15.04.2025, 14:09 ✶
Adrenalina powinna huczeć w moich żyłach, ale jej nie było. Zamiast niej rozlewała się we mnie dziwna pustka, tak głęboka, że byłem niemal pewien, iż nic nie jest w stanie jej wypełnić. Nic... oprócz ciepłej krwi, o której z kolei nie chciałem myśleć. A skoro tak, to naprawdę NIC nie mogło jej zapełnić.
Obserwowałem Geraldine i Ambroise’a, którzy wciąż guzdrali się przy wejściu do kamienicy. Powinniśmy już dawno stąd zniknąć, uciekać z Londynu tak szybko, jak się dało. Myśli same uciekały ku Snowdonii i powrotowi do rodziców... przynajmniej na jakiś czas. Nie spieszyło mi się, ale to była w tej chwili moja jedyna ewentualność. Przynajmniej znałem tam zapach powietrza, nie duszącego dymu.
Jednocześnie nie spuszczałem wzroku z Ambroise’a. Po tym wszystkim, co ostatnio się wydarzyło, nie miałem pojęcia, co o nim sądzić. Przez długi czas widziałem w nim przykładnego obywatela, wykształconego medyka, który zawsze starał się pomagać. Idealny kandydat na zaufanego towarzysza. Jakże łatwo było się pomylić. To wszystko okazało się maską – ładną, drogą, idealnie dopasowaną do potrzeb prywatnej klienteli i bogatych Yaxleyów. A to, co skrywało się pod nią... było znacznie bardziej złożone. I niepokojące.
Potrafił walczyć, kłamać, znał zakazane rejony Londynu aż nazbyt dobrze i – co najgorsze – znów kręcił się blisko Geraldine. Za blisko. Chciałem wierzyć, że może to dobry krok dla niej, jakaś odskocznia od tego całego pijano-romansowego trybu życia, ale coraz bardziej wyglądało to na wymianę jednej katastrofy na drugą. Pytanie brzmiało, kiedy poczuje pierwsze krople tej nowej burzy na własnej skórze? I czy wtedy ktoś będzie obok niej, by wyciągnąć rękę...?
Bo wątpiłem, by trzymała mnie wystarczająco blisko, abym mógł ją chronić albo pomóc jej wrócić do siebie. Nie chciała mnie wtajemniczać w swoje sprawy.
– Nie lepiej wyważyć drzwi...? – rzuciłem. Sam przecież nie raz waliłem w drzwi i krzyczałem w naszej kamienicy, ale to było, miałem wrażenie, całe wieki temu. Teraz mogło być zupełnie inaczej. Może za tymi drzwiami leżeli nieprzytomni czarodzieje...? A może to w ogóle nie były te drzwi, bo zaraz potem ruszyli dalej...?
Ostatecznie postanowiłem trzymać się z tyłu. Miałem na oku nasze plecy, ale też Ambroise’a. Nie ufałem mu. Ani trochę. Nie zapominajmy, że dziś rozdziewiczył albo też chciał rozdziewiczyć nasz kuchenny blat. Bleh. Aż zrobiło mi się niedobrze na tę myśl. Może to jednak dobrze, że Londyn płonął?
– Róbcie swoje – mruknąłem, nie kryjąc niechęci. Ambroise pewnie i tak wciąż gromił wzrokiem.
Obserwowałem Geraldine i Ambroise’a, którzy wciąż guzdrali się przy wejściu do kamienicy. Powinniśmy już dawno stąd zniknąć, uciekać z Londynu tak szybko, jak się dało. Myśli same uciekały ku Snowdonii i powrotowi do rodziców... przynajmniej na jakiś czas. Nie spieszyło mi się, ale to była w tej chwili moja jedyna ewentualność. Przynajmniej znałem tam zapach powietrza, nie duszącego dymu.
Jednocześnie nie spuszczałem wzroku z Ambroise’a. Po tym wszystkim, co ostatnio się wydarzyło, nie miałem pojęcia, co o nim sądzić. Przez długi czas widziałem w nim przykładnego obywatela, wykształconego medyka, który zawsze starał się pomagać. Idealny kandydat na zaufanego towarzysza. Jakże łatwo było się pomylić. To wszystko okazało się maską – ładną, drogą, idealnie dopasowaną do potrzeb prywatnej klienteli i bogatych Yaxleyów. A to, co skrywało się pod nią... było znacznie bardziej złożone. I niepokojące.
Potrafił walczyć, kłamać, znał zakazane rejony Londynu aż nazbyt dobrze i – co najgorsze – znów kręcił się blisko Geraldine. Za blisko. Chciałem wierzyć, że może to dobry krok dla niej, jakaś odskocznia od tego całego pijano-romansowego trybu życia, ale coraz bardziej wyglądało to na wymianę jednej katastrofy na drugą. Pytanie brzmiało, kiedy poczuje pierwsze krople tej nowej burzy na własnej skórze? I czy wtedy ktoś będzie obok niej, by wyciągnąć rękę...?
Bo wątpiłem, by trzymała mnie wystarczająco blisko, abym mógł ją chronić albo pomóc jej wrócić do siebie. Nie chciała mnie wtajemniczać w swoje sprawy.
– Nie lepiej wyważyć drzwi...? – rzuciłem. Sam przecież nie raz waliłem w drzwi i krzyczałem w naszej kamienicy, ale to było, miałem wrażenie, całe wieki temu. Teraz mogło być zupełnie inaczej. Może za tymi drzwiami leżeli nieprzytomni czarodzieje...? A może to w ogóle nie były te drzwi, bo zaraz potem ruszyli dalej...?
Ostatecznie postanowiłem trzymać się z tyłu. Miałem na oku nasze plecy, ale też Ambroise’a. Nie ufałem mu. Ani trochę. Nie zapominajmy, że dziś rozdziewiczył albo też chciał rozdziewiczyć nasz kuchenny blat. Bleh. Aż zrobiło mi się niedobrze na tę myśl. Może to jednak dobrze, że Londyn płonął?
– Róbcie swoje – mruknąłem, nie kryjąc niechęci. Ambroise pewnie i tak wciąż gromił wzrokiem.