14.04.2025, 18:28 ✶
Wbrew pozorom, Leviathan potrafił być miły. Potrafił być też delikatny, jeśli tylko chciał, albo lepiej - jeśli tylko dawało mu się ku temu szansę. Bycie opryskliwym i złośliwym wcale nie było jego pierwszą naturą, ale mimo tego jego relacja z Faye nigdy nie miała szansy na to by faktycznie zaprezentował jej kim mógł być. Oboje się o to postarali. Ale kiedy widział ją taką, zupełnie bezbronną, może zwyczajnie nie czuł że powinien się bronić przed jej atakami albo zwyczajnie im zapobiegać. W końcu, skoro wiedziało się że cios i tak nadejdzie to najlepiej było uderzyć pierwszemu, prawda?
Teraz, o zgrozo, przypominała mu nieco Septimę. Ollivander zawsze wyciągała z niego lepsze, spokojniejsze cechy, jednocząc się z nim pod sztandarem wspólnych zainteresowań i parcia w kierunku wiedzy. Ich sympatia stała na fundamentach, które zbudowali jeszcze w Hogwarcie, ślęcząc nad księgami i rozważając przeróżne zagadnienia ich poszczególnych zainteresowań. Teraz, kiedy jej nie było, Rowle'owi mimowolnie brakowało kogoś z kim mógłby porozmawiać chociażby o głupich drzewach i tym co w nie włożyć, by wycisnąć z różdżki jeszcze odrobinę więcej magicznego potencjału.
- Przyszedłem sprawdzić co z kuzynką. Czy jej mieszkanie jest całe. Trochę się nadpaliło, ale na całe szczęście nic co zrobiłoby jej krzywdę - wytłumaczył. Tak naprawdę nie musiał nawet oglądać mieszkania Mony by wiedzieć, że oprócz sadzy na posadzce i pękniętego okna było mu niewiele więcej. - Potem... potem poszło z górki. Może trochę wydawało mi się, że zniszczenia nie są aż takie duże i kolejna kamienica okaże się w lepszym stanie. Krok za krokiem i wylądowałem... tutaj. - dało się wyczuć to lekkie obrzydzenie przy ostatnim słowie. Tutaj, na Nokturnie. Tutaj gdzie pełzali czarnoksiężnicy za knuta.
- Przykro mi, że musiałaś przez to przejść - rzucił i jego głos nawet nie brzmiał w tak odrealniony, obcy sposób jak zazwyczaj. - Na całe szczęście, Snowdonia i posiadłość stoją jak stały. Z tego co się orientuję Walia znajdowała się poza obszarem zniszczenia. Mojemu ojcu nic nie jest, spokojnie. Reszcie rodziny też - zapewnił ją, uśmiechając się nawet lekko. - Widziałem, co stało się na Carkitt Market. Urząd Pocztowy zniszczony, nawet nie chcę sobie wyobrażać ile tych biednych sów nie zdążyło stamtąd wylecieć - i nawet jeśli on sam w towarzystwie Louvaina przyłożył do tego rękę, teraz dało się wyczuć w jego głosie faktyczny smutek. Cena była dla niego wysoka, bo było nią cierpienie zwierząt, ale musiała zostać poniesiona - dla większego celu. A dla tego własnego i absolutnie samolubnego, z ochotą zanotował sobie w pamięci imiona, które mimowolnie uleciały z jej ust. Scarlett, Maddox, Skoll, Hati - może to lepiej, że na ten moment nie mówiły mu zbyt wiele. Ale nawet jeśli o tym teraz nie wiedział, Traversówna tylko utwierdzała w jego głowie zamiary, które kiełkowały od ich ostatniej sprzeczki.
- Twój brat. Może jest w Ministerstwie? W końcu tam pracuje tak? Teraz jest tam taki chaos, że łapią kogo się da. A reszta, może mogę ci jakoś pomóc?
Teraz, o zgrozo, przypominała mu nieco Septimę. Ollivander zawsze wyciągała z niego lepsze, spokojniejsze cechy, jednocząc się z nim pod sztandarem wspólnych zainteresowań i parcia w kierunku wiedzy. Ich sympatia stała na fundamentach, które zbudowali jeszcze w Hogwarcie, ślęcząc nad księgami i rozważając przeróżne zagadnienia ich poszczególnych zainteresowań. Teraz, kiedy jej nie było, Rowle'owi mimowolnie brakowało kogoś z kim mógłby porozmawiać chociażby o głupich drzewach i tym co w nie włożyć, by wycisnąć z różdżki jeszcze odrobinę więcej magicznego potencjału.
- Przyszedłem sprawdzić co z kuzynką. Czy jej mieszkanie jest całe. Trochę się nadpaliło, ale na całe szczęście nic co zrobiłoby jej krzywdę - wytłumaczył. Tak naprawdę nie musiał nawet oglądać mieszkania Mony by wiedzieć, że oprócz sadzy na posadzce i pękniętego okna było mu niewiele więcej. - Potem... potem poszło z górki. Może trochę wydawało mi się, że zniszczenia nie są aż takie duże i kolejna kamienica okaże się w lepszym stanie. Krok za krokiem i wylądowałem... tutaj. - dało się wyczuć to lekkie obrzydzenie przy ostatnim słowie. Tutaj, na Nokturnie. Tutaj gdzie pełzali czarnoksiężnicy za knuta.
- Przykro mi, że musiałaś przez to przejść - rzucił i jego głos nawet nie brzmiał w tak odrealniony, obcy sposób jak zazwyczaj. - Na całe szczęście, Snowdonia i posiadłość stoją jak stały. Z tego co się orientuję Walia znajdowała się poza obszarem zniszczenia. Mojemu ojcu nic nie jest, spokojnie. Reszcie rodziny też - zapewnił ją, uśmiechając się nawet lekko. - Widziałem, co stało się na Carkitt Market. Urząd Pocztowy zniszczony, nawet nie chcę sobie wyobrażać ile tych biednych sów nie zdążyło stamtąd wylecieć - i nawet jeśli on sam w towarzystwie Louvaina przyłożył do tego rękę, teraz dało się wyczuć w jego głosie faktyczny smutek. Cena była dla niego wysoka, bo było nią cierpienie zwierząt, ale musiała zostać poniesiona - dla większego celu. A dla tego własnego i absolutnie samolubnego, z ochotą zanotował sobie w pamięci imiona, które mimowolnie uleciały z jej ust. Scarlett, Maddox, Skoll, Hati - może to lepiej, że na ten moment nie mówiły mu zbyt wiele. Ale nawet jeśli o tym teraz nie wiedział, Traversówna tylko utwierdzała w jego głowie zamiary, które kiełkowały od ich ostatniej sprzeczki.
- Twój brat. Może jest w Ministerstwie? W końcu tam pracuje tak? Teraz jest tam taki chaos, że łapią kogo się da. A reszta, może mogę ci jakoś pomóc?