15.04.2025, 17:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.04.2025, 21:03 przez Lucy Rosewood.)
Słowa docierały do niej jak przez mgłę, chociaż każde wszystko, co mówił, wyrywało się głęboko w jej umyśle. W przeciwieństwie do niego nie odwracała wzroku, jakby resztkami buty, które przykryła hipnoza, zmuszała go, aby czuł jej wzrok na swojej twarzy. Niech wypali w nim on taką samą ranę, jaką wypalał w niej teraz, chociaż paskudne ostrze na razie jedynie rozcięło jej rękawy sukni, zgubnego podarku, który uśpił jej czujność i pozwolił liczyć na szczęśliwsze chwile.
Przysięgam…
Przysięgam…
Przysięgam…
Kołatało jej w głowie, nawet jeśli te słowa coraz bardziej przestawały mieć dla niej sens, zlewając się w nutę specyficznego marsza żałobnego, który najwyraźniej został jej dzisiaj przypisany. Szeptać cicho w głowie samej sobie pieśń na własny pogrzeb… Co za upokorzenie.
A potem… A potem mgła przestała przysłaniać jej umysł co było o tyle zaskakujące, że jeszcze nie pożegnała się definitywnie z tym światem. Wciąż wpatrywał się w hrabiego, rozważając, jak najłatwiej będzie rozszarpać mu gardło przy wciąż związanych nogach, kiedy… Dotarły do niej jego słowa.
Nie. Nie. Nie...
Musiała skorzystać ze wszystkich pokładów na nowo odzyskanej siły woli, aby nie roześmiać się histerycznie. Naprawdę… Naprawdę! Już chyba wolała zamordować ich oboje w tej sekundzie niż ciągnąć tę gierkę. Uznawała, że można mu ufać ‐ myliła się. I tak w kółko! A teraz…
Kreteńska księżniczka…
Chyba raczej kretyńska, skoro ponownie rozważała, że mógł jej pomóc.
Nie ruszyła się jednak. Wciąż udawała uległą, chociaż kusiło ją ruszyć się, naskoczyć na niego kłami, by dać mu nauczkę, nawet jeśli zabiłaby tą decyzją ich oboje. Najwyraźniej jednak pokłady nihilizmu nie były w niej jeszcze aż tak wielkie, aby chęć złośliwości wygrała z chęcią przetrwania.
Stała więc wciąż tak jak stała, udając oszołomioną, a on nie mógł wiedzieć, że rozmarzony uśmiech na jej twarzy, był wynikiem myśli o tym, jaki jej Dionizos byłby zaskoczony, gdyby teraz spisała ich na zgubę. Teraz kiedy już myślał, że ma wszystko pod kontrolą. Zaskoczony, bo przecież chciał jej rzekomo pomoc. Niczego się nie spodziewający, bo przecież byłby to tylko jej kaprys, tak jak jego kaprysem było trzymanie w domu przeklętej piwnicy. Takie myśli były zdecydowanie łatwiejsze, niż te inne, które próbowała odrzucić. Te szepczące co by było gdyby wspólnie zniszczyli plugawą statuę, a potem wyszli razem z rezydencji…
Przysięgam…
Przysięgam…
Przysięgam…
Kołatało jej w głowie, nawet jeśli te słowa coraz bardziej przestawały mieć dla niej sens, zlewając się w nutę specyficznego marsza żałobnego, który najwyraźniej został jej dzisiaj przypisany. Szeptać cicho w głowie samej sobie pieśń na własny pogrzeb… Co za upokorzenie.
A potem… A potem mgła przestała przysłaniać jej umysł co było o tyle zaskakujące, że jeszcze nie pożegnała się definitywnie z tym światem. Wciąż wpatrywał się w hrabiego, rozważając, jak najłatwiej będzie rozszarpać mu gardło przy wciąż związanych nogach, kiedy… Dotarły do niej jego słowa.
Nie. Nie. Nie...
Musiała skorzystać ze wszystkich pokładów na nowo odzyskanej siły woli, aby nie roześmiać się histerycznie. Naprawdę… Naprawdę! Już chyba wolała zamordować ich oboje w tej sekundzie niż ciągnąć tę gierkę. Uznawała, że można mu ufać ‐ myliła się. I tak w kółko! A teraz…
Kreteńska księżniczka…
Chyba raczej kretyńska, skoro ponownie rozważała, że mógł jej pomóc.
Nie ruszyła się jednak. Wciąż udawała uległą, chociaż kusiło ją ruszyć się, naskoczyć na niego kłami, by dać mu nauczkę, nawet jeśli zabiłaby tą decyzją ich oboje. Najwyraźniej jednak pokłady nihilizmu nie były w niej jeszcze aż tak wielkie, aby chęć złośliwości wygrała z chęcią przetrwania.
Stała więc wciąż tak jak stała, udając oszołomioną, a on nie mógł wiedzieć, że rozmarzony uśmiech na jej twarzy, był wynikiem myśli o tym, jaki jej Dionizos byłby zaskoczony, gdyby teraz spisała ich na zgubę. Teraz kiedy już myślał, że ma wszystko pod kontrolą. Zaskoczony, bo przecież chciał jej rzekomo pomoc. Niczego się nie spodziewający, bo przecież byłby to tylko jej kaprys, tak jak jego kaprysem było trzymanie w domu przeklętej piwnicy. Takie myśli były zdecydowanie łatwiejsze, niż te inne, które próbowała odrzucić. Te szepczące co by było gdyby wspólnie zniszczyli plugawą statuę, a potem wyszli razem z rezydencji…