Wbiegła w Horyzontalną, bo to tutaj miała się znaleźć. Musiała sprawdzić, jak miewa się Cameron, czy w ogóle będzie w stanie go tutaj znaleźć? Jaką miała pewność, że będzie jeszcze w domu? Żadną. Nie miała pojęcia, jak zachowa się w takiej sytuacji, kurwa mać, szkoda, że nie miał dzisiaj dyżuru, w Mungu byłby bezpieczniejszy, miałaby pewność, że nie stała mu się krzywda, no przynajmniej odrobinę większą niż teraz.
Minęły się z Brenną, każda pobiegła w swoją stronę, musiały się przegrupować, sprawdzić kilka miejsc, zobaczyć, czy ich najbliżsi byli bezpieczni, w końcu tacy jak oni zazwyczaj stawali się pierwszym celem podobnych ataków. Ruda była zła, wkurwiona na to wszystko. Najgrosze było to, że nie była w stanie uratować wszystkich, bo niby jak? Skoro całe miasto płonęło.
Ustaliły z Longbottom, że porozmawia z Cameronem, spróbuje zaangażować go w pomoc przyjaciołom, skoro nie miał dzisiaj dyżuru, to przynajmniej będzie miała pewność, że będzie bezpieczny w jednej z kryjówek Zakonowych, które najwyraźniej właśnie mieli organizować, przy okazji na pewno przyda się jego pomoc. To było najlepszą możliwością dla nich wszystkich, tylko musiała go znaleźć w tym tłumie.
Gdy tylko wbiegła na Horyzontalną skupiła się, żeby wyszukać wzrokiem jedną ze znajomych kamienić. Mieszkali tam Sproutowie, którzy czasem podrzucali zakonowi swoje eliksiry. Chciała sprawdzić, czy byli bezpieczni. Wpatrywała się, szukajac na niebie oznak, że ktoś mógł celowo chcieć ich skrzywidzić, jako jednych z pierwszych.
Popiół nie przestawał sypiać się z nieba, dym uderzał w płuca. Ta cała sytuacja nie wyglądała dobrze, Wood nie miała pojęcia, co wydarzy się do rana. Nie wątpiła w to, że sporo osób straci dzisiaj życie. Przerażało ją to, śmierciożercy siali zamęt, nie pierdolili się w tym wszystkim, wręcz przeciwnie, okazało się, że zaczynali grać dużo bardziej agresywnie.
Jako, że wpatrywała się w niebo nie miała szansy dostrzec ruchu, który się przed nią pojawił. Ktoś w nią wbiegł. Syknęła pod nosem cichą kurwę, bo nie było to wcale takie delikatne.
Uniosła wzrok, chcąc opierdolić typa, tyle, że miał w rękach dwa słodkie kotki, co skutecznie ją odsunęło od tego pomysłu. Wszyscy chcieli być bezpieczni, prawda?
- Nic się nie stało. - Wysiliła się nawet na delikatny uśmiech, przetarła przy tym policzek, bo czuła, że kolejna warstwa sadzy się jej na nim pojawiła.
Jeden z kotów zeskoczył na ziemię, chyba nie miał w sercu Merlina. Przecież coś mogło się mu stać. Drugi, ten śmieszniejszy różowy na nią zasyczał, przez co na twarzy Rudej pojawił się grymas. - Czemu on jest taki dziwny? - Mimo tego, że płomienie okrywały okolicę musiała się tego dowiedzieć.
- Nie, nie szukałam nikogo z osobowością. - Powiedziała dość głośno, tak, żeby dotarło to do mężczyzny.
- Grałam w qudditcha. - Rzuciła jeszcze, nie wiedziała właściwie po co, ale najwyraźniej postanowiła też zaspokoić i jego ciekawość.
- Ten atak paniki trwa? Pomóc Ci jakoś? - W końcu była brygadzistką, na służbie, miała na sobie mundur, wypadałoby się o to zapytać.
//
korzystam z percepcji ◉◉◉○○
Sukces!