostatnich wyliczeniach Lorien wybijała palcem oskarżycielsko o blat biurka.
Kwestia tego czy szanowny pan Rowle w ogóle smoka kiedykolwiek jakiegoś na oczy widział, akurat pokryła się z momentem, gdy Lorien wzięła łyk kawy. Wzruszyła więc jedynie ramionami w odpowiedzi. Jej zainteresowanie tymi przerośniętymi jaszczurkami kończyło się mniej więcej na rozdziale poświęconym ich prawnej obronie i zakazie wyrobu dóbr luksusowych ze skór i łusek.