• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton v
1 2 3 4 Dalej »
[09.09.1972] And this house just ain't no home

[09.09.1972] And this house just ain't no home
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#2
16.04.2025, 13:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2025, 13:25 przez Baldwin Malfoy.)  
Baldwin nie przepadał za Little Hangleton.
Może dlatego, że kojarzył mu się z mekką znudzonych stolicą bogaczy, którzy malowali swoje okazałe rezydencje w chujowych odcieniach beżu, beżu i jeszcze innego beżu? A może dlatego, że tej mieścinie tego wielkomiejskiego zaduchu? Okej. Mógłby odwiedzić pana Kazimimirzieria, wypić z nim jednego głębszego, podpytać co tam u żony i czy nazwał najmłodszego syna Baldwin, tak jak mu kiedyś obiecał. I na panu Kazmierzyrzu jego pozytywne uczucia do miasteczka się kończyły.
Ale szczerze powiedziawszy Baldwin nie przepadał za żadnym miejscem, w którym miał większy niż mniejszy kontakt z naturą. Pojawiał się tu rzadko; z reguły tylko i wyłącznie z Lorraine i Fridą, która bogowie wiedzieli czemu upodobała sobie tutejszy las wisielców. Gdy robiło się cieplej zabierali tu ghoulkę, by mogła w ciszy i spokoju bujać się na starej huśtawce. Tylko tu Frida mogła być normalnym dzieckiem - z dala od zdegustowanych, pełnych politowania spojrzeń.
“Czy to naprawdę twoja córka?”
Nienawidził tego pytania, bo zwyczajnie nie znał na nie odpowiedzi. Nie, nie była jego dzieckiem. W żyłach Fridy nie płynęła zapewne kropla czystokrwistej krwi. Nie płynęła jego krew. Nie mógł jej przyprowadzić ojcu, pozwolić matce założyć na drobny paluszek srebrny pierścionek - symbol rodziny. Ale była jego dzieckiem. Za każdym razem, gdy urządzał jej teatrzyk cieni w oświetlonej setkami świec kaplicy. Gdy jakaś niezauważona wcześniej ranka doprowadziła do paskudnej infekcji i nafaszerowana eliksirami dziewczynka leżała całymi dniami w swoim łóżku, chlipiąc zupełnie tak, jakby rzeczywiście czuła ból. Gdy wracał nad ranem do Nekronomiconu, z jakąś bezimienną dziwką uwieszoną na ramieniu i spotykał się z tym głębokim strachem w wielkich zielonych oczach na widok kogoś obcego- nienawidził, kiedy się bała, więc odprawiał pannę z kwitkiem już na progu.
Frida nie była dzieckiem Malfoy’a. Ale z pewnością była dzieckiem Baldwina.

Dziś, nielubiane Little Hangleton odwiedzał samotnie.
Wiedział, że ją tu zastanie. Wiedział już w chwili, gdy ktoś na Nokturnie podłapał informację, że wczorajszej nocy płonął nie tylko Londyn. Okoliczne wsie, miasteczka, Dolina… Musiał przyznać jedno. Jak śmierciożerców nie lubił, tak musiał uczciwie przyznać - mieli rozmach skurwysyny.

Czy tak wyglądało Oxfordshire?
Starał się o tym nie myśleć, gdy przechodził przez próg miejsca, które było niegdyś domem nieświętej pamięci Armanda Malfoy’a. Artystów nie da się zamknąć w czterech ścianach.
Świat był domem poetów, kuglarzy, całej tej spierdolonej bohemy. Wiedział jaka będzie reakcja Ojca, gdy opowie mu ze szczegółami co widział. Gdy przedstawi szkice, każdy jeden będący żywym dowodem na to, że nie kłamie. Choć ze wszystkich ludzi na świecie Baldwin Malfoy okłamywał Orfeusza najrzadziej.
Docisnął palce do nadpalonej ościeży, zbierając na nie trochę popiołu. Matka odwróciła się od tego miejsca. Nie śmiał zastanawiać się nad tym czy nie odwróciła się też od ich rodziny. Nie. Nie od niej. - Powtarzał jak mantrę w myślach. Utkwił wzrok w wyprostowanych plecach kuzynki, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wśród ruin wyglądała najpiękniej. Nie przywitał się, ale też nie musiał. Znali dźwięk swoich kroków; oddechów.

Pozwolił Lorraine mówić.
Pozwolił jej grać nieznane sobie melodie, które w ruinach rozbrzmiewały jak pieśń pogrzebowa. Ale za czym? Kogo dziś pogrzebała panna Malfoy? Na czyją trumnę rzucała garść piachu i ziemi?
Podszedł bliżej. Znacznie bliżej. Wsparł dłonie o oparcie kulawego krzesełka, spoglądając na jej smukłe palce poruszające się po drewnianej tablicy.
Graj dla mnie. Tylko dla mnie.
- Nie Lorraine. Nikt nie mówi o jej cierpieniu, bo cierpienie Eurydyki jest milczeniem.- Odpowiedział, przeczesując palcami srebrzyste włosy Lorraine. Jego własne dziś lśniły brązem, jakby poczuł potrzebę wyrażenia buntu przeciwko światu. A może po prostu skacowany nie mógł patrzeć sobie w twarz bez dozy obrzydzenia? Wspomnienia poprzedniej nocy tkwiły głęboko w jego pamięci, palce drżały na samo wspomnienie konającego brygadzisty. Potrzebował tego jak narkoman kolejnej dawki.
Wahadełko kusiło. Wystarczyła chwila, by wedrzeć się do umysłu Malfoy'ówny, jej snów i wspomnień. Nie zrobił tego.
Każdy ruch chłopaka był przepełniony czułością. Musnął przypadkowo opuszkami jej kark, ale cofnął je, by mogła dalej grać. Nie chciał jej rozpraszać.
- Nauczono nas, że to historia miłosna. Szalenie nieszczęśliwa opowieść o szalenie pięknej miłości. Nie zastanowiło Cię nigdy dlaczego Bogowie zabronili Orfeuszowi się obrócić? To brzmi jak dziwna zasada, prawda? Tłumaczymy to sobie, że Bogowie są znudzeni. Lubią się nami bawić. Ale to nadal… Dziwna zasada. Wystarczy. - Miękki głos uderzył w mocniejsze nuty polecenia, gdy palce Lorraine targnęły się na pierwsze takty lamentu nimfy.- Wiemy, że Orfeusz się obrócił. Że spojrzał na Eurydykę.- Zamilkł na chwilę, aby przenieść wolną dłoń z oparcia krzesła na ramię kuzynki.- Wiemy też, że Eurydyka była nimfą tak piękną, że każdy kto nań spojrzał, zakochiwał się od razu. Wiemy, że Eurydyka była wilą. Odłóż planszę.- Zniżył głos do szeptu. Dał jej czas. Tyle ile potrzebowała, by odstawić na ziemię cenną pamiątkę po życiu, które spłonęło.- To nie sam akt odwrócenia sprawił, że Eurdyka została w podziemnym świecie. Orfeusz obrócił się i  s p o j r z a ł, a wówczas bogowie dostrzegli, że jego miłość jest świętokradztwem. Chodź.
Wyciągnął do niej dłoń, by mogła się wesprzeć przy wstawaniu z krzesełka.
Ich miłość potrafiła być cierpliwa. Potrafiła być łaskawa i w chwilach takich jak ta, gdy za widownię robiły im jedynie spalone drzewa, połamane ościeże i szkło z okien leżące na podłodze - nie szukała poklasku.
Nim jednak się podniosła, Baldwin przysłonił jej oczy.
- Nie patrz. Bo to właśnie zgubiło Orfeusza.

Podziemna kaplica była jak rana w ciele kamiennego świata — surowa, pełna trumien należących do bezimiennych członków starych londyńskich rodzin. Niegdyś płakano nad ich grobami, dziś, pamiętał o nich jedynie kurz. Ściany podziemnego korytarza lśniły od ciepłego światła jego lampy oliwnej. Ogień tańczył po kamieniu, gubił się w załamaniach, uciekał w ciemność kolejnych odnóg katakumb. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny i czegoś pierwotnego, świętokradczego – jakby sama śmierć oddychała tu powoli, nie chcąc zakłócić rytuału ciszy. Siedziała ubrana w tą paskudną kieckę, której szczerze  nienawidził. Ścierka po jakiejś bogatej kuzynce, przerobionej tak, żeby jakkolwiek wyglądała na chudym ciele Lorraine. Siedziała na zimnych płytach, skulona, blada jak wosk, z pustką w oczach, która przesiąkła ją na wskroś.
Ale nie miał sił się złościć. Spędził ostatnie godziny, snując się po labiryncie korytarzy; lampa była już na wykończeniu, gdy Rozalinda radosnym piskiem oznajmiła, że znalazła zaginione szczurzątko.

- Nie chciałam tego.- Powiedziała mu, bliska histerii, gdy wczepiła brudne, połamane paznokcie w jego ramiona. Mógłby być tak okrutny, jak okrutny był w swojej dumie ojciec, gdy powtarzał “nie chciałaś”, ocierając mokrą od łez twarz córki. Widział to. Widział ten błysk w oczach Armanda, ale nie odezwał się słowem. Oboje wiedzieli lepiej.
- Wiem.- Odpowiedział tylko, choć wiele słów cisnęło mu się na usta. Nie patrzył na nią, jego wzrok ani na moment nie uciekł od tańczącego płomienia lampki. Walczył z decyzją, która już dawno została podjęta. Usiadł obok niej, cicho, jakby nie chciał spłoszyć nocy. Gdy dotknął jej dłoni, była zimna jak kamień ołtarza. Ale była. Jeszcze była.
- Nie musisz się już bać.- Szepnął.- Zostanę z tobą.

Ciemność w Katakumbach była równoznaczna ze śmiercią. 
Nie tą nagłą, gwałtowną  ale cichą, sączącą się powoli jak woda przez pękniętą skałę. Była śmiercią w zawieszeniu, wciąż bez ostatniego oddechu, ale już pozbawioną światła, nadziei, kierunku. W labiryncie ludzie gubili samych siebie, przestawali być sobą. Człowiek tracił kontury, ciało, imię. Stawał się kolejnym bezszelestnym cieniem, nieświadom kiedy umrze. Ciemność obejmowała ramionami i kusiła jak dawno niewidziana kochanka. “zostań’. “zostań jeszcze moment”.
Wiedzieli, że jeśli lampka zgaśnie żadne zaklęcia nie zdołają odgonić Ciemności. Lorraine milczała, a Baldwin nie ponaglał. Gdy w końcu drgnęła, ledwie zauważalnie, ale jednak, była to decyzja. Decyzja o ocaleniu dwóch dusz.
Uniósł ich splecione dłonie ust, składając na zimnych palcach.
- Zamknij oczy i nie otwieraj ich póki Ci nie pozwolę.- Szepnął, gdy pomagał jej wstać. Szedł pierwszy, nie oglądając się za siebie. Wiedział. Mit o Orfeuszu nie był historią - był czymś więcej. Rytuałem. Ostrzeżeniem. Pułapką. Dlatego tak rozpaczliwie zaciskał palce, jakby z każdym kolejnym krokiem potrzebował pewności, że jest tu ciałem i duchem.  Czasami lampka zadrżała. Czasem ogień chciał zgasnąć. Katakumby oddychały wokół nich - Baldwin czuł ten rytm pod stopami, w piersi, w karku. Niewidoczne korytarze pełne były głosów, wybrzmiewających jednym wspólnym szeptem. “Nie odwracaj się”.
Mijali w milczeniu przejścia, które Baldwin znał na pamięć.  Teraz wydawały się obce. Ciemniejsze. Każdy kolejny skręt był decyzją. Czy zasługiwali na to by wrócić?

Raz się zawahał. Usłyszał oddech czarownicy - cięższy, urywany. Poczuł jak dłoń  jego dłoni się napina. Potknęła się? Zraniła? Zatrzymała? Chciał spojrzeć. Nie zrobił tego.
Zacisnął zęby. Lampka zadrżała, niemal zgasła, lecz znów zapłonęła. Ich jedyne światło. Jedna dusza zamknięta w drobnym płomieniu.
- Jesteś?- Zapytał, choć odpowiedzi nie potrzebował. Mimo to ją otrzymał. Niewiele głośniejsze od otaczającej ich ciszy “Tak. Jeszcze tak.” Dlatego szli dalej. Nie odwrócił się nawet, gdy przeszli obok Martwego Drzewa. Nie zatrzymał się, gdy poczuł na sobie znajomy wzrok ojca, którego minęli po drodze. Milczącego, wpatrującego się w dwójkę zaginionych dzieci jak w swoje największe dzieło. Mógł tylko modlić się, że Lorraine posłuchała polecenia - nie chciał by dostrzegła dumę w oczach Armanda.
I tylko wtedy, gdy wyszli, gdy wieczorne niebo Nokturnu zastąpiło kamienne sklepienia, Baldwin ją puścił. Dopiero wtedy się odwrócił. Dopiero wtedy pozwolił sobie ułożyć dłonie na jej policzkach, ocierając resztki łez.
- Otwórz oczy.- Poprosił cicho.
Ciężko powiedzieć co tamtej nocy złamało młode serce Malfoy’a bardziej - fakt, że gdy tylko spojrzał w ten błękitny bezmiar dostrzegł jedynie pustkę, czy raczej to, że lampka zgasła w tym samym momencie. Tak jakby jej dusza na zawsze pozostała uwięziona w podziemiach.


- Gdyby dali mi knuta za każdym razem, gdy znajduję Cię w grobowcu, miałbym dwa knuty. Co pozornie nie jest zbyt wiele, ale aż dziw, że zdarzyło się dwukrotnie.- Zaśmiał się ciepło; upewnił, że gdy wstała jej powieki były przymknięte. Wtedy dopiero ułożył dłoń Lorraine na swoim ramieniu, by móc ująć ją ostrożnie w pasie.- Słyszysz? To brzmi trochę jak walc Herolda Kittlera.
Zanim zdążyła zapytać co brzmi, Baldwin zaczął nucić pod nosem starą melodię. Tą samą, która od lat królowała na wszystkich balach organizowanych na salonach czystokrwistej socjety.
W końcu byli w jej własnym Malfoy Manor, prawda?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (4466), Lorraine Malfoy (8957)




Wiadomości w tym wątku
[09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Lorraine Malfoy - 15.04.2025, 16:31
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Baldwin Malfoy - 16.04.2025, 13:23
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Lorraine Malfoy - 22.04.2025, 16:58
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Baldwin Malfoy - 29.05.2025, 14:24
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Lorraine Malfoy - 03.06.2025, 05:16
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Baldwin Malfoy - 24.06.2025, 19:52
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Lorraine Malfoy - 17.07.2025, 14:41
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Baldwin Malfoy - 15.09.2025, 22:11
RE: [09.09.1972] And this house just ain't no home - przez Lorraine Malfoy - 30.09.2025, 21:36

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa