• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy

[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
14.04.2025, 19:14  ✶  
Stałem w tłumie, czując na plecach ręce kobiety, które kurczowo trzymały się moich ramion. Ogień szalał wokół, z nieba padały płatki czarnego popiołu. Jej drobne ciało wydawało się lekkie, ale w obliczu tego chaosu każda sekunda dłużyła mi się w nieskończoność. Powinniśmy zakończyć naszą podróż do ministerstwa w inny sposób, niż utykając pośrodku placu tuż przed celem.
- Jesztem fifarafest. Za to ty jeszteś grincheuse. - Prychnąłem, skwitowawszy to tylko tym, mimo to, całkiem rozbawiony jej komentarzem, bo moje myśli na chwilę przesunęły się z ciężaru przetrwania w kierunku czegoś bardziej ludzkiego. Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęliśmy wpadać w te tony, dość nieodpowiednie i nieadekwatne do sytuacji, ale pomagające uporać się z mentalnym ciężarem. - Telas to zapomnij, sze coś ci więsej opowiem. - Odparłem, całkiem wdzięcznie udając gniewny ton i przewracając oczami, co mogła zauważyć, bo akurat na nią patrzyłem. - Sugelujesz, sze bes kolejnych postówek będę tlaktowany jak twój wyimaginowany pszyjasiel? - Przechyliłem głowę na bok, udając, że zastanawiam się nad czymś poważnym. - Mogę ci wysłaś wiesej nisz jedną, ale ich jakość bęsie spadaś wykładniszo. Będą szenująse, kaszda golsza od popszedniej. - Zagroziłem, wsłuchując się w to, co miała mi do powiedzenia na temat naszej wyjątkowo szybko nawiązywanej przyjaźni i swojego ciepłego gniazdka. - M'kay masz cool mieszkanko, ale sama jeszteś stywnialą. - Zgodziłem się z nią aż do przesady. - Teras jeszteś najbliszej bysia cool, a to tylko dlatecho, sze jeszteś pszy mnie. Emanuję na ciebie moją aurą. - Oczywiście, że żartowałem. Przez chwilę, nawet w tym chaosie, nasze rozmowy były lekkie, zabawne, jakbyśmy przeskoczyli do innego wymiaru - z dala od dymu i krzyków. Słowa same wypływały z moich ust, chociaż wiedziałem, że nie powinienem mówić tak dużo. Nie spodziewałem się jednak, w jak szybki sposób to znowu odbije mi się czkawką. Rozmowa zaczęła się lekko, może nawet zbyt lekko, biorąc pod uwagę sytuację. Wspomniałem o jej narzeczonym, myśląc, że to bezpieczny temat... Nie żył - strzeliłem w dziesiątkę, sam środek tarczy pełnej beznadziejnych tematów do rozmowy. Nie wiedziałem, co mówić, więc przez chwilę milczałem, przeskanowując wzrokiem tłum. Zamurowało mnie - co miałem powiedzieć? „Przykro mi” wydawało się zbyt banalne w obliczu tego, co usłyszałem. Właściwie to nie było teraz odpowiednie miejsce ani czas na składanie kondolencji, zresztą, widziałem, że to świeża rana, skoro nosiła ten pierścionek. Pewnie usłyszała dostatecznie dużo słów współczucia od ludzi, którzy ją znali - nie potrzebowała ich od kompletnego randoma o zbyt wielkiej gębie.
Spojrzałem na nią, a potem na płonące miasto wokół. Dym wdzierał się w płuca, a chaos zdawał się nie mieć końca. Zamarłem na chwilę, w mojej głowie pojawiła się pustka. Dalej milczałem - przeskanowałem wzrokiem otoczenie, szukając jakiegoś znaku, czegoś, co mogłoby mnie wyciągnąć z tej niekomfortowej sytuacji - nic takiego nie dostrzegałem, więc zatrzymałem wzrok na płomieniach tańczących w oddali. Pięknie, wyjątkowo pięknie, zajebiście. Zamknąłem na chwilę oczy, próbując zebrać myśli. W mojej przeszłości były momenty, które pewnie mogłyby konkurować z jej tragedią, ale nie zamierzałem o tym mówić.
To, co miało być lekką rozmową, nagle przekształciło się w coś znacznie poważniejszego. Wzięłem głęboki oddech, czując, jak dym wypełnia moje płuca. Nie chciałem jej zranić, ale musiałem jakoś obrócić tę rozmowę w kierunku, który nie byłby naznaczony smutkiem.
- Wow. - Mruknąłem w końcu, próbując przełamać ciężką atmosferę. Nie wiedziałem, co powiedzieć, ale przynajmniej nie było czasu na długie rozmyślania. To nie był moment na kondolencje, mimo że pierścionek na jej palcu mówił, że to świeża rana. - Chyba pszebiłaś moją dlamatyszną histolię. - Skomentowałem, siląc się na luźny ton. Czasem człowiek myśli, że ma wszystko pod kontrolą, a potem pstryk - i jesteś tutaj, próbując nie spalić się żywcem, zarówno z powodu pożaru, jak i zażenowania. No, nie powiem - dziwnie mi się zrobiło. Zacisnąłem zęby i rozejrzałem się, próbując odnaleźć w tym szaleństwie sens. - Nie moszna zwlócić honolu komuś, kto w pielwszej kolejnosi go nie miał, nie? Potszebuję to wiedzieś, zanim cokolwiek powiem, zwłasca, sze to mosze nie byś jusz takie cool. - Spytałem trochę znikąd, próbując wpleść w to trochę humoru, choć w moim głosie nie było już lekkości. Powiedziałem to z nutą ironii, bo wszystko, co się działo wokół, nie pozwalało na zbyt wiele refleksji.
Z wiadomych względów - wszedłem w tę na nowo pociągniętą rozmowę z nieco ponurym poczuciem humoru. Nadal rozmawialiśmy o tatuażu, który zdobił mój pośladek, wróciliśmy do tematu, ale nie dało się ukryć, że była na swój sposób wymuszona. Uśmiechnąłem się krzywo. Pewnie, że były głupsze, a więc i bardziej cool, akcje niż tatuaż na Woodstocku - w końcu to tylko skóra. Księżyc, który wtedy zrobiłem, był dziełem przypadku. Zrobiony na festiwalu muzycznym, w otoczeniu setek tysięcy ludzi, którzy w większości nie mieli pojęcia o sterylności. Wtedy, w tamtym szaleństwie, nikt nie myślał o takich rzeczach. Chaos panował wszędzie, a ci, którzy się tam pojawiali, byli bardziej zainteresowani dobrą zabawą niż zdrowiem. Dla mnie to była tylko kolejna głupota, jaka mi się przydarzyła w tamtych czasach. Igły, które krążyły z rąk do rąk, były tak samo brudne jak nasze umysły w tamtym czasie. Dzieciak, który go wykonał, miał więcej entuzjazmu niż umiejętności, a ja sam - podejrzewam, że on też, jak niemal każdy wtedy - byłem na haju, lecąc na fali euforii i adrenaliny, i nie myśląc o konsekwencjach. To było szaleństwo - nocne niebo rozświetlone kolorowymi światłami, muzyka płynąca z każdego kąta, ludzie tańczący w euforii, która wydawała się nie mieć końca...  W tamtej chwili to, skąd pochodzi ta igła, z jakiego materiału jest wykonana ani czy jest czysta - nie miało to dla mnie znaczenia. Byłem otoczony przez tłum, pod wpływem substancji, które sprawiały, że świat wydawał się piękniejszy, chaos, który mnie otaczał, stawał się częścią mnie, a ja - częścią tego chaosu. Nie myślałem o konsekwencjach, o zakażeniach, o tym, co może się wydarzyć za kilka dni. Właściwie to nie miałem wtedy nawet chwili, by się zastanowić - zresztą trudno byłoby o trzeźwą ocenę sytuacji, gdy w moim organizmie krążyły substancje, które sprawiały, że wszystko wydawało się jak sen, jak majak. Pamiętam tylko to, jak wszyscy wokół mnie skakali, krzyczeli, falowali, wirowali i tańczyli, a ja byłem częścią tego szaleństwa. Miałem wtedy większe stężenie dragów we krwi niż kiedykolwiek wcześniej. Czy to była głupota? Z perspektywy czasu - z pewnością, ale tamten moment, w tym całym chaosie, wydawał mi się po prostu częścią życia, które wówczas prowadziłem. Po prostu byłem. Nie próbowałem wyjaśniać tego towarzyszce. Mogła mówić, że nie jest taka znowu spokojna i grzeczna, ale mimo wszystko była paniusią z ministerstwa, która sama przyznała, że zrezygnowała z okazji, bo nie dostała urlopu. Tak poukładane kobiety nie miały jak poznać tej dzikiej energii, która unosiła się w powietrzu, kiedy wszyscy byli tak blisko siebie, ale tak daleko od jakiejkolwiek logiki.
- Losumiem, sze mas szelokie doświadszenie w zaklesie gszywki? - Zaczepiłem ją znowu, mimo tego, że przeleciało mi przez myśl, iż od tego mogliśmy z powrotem wyjść do martwych narzeczonych i obcinania włosów na skutek załamania nerwowego... Niezręcznie. Jak to w życiu bywa, ale wciąż niezręcznie.
Niektórzy z nas żyli chwilą, ignorując zagrożenia, które czyhały na każdym kroku. W świecie, gdzie codzienność była naznaczona niebezpieczeństwem znacznie gorszym od zakażenia, dbanie o sterylność narzędzi nie było luksusem. To był przywilej, na który nie mogłem sobie pozwolić, a jednak wciąż tu byłem, nieumarły po najgorszym incydencie w moim życiu, kiedy to obudziłem się na dnie piekła, dosłownie i w przenośni. Od tamtego czasu moje podejście do życia się zmieniło. Kiedyś byłem bardziej ostrożny, ale z czasem nauczyłem się, że czasami trzeba po prostu działać, a nie myśleć o konsekwencjach. Łamałem klątwy, stawałem twarzą w twarz z potworami, które nie znały litości, i byłem ranny więcej razy, niż mogłem zliczyć, więc czułem, że jeśli mam umrzeć, to umrę, i nie mogę tego zmienić. Wiem, że miałem szczęście, bo udało mi się przeżyć najgorsze wypadki, i że ta szczęśliwa passa w końcu się skończy - jeśli miałem umrzeć od zakażenia, to tak miało być.
Nie miałem nikogo, kto mógłby mi pomóc w krytycznych momentach. Od czasu do czasu, gdy wykonywałem jakieś zlecenie w większej grupie albo dla kogoś bardziej hojnego, mieliśmy medyka na podorędziu, ale większość czasu musiałem polegać na swoich umiejętnościach i intuicji. Uzdrowiciele, którzy czasami się pojawiali, nie zawsze byli dostępni. Przez większość czasu było się samemu w kryzysie - w takich chwilach polegałem na sobie, na swoim doświadczeniu, na tym, co sam wypracowałem. Wiem, że to nie był idealny sposób, ale w chwili, gdy życie wisi na włosku, nie myślisz o tym, czy narzędzia są czyste, czy maść jest jeszcze dobra, czy powinieneś to odkazić czymś konkretnym - twoje instynkty biorą górę.
Moja była żona, uzdrowicielka samouk, odeszła prawie dwanaście lat temu. Jej umiejętności były cenne, ale też bywały nieprzewidywalne. Mój mentor, który również nie uznawał oficjalnych dróg medycznych, nauczył mnie, jak radzić sobie z najgorszym, a później odszedł z tego świata, zostawiając mnie z tą wiedzą. Nie mogłem polegać na nikim innym - większość czasu byłem skazany na własne umiejętności i spostrzeżenia, które zapamiętałem, bo zdobyłem je w większości na własnych błędach, na swojej skórze.
- Wblew posolom, plawdopodobnie łatwiej byłoby mi zolientowaś szię w fisyce kwantowej, nisz w medysynie, wies. Podejszewam, sze jeszt bliszsza mojemu zaklesowi zainteleszowań. - Powiedziałem, próbując wpleść w rozmowę jakieś sensowne przemyślenia. - Specjalisuję szię w klątwołamaniu i pieszętowaniu. - Dodałem, odnosząc się do tego, czego nie mówiłem, a co niekoniecznie musiało kryć się pod określeniem najemnika. Wbrew pozorom - wszystko, co wymagało zaawansowanych obliczeń technicznych, nie chemicznych, kiedyś było dla mnie całkowicie przyjemne i przychodziło mi z dużą łatwością. Bez problemu czytałem schematy, zakładałem i łamałem zabezpieczenia, analizowałem zakres działania klątwy i jej techniczne podłoże, sposób, w jaki działała. Nie było to aż tak odległe od wyjaśniania zjawisk zachodzących w mikroświecie. Świat to świat - mikro czy makro, czy coś...
Z tym, że ten mój i mojej towarzyszki bardzo się od siebie różniły - wprost diametralnie. Jakiś czas wcześniej rozmawialiśmy o naszych upodobaniach kulinarnych, jakbyśmy spełniali je codziennie - poniekąd nie wątpiłem, że tak było w jej wypadku. Pewnie nie mogła sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy jedzenie staje się jedynie środkiem do przetrwania, a smak i jakość schodziły na dalszy plan. Często bywało, że zdychałem z głodu, a gdy udało mi się znaleźć coś, co przypominało jedzenie, zwykle nie było to zbyt apetyczne. W takich chwilach zaczynałem myśleć, że nawet najgorsza zupa z owoców morza, która kiedyś przyprawiała mnie o mdłości, może być uratowana przez odpowiednią ilość przypraw. Parsknąłem pod nosem, gdy przypomniałem sobie, jak wiele razy musiałem zadowalać się tym, co akurat wpadło mi w ręce. W moim świecie, wszystko sprowadzało się do zasypania jedzenia absurdalnymi ilościami pikantnych przypraw - posiłki były z reguły chaotyczne, pośpieszne, a ich jakość często pozostawiała wiele do życzenia. Miały być sycące, tu i teraz, nic więcej nie było potrzebne. Aż trudno uwierzyć, jak szybko można przyzwyczaić się do pokarmu, który nie powinien w ogóle być zjadany. Zdarzyło mi się raz zjeść tak zepsutą wołowinę, że przez tydzień miałem wrażenie, że mój żołądek chce się na mnie odegrać i za każdym razem, gdy przestaje boleć, to tylko po to, żeby zaraz zacząć skręcać się ze zdwojoną siłą. Cóż, w mojej sytuacji jedzenie stało się bardziej kwestią przetrwania niż przyjemności. Zresztą, jedzenie w terenie to nie był temat, który mógłbym z nią poruszyć, więc postanowiłem pozostać przy żartach. W końcu, kto normalny by zrozumiał, że aby przeżyć, trzeba czasem zjeść coś, co wygląda jak resztki po uczcie dla szczurów? Okazjonalnie dzieląc to z oryginalnymi właścicielami...
- Wies, to wszysko to kwesztia zaszypania wsyskiego absuldalnymi iloszciami pikantnych pszypraw, ewentualnie moszna postawiś na zajebiszcie duszo soli i octu. - Powiedziałem, starając się nadać moim słowom lekki ton, żeby nie brzmiały zbyt dramatycznie. - Jakbyś posztanowiła pszetlwać te oklutne szasy w głuszy, to musis mieś świadomoś, sze wsystko da szię pszełknąś, jeszeli tylko dodas do tego wystalszająco duszo czegoś, co pali w gębie. Ty to pszetlwas, bakterie nie. - Nie żartowałem, mimo żartobliwego tonu głosu - dla mnie wszystko sprowadzało się do tego, jak bardzo mogłem zamaskować smak czegoś, co nie miało prawa być jedzeniem, bo na ogół nie stołowałem się w wykwintnych restauracjach, ani tym bardziej u rodziców na niedzielnych obiadkach. Większość czasu spędzałem w parszywych miejscach - bardzo często pośrodku niczego.
Pamiętam, jak kiedyś wykolegowano nas w naprawdę kijowym miejscu i dopiero po kilku dniach wędrówki z powrotem do cywilizacji trafiliśmy na opuszczoną chatę, prawdopodobnie przemytników, gdzie Ant wygrzebał skądś starą konserwę, która miała taką datę ważności, że prawdopodobnie mogła być przynajmniej dekadę za stara. Zjadłem ją z uczuciem ulgi i prawie całowałem go za to po butach. Tego dnia nauczyłem się, że czasami lepiej nie wiedzieć, co się je. Ostatecznie, wszystko sprowadza się do przetrwania. Zacisnąłem usta, czując, jak wspomnienia powracają. Takich przemyśleń nie da się łatwo wyrazić, więc po prostu się uśmiechnąłem, udając, że wszystko jest w porządku. Nie chciałem jej obarczać ciężarem moich doświadczeń. Dostatecznie szybko zrozumiałem, że nie miała pojęcia, jak to jest jeść coś, co nie wygląda jak jedzenie... I dobrze. Nie chciałem jej psuć iluzji, że każdy ma możliwość wyboru - jeść albo nie jeść.
- Kiedysz, jak pszyjdzie mi coś dla ciebie gotowaś, to będzies miała pewnoś, sze laki do étouffée są łowione dzisiaj, a pstrąg a la meunière dostał w łeb pięć sekund wcześniej, m'kay? - Dodałem ze słyszalnym uśmiechem, choć wewnętrznie wiedziałem, że to tylko żart - nie miałem złudzeń, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują. - A mosze wolis splóbowaś coq au vin, albo mosze bœuf boulguignon? Salade niçoise na pszystawkę. Dubonnet jako aperitif. Do tego crème blûlée na desel. Wsystko podane na elechanckich taleszach, pszynajmniej stely lodzaje widelsów i tszy typy klyształów na napoje. Oszywiście, mam nadzieję, sze nie weśmies nosza do lyby zamiast nosza do pszystawki, bo to byłoby golse nisz wsięcie nosza do dania głównego zamiast nosza do masła. - Zaśmiałem się cicho, choć w głębi duszy czułem, jak te myśli o eleganckim jedzeniu kontrastują z moim rzeczywistym życiem. Właśnie w tym momencie przeszło mi przez głowę, jak absurdalnie brzmią różne nazwy dań, które potrafiłem wyrecytować. Bouillabaisse, ratatouille, czy nawet tarta tatin. To była popisówka, nic więcej - z dużym prawdopodobieństwem nie powinienem sobie na nią pozwalać, bo kolejny raz to nie pasowało do wrażenia, które powinienem sprawiać, ale biorąc pod uwagę samonasuwający się wniosek, że więcej się nie spotkamy, nie miałem problemu z tym, żeby mówić więcej niż zazwyczaj. Szczególnie mając na uwadze, że to prawdopodobnie ostatnie z wypowiedzi przed tym, jak od odczuwanych warunków, na co najmniej kilka dni wysiądzie, mi gardło. Równie dobrze mogłem przyszpanować byciem jeszcze bardziej cool, bo zdawałem sobie sprawę, że to, co mówiłem, było tylko żartem. Nie miałem złudzeń, że nasze drogi jeszcze się skrzyżują. Nie miało tak być. W głębi duszy wiedziałem, że nigdy nie będziemy mieli tej kolacji, a nasze drogi prawdopodobnie na stałe się rozejdą, gdy tylko przyjdzie nam stawić czoła nowym wyzwaniom tej nocy.
- W nosy o półnosy. - Odpowiedziałem w nawiązaniu do mojego zawodu. Wokół nas tłum panikował, czarodzieje i mugole biegali jak szaleni, starając się znaleźć drogę do ministerstwa magii, które zdawało się być ich jedyną nadzieją. - O, naplawdę? Jakie to niby? - Zapytałem, udając oburzenie, a przy tym starając się nie wpaść na jakiegoś czarodzieja, który właśnie próbował przeciskać się pomiędzy ludźmi. Wokół nas rozgrywał się prawdziwy chaos, wszyscy, czarodzieje i mugole, wydawali się równie zdezorientowani. - Zalas mi powies, sze najlepiej płatne posady szą w kopalniach, a górnicy to prawdziwi twardziele? - O, miałem wrażenie, że nie do końca wierzy w moje wyczyny, więc podrzuciłem jej jedną z najczęściej słyszanych opcji dialogowych. - Wiem, na szym stoję... Pfft. - Dodałem, kręcąc głową. Zacisnąłem mocniej uścisk na jej nogach, by upewnić się, że nie ześlizgnie się z moich barków. - Lusie na ogół leagują na mnie dwojako... Ta wyblała pszemos. No, plóbowała. - Wyjaśniłem pokrótce, bo nie chciałem się wydawać w zbyt głębokie wyjaśnienia na temat, czemu niespecjalnie mnie tu lubiano i raczej to nie miało się już nigdy zmienić. Z tego samego względu nie pytałem nieznajomej o jej ukryte talenty. Nie chciałem aż tak się z nią spoufalać, bo zrobiliśmy to już zbyt mocno. Tym bardziej, że nie zamierzałem zostać tu już zbyt długo. Raczej nie tydzień, o którym mówiliśmy - to były plany nie do zrealizowania, chociaż naprawdę miło się je robiło - jak to dla zabawy.
- Więc jesteśmy umówieni. - Przytaknąłem. - Mówiłaś, sze nie wyglądam na kogoś, kto by płakał. - Złapałem ją za słówko, jednocześnie łapiąc jej kolano, żeby nie bujnęła się przy tym następnym kroku, jaki musieliśmy wreszcie zrobić, ruszając z miejsca, w którym utknęliśmy. Nie mogliśmy tak stać, to nie było rozsądne - właściwie to nic z tego, co obecnie robiłem nie było najrozsądniejsze. Wyobraziłem sobie, jak moi kumple będą się śmiali, gdy powiem im, że nosiłem atrakcyjną damulkę przez płonący Londyn, nie oczekując nic w zamian i jeszcze na odchodne dostając kilka komentarzy o wykonywaniu nie najbardziej niebezpiecznego zawodu. To miało być legendarne. Nie miałem zamiaru angażować się w żadne wielkie wyprawy, a już na pewno nie w noszenie pięknej, ale i złośliwej kobiety na swoich barkach... Ale no, cóż. Niezależnie od tego, co mówiła, dzięki niej miałem świetny materiał na opowieści przy ognistej.
- Wspaniale, bo własznie tego oszechuję od plawdziwych pszyjasiół, wies, blutalna plawda jeszt najlepsa. Dzięki temu będę wiedzieś, szeby pszes tysień zaszyś szię w lesie, a nie, dajmy na to, iś na chamski, jesienny podlyw. - Dodałem z przymrużeniem oka. - Włosy sybko mi odlastają. - Wyjaśniłem, zgodnie z faktycznym stanem rzeczy, bo to było zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. - Aszkolwiech, nie wiem, co będzie, jeszli mi je wsystkie wylwiesz, więs splóbuj tego nie zlobiś, m'kay? - Znów ruszyłem naprzód, torując sobie drogę przez zgraję panikujących ludzi. Kobieta trzymała się mnie mocno, co miało swoje zalety - przynajmniej nie musiałem się martwić, że mi spadnie, ale także wady - nie chciałem stracić połowy cebulek włosowych przez ten uścisk. Zacząłem iść szybciej, tłum wciąż zacieśniał się wokół nas. Na ten moment, trudno było stwierdzić, czy to machanie plakietką cokolwiek daje.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (13716), Prudence Fenwick (11356)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 11.04.2025, 15:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 01:48
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.04.2025, 12:32
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 12.04.2025, 17:55
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 00:37
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.04.2025, 17:01
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 13.04.2025, 23:05
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 14.04.2025, 19:14
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 14.04.2025, 23:10
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.04.2025, 17:23
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.04.2025, 22:42
RE: [08.09.1972] the shipment has arrived | Prudence & Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.04.2025, 19:21

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa