16.04.2025, 17:09 ✶
Wzruszyłem ramionami. Niech robią, co chcą. Zresztą, od dawna już przestałem mieć złudzenia, że ktokolwiek naprawdę się słucha. Każdy tu grał na własnych zasadach, udając, że wszystko jest jeszcze pod kontrolą. Że istnieje jakiś plan. Że cokolwiek ma sens. My. Oni. Czy tylko ja. Chyba każdy z nas z osobna.
Ja miałem swój plan. Wyłamię te drzwi bez wahania, jeśli tylko usłyszę coś niepokojącego – krzyk, szelest, jęk, cokolwiek. Nie zamierzałem przechodzić z krzywdami innych do porządku dziennego tak, jak robił to Ambroise. On już zdążył pokazać, że potrafi wzruszyć ramionami, nawet kiedy wokół wszystko się wali i tylko od niechcenia pomóc mi i Geraldine. Albo samej Geraldine. Może to kwestia doświadczenia, a może... jego granice po prostu leżą gdzieś indziej? Dużo dalej? Moje są bliżej. Wciąż. Jeszcze. Przynajmniej tak mi się wydaje. A może to tylko złudzenie? Doskonale pamiętałem siebie, to, jakim byłem, kiedy władzę nade mną przejmowało pragnienie. Podsumowanie: nikim dobrym.
Nie robiłem tego jednak tylko po to, żeby odkupić swoje własne grzechy. Robiłem to, bo tak mnie wychowano. Wiem, jak to brzmi. Banalnie. Ale czasem właśnie te najprostsze rzeczy zostają z człowiekiem najdłużej. Mama nauczyła mnie, że jeśli coś można naprawić, trzeba przynajmniej spróbować. Że jeśli słyszysz, że ktoś woła o pomoc, to nie odwracasz się plecami, tylko reagujesz. I mimo tego, kim teraz jestem... Wciąż chcę wierzyć, że ona jest ze mnie dumna. Choć może tylko próbuję się tym łudzić, żeby nie oszaleć?
Nic jednak się nie wydarzyło. Żadnego krzyku, żadnych dramatów. Cisza. Ciężka, nieprzyjemna, pełna napięcia. Ale jednak cisza. Więc ruszyłem za nimi po schodach. Geraldine przodem, Ambroise zaraz za nią. A ja na końcu. Jak cień. Jak ktoś, kto nie do końca wie, po co właściwie tu jest, ale skoro już się znalazł w tym miejscu, to nie ma odwrotu.
W pewnym momencie Ambroise rzucił mi polecenie. Nic szczególnego, jakieś zwykłe wal w te drzwi. Normalnie odpyskowałbym. Może nawet dość szczeniacko, trochę dla zasady, trochę dla ulgi. Ale nie tym razem. Zdusiłem w sobie wszystko – złość, obawy o Geraldine, potrzebę postawienia się jemu i całemu temu układowi. Zrobiłem, co kazał. Dla dobra sprawy. Dla szybkości. Im szybciej skończymy, tym szybciej się stąd wydostaniemy. A może nawet szybciej się rozdzielimy. Może w końcu znikniemy sobie z oczu.
Jakby nie patrzeć, to on czuł się najgorzej. Geraldine – tylko trochę lepiej. A ja? Też nie byłem w najlepszej formie. Dym, albo raczej pył, drażnił mi gardło i oczy. Coś chropawego osiadało w płucach. Nieprzyjemne uczucie. Ale chyba nie tylko o to chodziło. Było w nim coś niedobrego, coś czarnomagicznego, skoro ruszało nawet mnie.
Obawiałem się, że mógł robić więcej szkód niż myśleliśmy. Co by było, gdyby osiadał też na myślach? Na sumieniu? Zasypywał wszystko tym swoim szarym, obojętnym kurzem, aż nie byłoby wiadomo, co naprawdę ważne, a co tylko się takim wydaje?
Zastanawiałem się, czy ten pył nas kiedyś przykryje całkowicie. Czy zapomnimy, kim byliśmy przed tym wszystkim. Czy obudzimy się któregoś dnia i nie będzie już w nas niczego poza chłodem, funkcjonalnością, pustką? Ja już byłem blisko. Tak blisko, że czasem w dzień, jeśli w ogóle śpię, budzę się i przez chwilę nie pamiętam swojego imienia. Nie wiem, co mnie różni od tych, których pogrzebaliśmy pod ziemią.
Patrzyłem na plecy Geraldine. Jej sylwetka, nadal dumna, choć wyraźnie zmęczona, przypominała mi czasy, gdy byłem jeszcze kimś. Gdy jeszcze pozwalała mi być blisko... a może po prostu tak mi się zdawało. Chyba całe życie byliśmy jak dwie planety, które kiedyś miały pozornie wspólną orbitę, ale tak naprawdę od zawsze dryfowały w przeciwnych kierunkach. Zdarza się, że się mijamy. Zdarza się, że na siebie spojrzymy. I tyle.
A Ambroise? Nadal nie potrafiłem go rozgryźć. Wciąż nie wiedziałem, czy on naprawdę tak dobrze udaje, czy po prostu już dawno przestał udawać i stał się tym, kogo gra. Umiał wydawać rozkazy. Umiał wyglądać, jakby wszystko rozumiał. Ale ja wiedziałem, że pod tym chłodem coś się czai. I nie byłem pewien, czy chcę to odkrywać. Może lepiej nie wiedzieć... Tak jak o zdarzeniach, które miały miejsce na naszym kuchennym blacie?
Chciałem stąd wyjść. Z kamienicy. Z Londynu. Z tej sytuacji. Z tego wszystkiego. Ale nie było jak. Nie było gdzie. Świat się kurczył, a powietrze gęstniało. I nawet jeśli dziś uda się przeżyć, to jutro znów trzeba będzie coś wybrać. Kogoś zostawić. Z czegoś zrezygnować.
Może właśnie to było najgorsze w tym wszystkim – że nawet jeśli wygramy, to i tak zostaniemy przegrani.
Ale póki co – robiłem, co do mnie należało. Posłusznie. Skutecznie. Bez słowa sprzeciwu.
I to mnie przeraziło najbardziej. Byłem pusty. Byłem trupem.
Zniknąłem im z oczu na jakiś czas.
Ja miałem swój plan. Wyłamię te drzwi bez wahania, jeśli tylko usłyszę coś niepokojącego – krzyk, szelest, jęk, cokolwiek. Nie zamierzałem przechodzić z krzywdami innych do porządku dziennego tak, jak robił to Ambroise. On już zdążył pokazać, że potrafi wzruszyć ramionami, nawet kiedy wokół wszystko się wali i tylko od niechcenia pomóc mi i Geraldine. Albo samej Geraldine. Może to kwestia doświadczenia, a może... jego granice po prostu leżą gdzieś indziej? Dużo dalej? Moje są bliżej. Wciąż. Jeszcze. Przynajmniej tak mi się wydaje. A może to tylko złudzenie? Doskonale pamiętałem siebie, to, jakim byłem, kiedy władzę nade mną przejmowało pragnienie. Podsumowanie: nikim dobrym.
Nie robiłem tego jednak tylko po to, żeby odkupić swoje własne grzechy. Robiłem to, bo tak mnie wychowano. Wiem, jak to brzmi. Banalnie. Ale czasem właśnie te najprostsze rzeczy zostają z człowiekiem najdłużej. Mama nauczyła mnie, że jeśli coś można naprawić, trzeba przynajmniej spróbować. Że jeśli słyszysz, że ktoś woła o pomoc, to nie odwracasz się plecami, tylko reagujesz. I mimo tego, kim teraz jestem... Wciąż chcę wierzyć, że ona jest ze mnie dumna. Choć może tylko próbuję się tym łudzić, żeby nie oszaleć?
Nic jednak się nie wydarzyło. Żadnego krzyku, żadnych dramatów. Cisza. Ciężka, nieprzyjemna, pełna napięcia. Ale jednak cisza. Więc ruszyłem za nimi po schodach. Geraldine przodem, Ambroise zaraz za nią. A ja na końcu. Jak cień. Jak ktoś, kto nie do końca wie, po co właściwie tu jest, ale skoro już się znalazł w tym miejscu, to nie ma odwrotu.
W pewnym momencie Ambroise rzucił mi polecenie. Nic szczególnego, jakieś zwykłe wal w te drzwi. Normalnie odpyskowałbym. Może nawet dość szczeniacko, trochę dla zasady, trochę dla ulgi. Ale nie tym razem. Zdusiłem w sobie wszystko – złość, obawy o Geraldine, potrzebę postawienia się jemu i całemu temu układowi. Zrobiłem, co kazał. Dla dobra sprawy. Dla szybkości. Im szybciej skończymy, tym szybciej się stąd wydostaniemy. A może nawet szybciej się rozdzielimy. Może w końcu znikniemy sobie z oczu.
Jakby nie patrzeć, to on czuł się najgorzej. Geraldine – tylko trochę lepiej. A ja? Też nie byłem w najlepszej formie. Dym, albo raczej pył, drażnił mi gardło i oczy. Coś chropawego osiadało w płucach. Nieprzyjemne uczucie. Ale chyba nie tylko o to chodziło. Było w nim coś niedobrego, coś czarnomagicznego, skoro ruszało nawet mnie.
Obawiałem się, że mógł robić więcej szkód niż myśleliśmy. Co by było, gdyby osiadał też na myślach? Na sumieniu? Zasypywał wszystko tym swoim szarym, obojętnym kurzem, aż nie byłoby wiadomo, co naprawdę ważne, a co tylko się takim wydaje?
Zastanawiałem się, czy ten pył nas kiedyś przykryje całkowicie. Czy zapomnimy, kim byliśmy przed tym wszystkim. Czy obudzimy się któregoś dnia i nie będzie już w nas niczego poza chłodem, funkcjonalnością, pustką? Ja już byłem blisko. Tak blisko, że czasem w dzień, jeśli w ogóle śpię, budzę się i przez chwilę nie pamiętam swojego imienia. Nie wiem, co mnie różni od tych, których pogrzebaliśmy pod ziemią.
Patrzyłem na plecy Geraldine. Jej sylwetka, nadal dumna, choć wyraźnie zmęczona, przypominała mi czasy, gdy byłem jeszcze kimś. Gdy jeszcze pozwalała mi być blisko... a może po prostu tak mi się zdawało. Chyba całe życie byliśmy jak dwie planety, które kiedyś miały pozornie wspólną orbitę, ale tak naprawdę od zawsze dryfowały w przeciwnych kierunkach. Zdarza się, że się mijamy. Zdarza się, że na siebie spojrzymy. I tyle.
A Ambroise? Nadal nie potrafiłem go rozgryźć. Wciąż nie wiedziałem, czy on naprawdę tak dobrze udaje, czy po prostu już dawno przestał udawać i stał się tym, kogo gra. Umiał wydawać rozkazy. Umiał wyglądać, jakby wszystko rozumiał. Ale ja wiedziałem, że pod tym chłodem coś się czai. I nie byłem pewien, czy chcę to odkrywać. Może lepiej nie wiedzieć... Tak jak o zdarzeniach, które miały miejsce na naszym kuchennym blacie?
Chciałem stąd wyjść. Z kamienicy. Z Londynu. Z tej sytuacji. Z tego wszystkiego. Ale nie było jak. Nie było gdzie. Świat się kurczył, a powietrze gęstniało. I nawet jeśli dziś uda się przeżyć, to jutro znów trzeba będzie coś wybrać. Kogoś zostawić. Z czegoś zrezygnować.
Może właśnie to było najgorsze w tym wszystkim – że nawet jeśli wygramy, to i tak zostaniemy przegrani.
Ale póki co – robiłem, co do mnie należało. Posłusznie. Skutecznie. Bez słowa sprzeciwu.
I to mnie przeraziło najbardziej. Byłem pusty. Byłem trupem.
Zniknąłem im z oczu na jakiś czas.