16.04.2025, 11:18 ✶
To był Theodore i Anthony poczuł rozlewającą się w piersi ulgę, gdy dopadł do młodzieńca i przytulił go mocno do siebie. Nie musiał, nie zamierzał sprawdzać czy był cały - wyglądał zdecydowanie lepiej niż ledwie kilka godzin temu, gdy okrwawiał mu biały dywan w apartamencie przy Alei Horyzontalnej, wraz ze Scarlett po tym jak zawaliło się na nich mugolskie metro. Wyglądał zdecydowanie lepiej i to było bardzo krzepiące dla strwożonego serca niekoniecznie ojca chrzestnego, ale jednego z trzech wujków, którzy niczym wróżki chrzestne krążyli nad dobrostanem dzieci Charlotte Kelly. Margerita, była odpowiedzialna i wiedziała jak wykorzystać swój czar, by roztaczać czystokrwistą aurę. Do uszu Anthony'ego dobiegły plotki o tym, że jest jego nieślubnym dzieckiem i zamierzał Charlotte zaproponować to rozwiązanie, jako gwarant bezpieczeństwa jeśli nie dla niej to dla jej dzieci. Nie zdążył tego zrobić, nie był też pewien, czy zbyt długi język Thoedore, który zbyt śmiało paplał o swojej fascynacji i zainteresowaniach mugolskim światem... Anthony pozostawiał to Morpheusowi, który pełnił nad nim piecze, ale może sam powinien przejąć kontrolę nad doprowadzeniem chłopca do pionu, o ile było to możliwe. Były inne drogi, powinny być inne drogi, ale och, to nie był czas i nie miejsce żeby się nad tym zastanawiać.
– Dzisiejszej nocy świat zapłonie Theodore – powiedział z gardłem zaciśniętym smutkiem i żałobą. Morpheus, niczym tragiczna Kassandra mówił o tym, jego wizja była przepełniona ogniem, a on miast otworzyć manufakturę eliksiru chroniącego przed ogniem, szarpał się z Carrowem o mistrzowskie kursy teleportacyjne. O słodka głupoto! Ironio szczera... Historyczna szubienico zaciśnięta na szyi. Ostatni raz nie docenił wizji swojej umiłowanej drugiej połowy duszy. Ostatni raz nie potraktował jej dosłownie.
Morpheus zginął tej nocy.
Bladość Anthony'ego zroszona była lodowatym potem, oczy rozbiegane a szczupłe palce jak szpony wbijały się w barki chłopaka.
– Musimy natychmiast wrócić do Ministerstwa. Będą tam wszyscy – poza Jonathanem, przełknął gorycz spodziewanej kolejnej zdrady. Czy mogła być to zdrada, skoro obaj byli jej świadomi i bez posiadania trzeciego oka w zakresie futurologii? – Wracajmy do środka biblioteki, nikt nie powinien jeszcze zakłócić nam teleportacji. Chodź... – pociągnął chłopaka do wejścia do budynku. Dantejskie sceny rysowane przez Shafiqa szerokim gestem nie pasowały do chaosu, który dopiero zaczął ogarniać ludzi, do dymu, do ciemności, która dopiero zaciągnęła niebo, brudząc świat złowieszczym popiołem. – Chodź...– przynaglił go.
– Dzisiejszej nocy świat zapłonie Theodore – powiedział z gardłem zaciśniętym smutkiem i żałobą. Morpheus, niczym tragiczna Kassandra mówił o tym, jego wizja była przepełniona ogniem, a on miast otworzyć manufakturę eliksiru chroniącego przed ogniem, szarpał się z Carrowem o mistrzowskie kursy teleportacyjne. O słodka głupoto! Ironio szczera... Historyczna szubienico zaciśnięta na szyi. Ostatni raz nie docenił wizji swojej umiłowanej drugiej połowy duszy. Ostatni raz nie potraktował jej dosłownie.
Morpheus zginął tej nocy.
Bladość Anthony'ego zroszona była lodowatym potem, oczy rozbiegane a szczupłe palce jak szpony wbijały się w barki chłopaka.
– Musimy natychmiast wrócić do Ministerstwa. Będą tam wszyscy – poza Jonathanem, przełknął gorycz spodziewanej kolejnej zdrady. Czy mogła być to zdrada, skoro obaj byli jej świadomi i bez posiadania trzeciego oka w zakresie futurologii? – Wracajmy do środka biblioteki, nikt nie powinien jeszcze zakłócić nam teleportacji. Chodź... – pociągnął chłopaka do wejścia do budynku. Dantejskie sceny rysowane przez Shafiqa szerokim gestem nie pasowały do chaosu, który dopiero zaczął ogarniać ludzi, do dymu, do ciemności, która dopiero zaciągnęła niebo, brudząc świat złowieszczym popiołem. – Chodź...– przynaglił go.