15.04.2025, 16:44 ✶
Może gdyby Fortuna obdarzyła Baldwina trzecim okiem, to ten przywlókłby ze sobą śmierciożercę, którego całkiem niedawno posłał w trzy diabły. Pokazałby mu prawdziwe oblicze okrucieństwa, biedoty spuszczonej ze smyczy, która po raz pierwszy mogła się odgryźć i nie patrzeć czyją rękę gryzie.
Patrz i ucz się. Myślisz, że twój pierdolony Lord byłby do tego zdolny? Czy ograniczacie się do rozjebania ludziom domów, wyczarowania ognia i użycia avady? Czy którykolwiek z was kiedykolwiek pobrudził swoje rączki?
Pogarda jaką Baldwin żywił do całej tej czystokrwistej szopki równa była tylko fetyszowi, któremu poddawał się za każdym zaraz gdy mógł ją poczuć między palcami. Lepką i ciepłą. Własną, cudzą. Wszystko jedno.
Greyback miał rację - jedna myśl o tym, że jego przodkowie trzymali za pysk Nokturn do tego stopnia, że dziś wystarczył odpowiedni kolor włosów, była skuteczniejszą podnietą niż rozchylone nogi pierwszej lepszej blondwłosej dziwki o błękitnych oczach.
Oczywiście! Przecież był jednym z tych obrzydliwych bękartów mariażu artystycznej rzygającej z głodu Nędzy z Dumą toczoną zgnilizną i trującymi podszeptami jakoby było się równym Bogom. Co gorsza, Baldwina od większości członków tego godnego pogardy artystycznego półświatka różniła jedna kluczowa rzecz - jego nie wypędzono do podziemia żadnym listem gończym; nie zesłała go tu nawet bieda.
Zszedł z własnej woli, by paść do stóp Orfeusza, jak wierny syn na którego Armand Malfoy zasłużył.
Czy to taki grzech być wiernym swojej krwi i słowom ojca?
Jedno niezadane pytanie, by udowodnić, że pomimo tak wielu różnic, w tym aspekcie nie różnili się między sobą niczym. I nawet jeśli każdy z ojców wymagał od swojego syna czegoś innego, pod koniec dnia i tak lądowali z gardłem pod jego butem, z potrzaskanym umysłem.
Szalenie go rozbawił fakt, że Maddox wzdychał równie ciężko co Lorraine, gdy tylko pojawiał się na czarnomagicznym haju przy jej boku. Widział w jego oczach to samo zniesmaczenie i załamanie co w oczach Maeve, gdy leniwie dźgał za ostatnią strunę nerwów Changówny, zastanawiając się gdzie leży jej krucha granica cierpliwości.
Był wzorowym przykładem wkurwiającego młodszego brata, którego rodzice każą Ci zabrać ze sobą na spotkanie ze znajomymi, “albo możesz zapomnieć, że idziesz gdziekolwiek”. Jakim cudem smarkacz jeszcze nie zarobił w pysk? Znaczy zarobił i to w dodatku za pierdoloną niewinność, kiedy próbował Charles’owi wytłumaczyć, że ów się nie za bardzo nadaje do życia, jak sądził, wśród Sfory, z panną Greyback. Nie z tym pierdolonym kijem w dupie i łapkami lepkimi od wosku i kadzidełek.
Ciekawe co by Mulciber powiedział o tym pięknym przedstawieniu.
Chuja by pewnie powiedział, bo takim jak on tatuś nie pozwala wychodzić z domu po dobranocce. Myśl o Charlie’m jak szybko się pojawiła w jego głowie, tak szybko z niej uciekła - szczerze powiedziawszy dawał mniejsze jebanie o to czy brat Scarlettki żyje niż nawet o tego tu brygadzistę.
- Popytaj w Kościanym to ci powiedzą, że ten długi jęzor to jedna z kilku moich lepszych cech.- Odparł bez mrugnięcia okiem. Greyback mógł nie wiedzieć, ale instytut danych z dupy już dawno potwierdził, że żywa konwersacja znacząco poprawia efekty podczas tak żmudnych, pozbawionych polotu i szalenie monotonnych prac jak torturowanie Brygadzistów. Więc on, Baldwin Malfoy, przybył mu zwyczajnie w świecie na ratunek. Zero wdzięczności. Zero! Null. Nada. Ale profilaktycznie przestał się szczerzyć, jakby Maddox postanowił dokonać prostej arytmetyki na jego uzębieniu.
Owszem nie rozumiał.
Nawet nie próbował rozumieć jak można zemstę za krzywdę zadaną rodzinie sprowadzić do zwykłego biznesowego układu. Wypaczyć ją z całej przyjemności. Zabiłbym dla ciebie. Umarłbym dla ciebie. Przysięgał nie tak dawno Lorraine, teraz już nie potrafiąc rozpoznać czy widok jej łez sprawiał ból czy raczej poczucie chorobliwej ekscytacji. Ale gdy jej to obiecywał - nie mówił o żadnej prostej klątwie. O wybiciu komuś paru zębów, poderżnięciu mu gardła i wróceniu przed dziewiątą na kolację. Obiecał jej teatr makabry i kompletnego zniszczenia. Cierpienia, karmionego oddaniem nekromancji i czarnej magii.
Ars Moriendi w najczystszej swojej formie.
Może właśnie tym się różnili?
Sfora oczekiwała efektywności. Przypomnienia, że zawsze płaci się swoje długi.
Malfoyowie składali ofiary na ołtarzu Sztuki, w płaszczach ze złota i czerwieni.
Parsknął krótkim śmiechem na kolejną rymowankę.
- Od kiedy Sfora zaprasza do trójkąta, hm?
Od razu puścił butelkę, ani myśląc się o nią bić. Po pierwsze - może i był głupi, ale idiotą nie był. Przegrałby tą walkę zanim by się zaczęła. Po drugie - Bozia kazała się dzielić. Więc się dzielił. Przyszedł tu nawiązywać przyjaźnie i oglądać uliczny teatr makabry, a nie walczyć o paskudne wino. Mało to leżało w podobnie porzuconych jak ten barach?
Wyciągnął dłoń po brzeszczot, obnażając przy okazji podłużną, paskudną bliznę po cięciu na wnętrzu dłoni.
Pierdolony Chrystus z Nokturnu.
Obracał przez moment ostrze w palcach, jakby się nad czymś zastanawiał. Westchnął cierpiętniczo, jakby wcale nie uśmiechało mu się odwalać roboty za Greybacka. Choć więcej w tym było analizowania jak podejść do sprawy niż samego zawahania.
Nie ma się co oszukiwać, Baldwin nie miał na tyle siły fizycznej, żeby równocześnie brygadziście utrzymać nieruchomo łeb i poderżnąć skutecznie gardło. Nawet, kiedy Maddox odwalił większą część roboty, a ofiara była mniej ruchawa niż bardziej.
Dlatego wybrał to pierwsze.
Zacisnął palce w brudnych i tłustych włosach Bones’a; szarpnął nim do góry, odsłaniając gardło ministerialnej zabawki - teraz widzieli wyraźnie każde jedno rozpaczliwe przełknięcie śliny, każdy ruch wywołany oddechem, pulsowanie żyły. Ale Baldwin nawet na to nie patrzył. Zamiast tego wpatrywał się w Maddoxa.
Tego chciałeś?
Dowodu na to, że jesteśmy tak samo zgnili?
Ruch był szybki, wyuczony. Ostrze prześlizgnęło się po szyi spacyfikowanego i udręczonego Bones’a. Nie na tyle głębokie, aby go zabić na miejscu, bo tyle siły fizycznej w Malfoy’u nie było. Na tyle skuteczny, by w powietrzu uniósł się jeszcze intensywniejszy zapach świeżej, ciepłej krwi. Baldwin odrzucił leniwie brzeszczot, który odbił się o kostkę brukową i upadł u stóp Greyback’a.
Teraz to nie były zwykłe interesy - to już był projekt grupowy.
Jeden ruch nadgarstka i wahadełko dotychczas grzecznie owinięte wokół jego dłoni, ześlizgnęło się na wysokość twarzy ofiary.
- Słyszałeś kiedyś bajkę o Popielu, którego myszy zjadły? Mugole ją uwielbiają.- Szarpnął Bones’em, żeby go odrobinę rozbudzić. Na tyle, żeby gość utkwił wzrok w brudnym od własnej krwi krysztale. Musiał tylko wyłapać moment, w którym magia i miarowy ruch przyrządu zacisną się jak kleszcze na umyśle mężczyzny.- Podążaj za moim głosem…- Rozbawiony, nonszalancki ton ustąpił czemuś z pogranicza powabnego szeptu, a znudzonego głosu terapeuty.- Zajrzyjmy na moment do twoich snów…
Rzucam na hipnozę (zauroczenie 4k) - zaimplementowanie w umyśle Bones’a wrażenia/idei, że jest obgryzany do kości przez stado szczurów.
Pytanie za sto punktów panie Greyback. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna zwierzę?
- Dobijesz go czy rozszarpiesz?- Zapytał z ciekawością, wypatrując czy hipnoza przyniesie zamierzony skutek. Czasem potrzeba było kilku sekund zanim mózg się przełamie. Choć pojęcia nie miał czy nauka pieprzonej oklumencji nie wchodzi w pakiet podstawowych szkoleń, więc równie dobrze mógł się odbić od jego pustego łba jak od ściany.
// ogrywam spaczenie III i fakt, że Baldwin nie pierwszy raz stosuje wobec kogoś wyrachowaną przemoc.
// użycie hipnozy w wyjątkowo amoralny sposób.
Patrz i ucz się. Myślisz, że twój pierdolony Lord byłby do tego zdolny? Czy ograniczacie się do rozjebania ludziom domów, wyczarowania ognia i użycia avady? Czy którykolwiek z was kiedykolwiek pobrudził swoje rączki?
Pogarda jaką Baldwin żywił do całej tej czystokrwistej szopki równa była tylko fetyszowi, któremu poddawał się za każdym zaraz gdy mógł ją poczuć między palcami. Lepką i ciepłą. Własną, cudzą. Wszystko jedno.
Greyback miał rację - jedna myśl o tym, że jego przodkowie trzymali za pysk Nokturn do tego stopnia, że dziś wystarczył odpowiedni kolor włosów, była skuteczniejszą podnietą niż rozchylone nogi pierwszej lepszej blondwłosej dziwki o błękitnych oczach.
Oczywiście! Przecież był jednym z tych obrzydliwych bękartów mariażu artystycznej rzygającej z głodu Nędzy z Dumą toczoną zgnilizną i trującymi podszeptami jakoby było się równym Bogom. Co gorsza, Baldwina od większości członków tego godnego pogardy artystycznego półświatka różniła jedna kluczowa rzecz - jego nie wypędzono do podziemia żadnym listem gończym; nie zesłała go tu nawet bieda.
Zszedł z własnej woli, by paść do stóp Orfeusza, jak wierny syn na którego Armand Malfoy zasłużył.
Czy to taki grzech być wiernym swojej krwi i słowom ojca?
Jedno niezadane pytanie, by udowodnić, że pomimo tak wielu różnic, w tym aspekcie nie różnili się między sobą niczym. I nawet jeśli każdy z ojców wymagał od swojego syna czegoś innego, pod koniec dnia i tak lądowali z gardłem pod jego butem, z potrzaskanym umysłem.
Szalenie go rozbawił fakt, że Maddox wzdychał równie ciężko co Lorraine, gdy tylko pojawiał się na czarnomagicznym haju przy jej boku. Widział w jego oczach to samo zniesmaczenie i załamanie co w oczach Maeve, gdy leniwie dźgał za ostatnią strunę nerwów Changówny, zastanawiając się gdzie leży jej krucha granica cierpliwości.
Był wzorowym przykładem wkurwiającego młodszego brata, którego rodzice każą Ci zabrać ze sobą na spotkanie ze znajomymi, “albo możesz zapomnieć, że idziesz gdziekolwiek”. Jakim cudem smarkacz jeszcze nie zarobił w pysk? Znaczy zarobił i to w dodatku za pierdoloną niewinność, kiedy próbował Charles’owi wytłumaczyć, że ów się nie za bardzo nadaje do życia, jak sądził, wśród Sfory, z panną Greyback. Nie z tym pierdolonym kijem w dupie i łapkami lepkimi od wosku i kadzidełek.
Ciekawe co by Mulciber powiedział o tym pięknym przedstawieniu.
Chuja by pewnie powiedział, bo takim jak on tatuś nie pozwala wychodzić z domu po dobranocce. Myśl o Charlie’m jak szybko się pojawiła w jego głowie, tak szybko z niej uciekła - szczerze powiedziawszy dawał mniejsze jebanie o to czy brat Scarlettki żyje niż nawet o tego tu brygadzistę.
- Popytaj w Kościanym to ci powiedzą, że ten długi jęzor to jedna z kilku moich lepszych cech.- Odparł bez mrugnięcia okiem. Greyback mógł nie wiedzieć, ale instytut danych z dupy już dawno potwierdził, że żywa konwersacja znacząco poprawia efekty podczas tak żmudnych, pozbawionych polotu i szalenie monotonnych prac jak torturowanie Brygadzistów. Więc on, Baldwin Malfoy, przybył mu zwyczajnie w świecie na ratunek. Zero wdzięczności. Zero! Null. Nada. Ale profilaktycznie przestał się szczerzyć, jakby Maddox postanowił dokonać prostej arytmetyki na jego uzębieniu.
Owszem nie rozumiał.
Nawet nie próbował rozumieć jak można zemstę za krzywdę zadaną rodzinie sprowadzić do zwykłego biznesowego układu. Wypaczyć ją z całej przyjemności. Zabiłbym dla ciebie. Umarłbym dla ciebie. Przysięgał nie tak dawno Lorraine, teraz już nie potrafiąc rozpoznać czy widok jej łez sprawiał ból czy raczej poczucie chorobliwej ekscytacji. Ale gdy jej to obiecywał - nie mówił o żadnej prostej klątwie. O wybiciu komuś paru zębów, poderżnięciu mu gardła i wróceniu przed dziewiątą na kolację. Obiecał jej teatr makabry i kompletnego zniszczenia. Cierpienia, karmionego oddaniem nekromancji i czarnej magii.
Ars Moriendi w najczystszej swojej formie.
Może właśnie tym się różnili?
Sfora oczekiwała efektywności. Przypomnienia, że zawsze płaci się swoje długi.
Malfoyowie składali ofiary na ołtarzu Sztuki, w płaszczach ze złota i czerwieni.
Parsknął krótkim śmiechem na kolejną rymowankę.
- Od kiedy Sfora zaprasza do trójkąta, hm?
Od razu puścił butelkę, ani myśląc się o nią bić. Po pierwsze - może i był głupi, ale idiotą nie był. Przegrałby tą walkę zanim by się zaczęła. Po drugie - Bozia kazała się dzielić. Więc się dzielił. Przyszedł tu nawiązywać przyjaźnie i oglądać uliczny teatr makabry, a nie walczyć o paskudne wino. Mało to leżało w podobnie porzuconych jak ten barach?
Wyciągnął dłoń po brzeszczot, obnażając przy okazji podłużną, paskudną bliznę po cięciu na wnętrzu dłoni.
Pierdolony Chrystus z Nokturnu.
Obracał przez moment ostrze w palcach, jakby się nad czymś zastanawiał. Westchnął cierpiętniczo, jakby wcale nie uśmiechało mu się odwalać roboty za Greybacka. Choć więcej w tym było analizowania jak podejść do sprawy niż samego zawahania.
Nie ma się co oszukiwać, Baldwin nie miał na tyle siły fizycznej, żeby równocześnie brygadziście utrzymać nieruchomo łeb i poderżnąć skutecznie gardło. Nawet, kiedy Maddox odwalił większą część roboty, a ofiara była mniej ruchawa niż bardziej.
Dlatego wybrał to pierwsze.
Zacisnął palce w brudnych i tłustych włosach Bones’a; szarpnął nim do góry, odsłaniając gardło ministerialnej zabawki - teraz widzieli wyraźnie każde jedno rozpaczliwe przełknięcie śliny, każdy ruch wywołany oddechem, pulsowanie żyły. Ale Baldwin nawet na to nie patrzył. Zamiast tego wpatrywał się w Maddoxa.
Tego chciałeś?
Dowodu na to, że jesteśmy tak samo zgnili?
Ruch był szybki, wyuczony. Ostrze prześlizgnęło się po szyi spacyfikowanego i udręczonego Bones’a. Nie na tyle głębokie, aby go zabić na miejscu, bo tyle siły fizycznej w Malfoy’u nie było. Na tyle skuteczny, by w powietrzu uniósł się jeszcze intensywniejszy zapach świeżej, ciepłej krwi. Baldwin odrzucił leniwie brzeszczot, który odbił się o kostkę brukową i upadł u stóp Greyback’a.
Teraz to nie były zwykłe interesy - to już był projekt grupowy.
Jeden ruch nadgarstka i wahadełko dotychczas grzecznie owinięte wokół jego dłoni, ześlizgnęło się na wysokość twarzy ofiary.
- Słyszałeś kiedyś bajkę o Popielu, którego myszy zjadły? Mugole ją uwielbiają.- Szarpnął Bones’em, żeby go odrobinę rozbudzić. Na tyle, żeby gość utkwił wzrok w brudnym od własnej krwi krysztale. Musiał tylko wyłapać moment, w którym magia i miarowy ruch przyrządu zacisną się jak kleszcze na umyśle mężczyzny.- Podążaj za moim głosem…- Rozbawiony, nonszalancki ton ustąpił czemuś z pogranicza powabnego szeptu, a znudzonego głosu terapeuty.- Zajrzyjmy na moment do twoich snów…
Rzucam na hipnozę (zauroczenie 4k) - zaimplementowanie w umyśle Bones’a wrażenia/idei, że jest obgryzany do kości przez stado szczurów.
Rzut PO 1d100 - 9
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Pytanie za sto punktów panie Greyback. Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna zwierzę?
- Dobijesz go czy rozszarpiesz?- Zapytał z ciekawością, wypatrując czy hipnoza przyniesie zamierzony skutek. Czasem potrzeba było kilku sekund zanim mózg się przełamie. Choć pojęcia nie miał czy nauka pieprzonej oklumencji nie wchodzi w pakiet podstawowych szkoleń, więc równie dobrze mógł się odbić od jego pustego łba jak od ściany.
// ogrywam spaczenie III i fakt, że Baldwin nie pierwszy raz stosuje wobec kogoś wyrachowaną przemoc.
// użycie hipnozy w wyjątkowo amoralny sposób.