• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[08.09.72] By any means, my enemies, our enemies

[08.09.72] By any means, my enemies, our enemies
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#6
15.04.2025, 21:30  ✶  
Zacmokała, jakby z rozczarowaniem, ale nie odpowiedziała mu na tę zaczepkę w żaden inny sposób. Nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała zakpić z aktualnej sytuacji chociaż odrobinę. Gdyby nie próbowała zakpić - z niego konkretnie, ale nie z idei jakim się oddawał. Nie, kiedy jedną nogą zawsze w nich stała i to głównie dlatego, jak została wychowana. Może nie mogła poszczycić się czystą krwią, ale nikomu w jej rodzinie nigdy na tym nie zależało. A Cantankerus Nott, spisujący na kolanie Skorowidz Czystości Krwi, pewnie nie gustował w towarzystwie na wpół nadgniłych kurew. Nie na tyle, by wpisać je na swój papierek. Dla McKinnonów jednak, wszystko sprowadzało się do tego czy było to opłacalne. A stanie po stronie Lorda Voldemorta właśnie takie było, nawet jeśli jego lewa ręka nie mogła w stanie znieść istnienia czegoś tak plugawego jak Kościany Zamtuz.

I początkowo chyba Ambrosia faktycznie uważała, że jej kontakt z Louvainem był opłacalny. Że to co jej robił było częścią większego, o wiele bardziej złożonego planu. Oboje w końcu chcieli jednego i nad tym podali sobie ręce - by rozdzielić Alexandra razem z Lorettą, ale kiedy tylko walka o honor pani Lestrange się skończyła, ta zrobiła dwa kroki w tył z życia publicznego. Bolało to blondynkę niemiłosiernie, ale może powinna się tego się tego spodziewać. Może koledzy w szkole mieli rację. Ba, może Louvain miał rację. Może faktycznie była tylko Kościaną Księżniczką, taką samą kurwą jak wszystkie inne spotykane w Zamtuzie, bo jak inaczej wytłumaczyć to, ze życie jebało ją ze wszystkich stron?

Śmierdział, ale równie dobrze można było powiedzieć, że roztaczał dookoła siebie zapach o takim samym stężeniu co pierwsza lepsza kostka brukowa wydłubana z drogi prowadzącej przez Nokturn. Teraz nawet tutaj pasował, zamiast być wymuskanym paniczykiem, który łaskawie zstąpił między lud, udając tylko że miał z nim cokolwiek wspólnego. Że był tak samo zły i zepsuty jak wszystko, co pełzało tutaj w zaułkach i kanalizacji.

Odwróciła twarz w jego stronę. Powoli, jakby każdy kolejny centymetr przesunięcia został starannie wyliczony, a na koniec uśmiechnęła się lekko, trzepocząc na niego rzęsami.
- Przyszło ci kiedyś do głowy, że może chciałabym żeby nikt mnie nie uratował? Że chciałabym umrzeć? - zapytała, głosem jasnym i dźwięcznym, tak okropnie kontrastującym ze słowami, którymi właśnie go obdarzyły. Oczy zabłysły wesoło, jakby tym nagłym wyrwaniem się z marazmu chciała go sprowokować.

Tylko do czego właściwie?

Sama nie raz zastanawiała się, czy w ogóle chciała by ją ratowano. Na dobrą sprawę, nawet jeśli nie urodziła się z darem McKinnonów, wracała do życia raz po raz. Kiedy ciało buntowało się przed zbyt dużą dawką eliksirów, albo matka wyławiała ją z krwawej wody tknięta wizją. Od siedmiu lat przestała kurczowo trzymać się życia, ale jak na złość - to trzymało się jej pazurami, nie pozwalając jej odwrócić się od niego, kiedy najbardziej tego chciała. Pustka była wypełniana znanymi substytutami, ale przypominało to nieudolną próbę zagospodarowania domu gdzie dzień w dzień trzeba było oglądać swojego trupa. Schludnie ułożone poduszki, kolorowe obrusy i srebrne świeczniki nie były w stanie wymazać mętnego spojrzenia i zapachu zepsucia.

- Czemu nie, zawsze marzyłam by zostać matką - rzuciła przez zaciśnięte zęby, wytrącona z rytmu i ponurych myśli jego gwałtownym ruchem. Wyrównała sukienkę jakimś nerwowym gestem, na moment wczepiając w śliski materiał palce, ale spojrzenie potoczyło się za nim. Uważne i równie niezadowolone. - Po co? Sami nie potrafią o siebie zadbać?




she was a gentle
sort of horror
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambrosia McKinnon (3055), Louvain Lestrange (3210)




Wiadomości w tym wątku
[08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Louvain Lestrange - 23.03.2025, 01:05
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Ambrosia McKinnon - 25.03.2025, 16:46
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Louvain Lestrange - 30.03.2025, 13:19
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Ambrosia McKinnon - 02.04.2025, 03:31
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Louvain Lestrange - 15.04.2025, 00:52
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Ambrosia McKinnon - 15.04.2025, 21:30
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Louvain Lestrange - 26.04.2025, 21:34
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Ambrosia McKinnon - 07.05.2025, 07:38
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Louvain Lestrange - 21.05.2025, 23:20
RE: [08.09.72] By any means, my enemies, our enemies - przez Ambrosia McKinnon - 27.06.2025, 18:50

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa