15.04.2025, 21:30 ✶
Zacmokała, jakby z rozczarowaniem, ale nie odpowiedziała mu na tę zaczepkę w żaden inny sposób. Nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała zakpić z aktualnej sytuacji chociaż odrobinę. Gdyby nie próbowała zakpić - z niego konkretnie, ale nie z idei jakim się oddawał. Nie, kiedy jedną nogą zawsze w nich stała i to głównie dlatego, jak została wychowana. Może nie mogła poszczycić się czystą krwią, ale nikomu w jej rodzinie nigdy na tym nie zależało. A Cantankerus Nott, spisujący na kolanie Skorowidz Czystości Krwi, pewnie nie gustował w towarzystwie na wpół nadgniłych kurew. Nie na tyle, by wpisać je na swój papierek. Dla McKinnonów jednak, wszystko sprowadzało się do tego czy było to opłacalne. A stanie po stronie Lorda Voldemorta właśnie takie było, nawet jeśli jego lewa ręka nie mogła w stanie znieść istnienia czegoś tak plugawego jak Kościany Zamtuz.
I początkowo chyba Ambrosia faktycznie uważała, że jej kontakt z Louvainem był opłacalny. Że to co jej robił było częścią większego, o wiele bardziej złożonego planu. Oboje w końcu chcieli jednego i nad tym podali sobie ręce - by rozdzielić Alexandra razem z Lorettą, ale kiedy tylko walka o honor pani Lestrange się skończyła, ta zrobiła dwa kroki w tył z życia publicznego. Bolało to blondynkę niemiłosiernie, ale może powinna się tego się tego spodziewać. Może koledzy w szkole mieli rację. Ba, może Louvain miał rację. Może faktycznie była tylko Kościaną Księżniczką, taką samą kurwą jak wszystkie inne spotykane w Zamtuzie, bo jak inaczej wytłumaczyć to, ze życie jebało ją ze wszystkich stron?
Śmierdział, ale równie dobrze można było powiedzieć, że roztaczał dookoła siebie zapach o takim samym stężeniu co pierwsza lepsza kostka brukowa wydłubana z drogi prowadzącej przez Nokturn. Teraz nawet tutaj pasował, zamiast być wymuskanym paniczykiem, który łaskawie zstąpił między lud, udając tylko że miał z nim cokolwiek wspólnego. Że był tak samo zły i zepsuty jak wszystko, co pełzało tutaj w zaułkach i kanalizacji.
Odwróciła twarz w jego stronę. Powoli, jakby każdy kolejny centymetr przesunięcia został starannie wyliczony, a na koniec uśmiechnęła się lekko, trzepocząc na niego rzęsami.
- Przyszło ci kiedyś do głowy, że może chciałabym żeby nikt mnie nie uratował? Że chciałabym umrzeć? - zapytała, głosem jasnym i dźwięcznym, tak okropnie kontrastującym ze słowami, którymi właśnie go obdarzyły. Oczy zabłysły wesoło, jakby tym nagłym wyrwaniem się z marazmu chciała go sprowokować.
Tylko do czego właściwie?
Sama nie raz zastanawiała się, czy w ogóle chciała by ją ratowano. Na dobrą sprawę, nawet jeśli nie urodziła się z darem McKinnonów, wracała do życia raz po raz. Kiedy ciało buntowało się przed zbyt dużą dawką eliksirów, albo matka wyławiała ją z krwawej wody tknięta wizją. Od siedmiu lat przestała kurczowo trzymać się życia, ale jak na złość - to trzymało się jej pazurami, nie pozwalając jej odwrócić się od niego, kiedy najbardziej tego chciała. Pustka była wypełniana znanymi substytutami, ale przypominało to nieudolną próbę zagospodarowania domu gdzie dzień w dzień trzeba było oglądać swojego trupa. Schludnie ułożone poduszki, kolorowe obrusy i srebrne świeczniki nie były w stanie wymazać mętnego spojrzenia i zapachu zepsucia.
- Czemu nie, zawsze marzyłam by zostać matką - rzuciła przez zaciśnięte zęby, wytrącona z rytmu i ponurych myśli jego gwałtownym ruchem. Wyrównała sukienkę jakimś nerwowym gestem, na moment wczepiając w śliski materiał palce, ale spojrzenie potoczyło się za nim. Uważne i równie niezadowolone. - Po co? Sami nie potrafią o siebie zadbać?
I początkowo chyba Ambrosia faktycznie uważała, że jej kontakt z Louvainem był opłacalny. Że to co jej robił było częścią większego, o wiele bardziej złożonego planu. Oboje w końcu chcieli jednego i nad tym podali sobie ręce - by rozdzielić Alexandra razem z Lorettą, ale kiedy tylko walka o honor pani Lestrange się skończyła, ta zrobiła dwa kroki w tył z życia publicznego. Bolało to blondynkę niemiłosiernie, ale może powinna się tego się tego spodziewać. Może koledzy w szkole mieli rację. Ba, może Louvain miał rację. Może faktycznie była tylko Kościaną Księżniczką, taką samą kurwą jak wszystkie inne spotykane w Zamtuzie, bo jak inaczej wytłumaczyć to, ze życie jebało ją ze wszystkich stron?
Śmierdział, ale równie dobrze można było powiedzieć, że roztaczał dookoła siebie zapach o takim samym stężeniu co pierwsza lepsza kostka brukowa wydłubana z drogi prowadzącej przez Nokturn. Teraz nawet tutaj pasował, zamiast być wymuskanym paniczykiem, który łaskawie zstąpił między lud, udając tylko że miał z nim cokolwiek wspólnego. Że był tak samo zły i zepsuty jak wszystko, co pełzało tutaj w zaułkach i kanalizacji.
Odwróciła twarz w jego stronę. Powoli, jakby każdy kolejny centymetr przesunięcia został starannie wyliczony, a na koniec uśmiechnęła się lekko, trzepocząc na niego rzęsami.
- Przyszło ci kiedyś do głowy, że może chciałabym żeby nikt mnie nie uratował? Że chciałabym umrzeć? - zapytała, głosem jasnym i dźwięcznym, tak okropnie kontrastującym ze słowami, którymi właśnie go obdarzyły. Oczy zabłysły wesoło, jakby tym nagłym wyrwaniem się z marazmu chciała go sprowokować.
Tylko do czego właściwie?
Sama nie raz zastanawiała się, czy w ogóle chciała by ją ratowano. Na dobrą sprawę, nawet jeśli nie urodziła się z darem McKinnonów, wracała do życia raz po raz. Kiedy ciało buntowało się przed zbyt dużą dawką eliksirów, albo matka wyławiała ją z krwawej wody tknięta wizją. Od siedmiu lat przestała kurczowo trzymać się życia, ale jak na złość - to trzymało się jej pazurami, nie pozwalając jej odwrócić się od niego, kiedy najbardziej tego chciała. Pustka była wypełniana znanymi substytutami, ale przypominało to nieudolną próbę zagospodarowania domu gdzie dzień w dzień trzeba było oglądać swojego trupa. Schludnie ułożone poduszki, kolorowe obrusy i srebrne świeczniki nie były w stanie wymazać mętnego spojrzenia i zapachu zepsucia.
- Czemu nie, zawsze marzyłam by zostać matką - rzuciła przez zaciśnięte zęby, wytrącona z rytmu i ponurych myśli jego gwałtownym ruchem. Wyrównała sukienkę jakimś nerwowym gestem, na moment wczepiając w śliski materiał palce, ale spojrzenie potoczyło się za nim. Uważne i równie niezadowolone. - Po co? Sami nie potrafią o siebie zadbać?
she was a gentle
sort of horror
sort of horror